Kategoria artykułu: Biznes
Współpraca z partnerem

Czy AI zlikwiduje kolejki do lekarzy? Założyciel Jutro Medical o rewolucji w ochronie zdrowia (WYWIAD)

O chorobie, która zainspirowała go do zrobienia „najmniej startupowego startupu, jaki można sobie wyobrazić”. O wyjeździe do Cambridge, który pozwolił odzyskać wiarę we własne możliwości. I o medycynie przyszłości – opowiada Adam Janczewski, założyciel startupu Jutro Medical.

Adam Janczewski. Fot. materiały prasowe
Gdy szukałem inwestorów, nie miałem imponującego CV. Wchodziłem na rynek głównie z zapałem, porządnie przygotowaną prezentacją i dobrym pomysłem – przyznaje Adam Janczewski, założyciel startupu Jutro Medical. Fot. materiały prasowe.

Z tego artykułu dowiesz się…

  1. Jak niespodziewane kłopoty zdrowotne Adama Janczewskiego stały się inspiracją do stworzenia startupu Jutro Medical.
  2. W jaki sposób zainspirował go do twórczego działania udział w międzynarodowym programie edukacyjnym Szkoła Pionierów PFR.
  3. Czy da się połączyć takie cele biznesowe, jak krótsze kolejki do lekarzy na NFZ, większa dostępność wizyt lekarskich i wyższa jakość usług medycznych.
Loading the Elevenlabs Text to Speech AudioNative Player...

Marcin Dzierżanowski, XYZ: Przychodzi startupowiec do lekarza i…

Adam Janczewski, założyciel startupu Jutro Medical: Dowiaduje się, że od zawsze ma wadę genetyczną, o której nie miał pojęcia. Miałem wtedy 24 lata. Podczas uprawiania sportu odkleiła mi się częściowo siatkówka i zacząłem tracić wzrok. Pamiętam, jak o drugiej w nocy leżałem na SOR-ze i usłyszałem głos lekarki: „Kurde, on do rana może już nie widzieć, ale nie mam już siły go dzisiaj sklejać”.

Co się wtedy czuje?

Przerażenie. Kazali mi leżeć do rana i się nie ruszać. A przecież wystarczyłoby, żeby kilka lat wcześniej lekarz miał czas przeprowadzić pogłębiony wywiad i skierował mnie na odpowiednie badania. Dowiedziałbym się wtedy, że nie mogę wykonywać pewnych ćwiczeń i dźwigać ciężarów. To wszystko.

Długo trwało leczenie?

Najpierw poszedłem na zwolnienie, a po miesiącu zrezygnowałem z pracy, żeby zająć się wyłącznie zdrowiem. Przechodziłem zabieg po zabiegu i operację za operacją. Wszystko skończyło się dobrze, ale wtedy miałem poczucie, że nie jestem w najlepszym momencie życia.

W sensie zdrowotnym?

Nie tylko. Z kilku projektów, które wcześniej robiłem, żaden nie zakończył się sukcesem, a teraz jeszcze ta choroba… Zaczęła mnie dopadać depresja. Znalazłem wtedy gdzieś informację o pierwszej edycji Szkoły Pionierów PFR. Coś mnie zmotywowało, żeby zaaplikować, i się udało. To był taki mój prywatny przełom.

Miałem poczucie, że nie jestem w najlepszym momencie życia. Z kilku projektów, które wcześniej robiłem, żaden nie zakończył się sukcesem, do tego jeszcze doszła choroba. Zaczęła mnie dopadać depresja.

No właśnie, czym jest Szkoła Pionierów PFR?

To międzynarodowy program edukacyjny dla początkujących polskich przedsiębiorców technologicznych i wizjonerów. Mogliśmy uczestniczyć w warsztatach z ekspertami z różnych obszarów związanych z innowacyjnością i przedsiębiorczością. To była naprawdę duża dawka merytorycznej wiedzy o biznesie, ale też o rozwoju osobistym, budowaniu zespołu, walidacji rynku, sprzedaży, marketingu i dostępnych źródłach finansowania. Dla mnie jednak była to przede wszystkim okazja do poznania grupy niesamowitych ludzi.

Co zawdzięcza pan uczestnikom programu?

Przede wszystkim odzyskanie wiary, że na tym świecie można robić naprawdę ważne rzeczy. Gdyby nie ten program, iskra kreatywności, która wtedy we mnie powoli gasła, pewnie by się na nowo nie roznieciła. Symbolicznie nawet chyba wiem, kiedy to się stało. W ramach Szkoły Pionierów PFR mieliśmy tygodniowy wyjazd do Cambridge. Pamiętam, jak z całą ekipą poszliśmy do słynnego pubu „The Eagle”, w którym od lat spotykają się naukowcy. W 1953 r. przyszli do niego stali bywalcy: Francis Crick i James Watson, odkrywcy DNA. Przerywając rozmowy, ogłosili, że właśnie „odkryli tajemnicę życia”. Dziś to element legendy tego pubu. Może to zabrzmi zabawnie, ale pijąc piwo w „The Eagle”, poczułem, że w moim życiu jest jeszcze za wcześnie, żeby się poddawać. I że czas na nowo podjąć rękawicę.

Szkoła Pionierów PFR była dla mnie okazją do poznania niesamowitych ludzi. Zawdzięczam im odzyskanie wiary, że na tym świecie można robić naprawdę ważne rzeczy. Gdyby nie ten program, iskra kreatywności, która wtedy we mnie powoli gasła, pewnie by się na nowo nie roznieciła.

Jak długo trwało wyjście z choroby?

Półtora roku. W tym czasie niemal obsesyjnie męczyła mnie myśl, żeby stworzyć przychodnię marzeń. Taką, która świadczyłaby podstawową opiekę zdrowotną i w której osoby takie jak ja mogłyby dostać pomoc, zanim pojawi się problem. Zacząłem robić intensywny research. Próbowałem zrozumieć system, co – jak się pan domyśla – nie było łatwe. Zwłaszcza że wywodzę się z IT i nigdy nie miałem nic wspólnego z medycyną. I nagle zacząłem studiować podręczniki medycyny, rozmawiać z lekarzami, pielęgniarkami i administracją medyczną.

Nie próbowano panu wybić z głowy tej przychodni?

Próbowano. W pewnym momencie, żeby już nie myśleć o tym projekcie, spakowałem plecak i wyjechałem do Azji. W planach była kilkuletnia podróż. Wróciłem po pół roku.

Bo?

Choć świetnie spędzałem czas, czułem, że nic nie tworzę i nie dostarczam żadnej wartości. I że chyba jednak muszę zrobić tę przychodnię, chociaż pewnie będzie to najmniej startupowy startup, jaki można sobie wyobrazić.

Pojęcia „startup” i „podstawowa opieka zdrowotna” rzeczywiście niespecjalnie do siebie pasują.

Przyjęliśmy bardzo niestandardowy model. W dodatku, gdy szukałem inwestorów, nie miałem imponującego CV. Owszem, próbowałem rozkręcić kilka startupów, ale nie osiągnąłem spektakularnego sukcesu. Wchodziłem na rynek głównie z zapałem, porządnie przygotowaną prezentacją i dobrym pomysłem.

Jak inwestorzy reagowali na ten pomysł?

Początkowo z rezerwą. Po pierwsze, z punktu widzenia startupu Narodowy Fundusz Zdrowia nie wydaje się standardowym płatnikiem. Po drugie, klasyczny startup buduje i sprzedaje software. Tymczasem my budujemy fizyczną sieć medyczną, w ramach której mamy już 29 klinik – z gabinetami, lekarzami i sprzętem. Mamy 800 pracowników, którzy opiekują się ponad 160 tys. pacjentów.

A kolejki do lekarza? Też je macie?

Od samego początku wiedzieliśmy, że musimy ich uniknąć. Gdy w 2020 r. budowaliśmy naszą pierwszą przychodnię, założyliśmy, że na wizytę u lekarza powinno się czekać maksymalnie kilkanaście godzin. Stąd nazwa „Jutro Medical”. Postanowiliśmy też dać lekarzom więcej czasu na jednego pacjenta.

Gdy w 2020 r. budowaliśmy naszą pierwszą przychodnię, założyliśmy, że na wizytę u lekarza powinno się czekać maksymalnie kilkanaście godzin. Stąd nazwa „Jutro Medical”.

Udało się?

Owszem. Problem był tylko jeden – okazało się, że na takim modelu za nic w świecie nie da się zarobić.

Co w tej sytuacji?

Minutę po minucie zaczęliśmy analizować, co robi lekarz. Okazało się, że najwięcej czasu nie zabiera mu leczenie pacjentów, lecz rozmaite formalności, takie jak wypełnianie dokumentacji.

Jak udało się to zmienić?

Pomogła technologia. Stworzyliśmy oprogramowanie, dzięki któremu udało się zautomatyzować dużą część dokumentacji. Dzięki temu lekarz dostaje jak na tacy łatwo przyswajalne informacje na temat historii leczenia pacjenta, skierowań, zwolnień, recept i wyników badań laboratoryjnych. W efekcie mniej czasu zabiera mu wszystko, co nie jest medycyną. Może więc każdej osobie poświęcić więcej czasu i przyjąć więcej pacjentów.

Czy ten model spina się finansowo?

Owszem. Krótsze kolejki do lekarzy na NFZ, większa dostępność wizyt lekarskich i wyższa jakość usług medycznych przekładają się na rentowność. Zwłaszcza że krótki termin oczekiwania na wizytę powoduje, że leczenie jest szybsze i skuteczniejsze. W efekcie udaje się zredukować liczbę niezbędnych konsultacji. To model win-win, bo pacjenci chcą być zdrowi i nie marzą o tym, by często chodzić do lekarza.

Krótki termin oczekiwania na wizytę powoduje, że leczenie jest szybsze i skuteczniejsze. W efekcie udaje się zredukować liczbę niezbędnych konsultacji. To model win-win, bo pacjenci chcą być zdrowi i nie marzą o tym, by często chodzić do lekarza

Rozumiem. Przyznam jednak, że mam pewien problem z nadmiarem technologii w kontakcie z lekarzem. Z jednej strony wiem, że pomaga i usprawnia. Z drugiej – drażni mnie, że przez większość wizyty lekarz wklepuje coś w komputer i w zasadzie nawet na mnie nie patrzy.

Ma pan stuprocentową rację. Wie pan, dlaczego tak jest? Bo standardowe systemy dokumentacji medycznej tworzą zewnętrzne spółki, które siłą rzeczy jak najniższym kosztem chcą wytworzyć określoną funkcjonalność. Ich klientem nie są lekarze, lecz właściciele klinik, a zasadniczym celem nie jest leczenie pacjenta, lecz rozliczenie kontraktu z NFZ. Zresztą to nie tylko kwestia dokumentacji medycznej, lecz także całej filozofii. Ostatnie czterdzieści lat rozwoju systemów medycznych na świecie to ślepy zaułek, w którym dla systemu raportowanie i finansowanie stało się ważniejsze niż leczenie pacjenta. My podeszliśmy do problemu od drugiej strony. Ograniczając kolejki do przychodni, nie chcemy odcinać pacjentów od diagnostyki. Przy obecnym systemie jako społeczeństwo nabieramy długu medycznego. W efekcie choroby są wykrywane zbyt późno, a ich leczenie jest bardzo kosztowne. Marzy mi się, żeby sztuczna inteligencja – na podstawie dokumentacji medycznej – wyłapywała pacjentów podwyższonego ryzyka i żeby lekarz mógł ich proaktywnie zapraszać na badania.

Jak państwa innowacje wyglądają w praktyce?

Gdy pacjent umawia się na wizytę, bot zadaje mu podstawowe pytania i robi przejrzystą notatkę dla lekarza. Dzięki temu lekarz nie musi przewijać kilkunastu stron z historią choroby, wizyt czy hospitalizacji pacjenta. Ogromna część dokumentacji wypełniana jest automatycznie, a gdy pacjent wchodzi do gabinetu, lekarz wstępnie już zna jego problem. W trakcie konsultacji – za zgodą pacjenta – AI uzupełnia notatkę.

Czy to znaczy, że diagnozę stawia sztuczna inteligencja?

Nic podobnego. Lekarz wszystko sprawdza, uzupełnia i akceptuje. I to on stawia diagnozę i decyduje o leczeniu.

Jak zaczęła się pana droga inwestycyjna?

Gdy pozyskiwałem pierwszą rundę finansowania Jutro Medical, nie miałem ani przychodni, ani zespołu, ani współzałożycieli. Rozmawiałem wtedy ze wszystkimi, którzy chcieli ze mną rozmawiać. W sumie było to ponad sto osób. Niemal wszyscy powiedzieli, że mój pomysł nie ma sensu. Na szczęście trafiłem na kilka osób, które uważały inaczej. Byli wśród nich m.in. Wojciech Niesyto i Łukasz Obuchowicz z funduszu Kogito Ventures oraz anioł biznesu Maciej Zużałek. Cenię ich za odwagę, którą mieli w 2019 r., aby zainwestować w piękny, ale niesprawdzony pomysł, i przez ostatnie sześć lat wspierać Jutro Medical w rozwoju, niezależnie od tego, czy przechodziliśmy przez górki, czy dołki.

Dziś przejmują państwo przychodnie, które niekiedy mają 30 lat.

Często ich właścicielami są lekarze, którzy kiedyś je założyli, a dziś szukają sukcesji. Mają pod swoją opieką tysiące pacjentów; wielu z nich znają osobiście. Nie chcą oddawać dzieła swojego życia byle komu, więc to dla nas duże wyróżnienie i wyzwanie. Chcemy być dla nich najlepszym, wręcz wymarzonym partnerem. To się udaje. Tylko w kwietniu dołączyło do nas sześć takich placówek.

Powiedział pan, że gdy zaczynał pan tworzyć Jutro Medical, nie miał imponującego CV. Ale przecież już wcześniej działał pan w startupach.

Od dziecka miałem milion pomysłów na godzinę i fascynował mnie proces twórczy. W wieku dziewięciu lat odkryłem komputer i programowanie, wtedy jeszcze bardzo proste. Pomysł, żeby robić w ten sposób biznes, a przy okazji mieć pozytywny wpływ na rzeczywistość, zrodził się więc w mojej głowie naturalnie. Ale – jak już mówiłem – przez pierwszych 10 lat, aż do czasów studiów, wszystko, czego się dotknąłem, okazywało się totalną porażką.

Nie przesadza pan?

Ani trochę. Na początku biznesowo nic mi w zasadzie nie wychodziło, a gdy rozwiązywałem jakiś problem, pojawiały się dwa następne. Pamiętam, jak kiedyś siedziałem przy komputerze z Pawłem Majdanem, z którym pracowaliśmy przy startupie SaveMyTime. Zrobiłem jakiś nagły ruch ręką i zalałem kawą komputer. Miałem wtedy na koncie kilkaset złotych i uświadomiłem sobie, że nie stać mnie na naprawę. Poszedłem na rozmowę o pracę, a rekruter, który oglądał moje CV, zapytał: „Adam, czy tobie w życiu coś wyszło?”.

Na początku biznesowo nic mi w zasadzie nie wychodziło, a gdy rozwiązywałem jakiś problem, pojawiały się dwa następne. Pewnie byłoby mi trudniej o tym mówić, gdyby mój ostatni projekt nie okazał się sukcesem.

Opowiada pan o tym z uśmiechem.

Pewnie byłoby mi trudniej, gdyby mój ostatni projekt nie okazał się sukcesem. Generalnie cieszę się, że stosunkowo wcześnie miałem okazję uczyć się na błędach. I że mogłem je popełniać w stosunkowo małych projektach.

Cieszę, że stosunkowo wcześnie miałem okazję uczyć się na błędach. I że mogłem je popełniać w stosunkowo małych projektach. 

Czego się pan na tych błędach nauczył?

Że najważniejsze jest słuchanie. Bez tego można się przez lata zajmować genialnymi projektami, których nikt nie potrzebuje. Dopiero gdy schowa się ego do kieszeni, wyjdzie do ludzi i zada im pytania, można naprawdę zrozumieć problem, połączyć kropki i zbudować coś użytecznego.

Główne wnioski

  1. Krótsze kolejki do lekarzy na NFZ, większa dostępność wizyt lekarskich i wyższa jakość usług medycznych przekładają się na rentowność. Zwłaszcza że krótki termin oczekiwania na wizytę powoduje, że leczenie jest szybsze i skuteczniejsze. W efekcie udaje się zredukować liczbę niezbędnych konsultacji.
  2. Zdaniem Adama Janczewskiego ostatnie czterdzieści lat rozwoju systemów medycznych na świecie to ślepy zaułek, w którym dla systemu raportowanie i finansowanie stały się ważniejsze niż leczenie pacjenta.
  3. Ograniczenie kolejek do przychodni nie musi się wiązać z odcinaniem pacjentów od diagnostyki.