Kategoria artykułu: Świat

Jak zarobić na turystyce i nie zniszczyć wyspy? Malezyjski eksperyment

Langkawi miała wszystkie warunki, by stać się kolejną wielką turystyczną wyspą Azji. Malezja wybrała jednak inną drogę. Zamiast pozwolić, by rynek sam zabudował archipelag hotelami, państwo stworzyło własny model rozwoju łączący turystykę, ulgi podatkowe i ochronę przyrody.

Biały piasek Pantai Cenang i rząd palm kokosowych osłaniających kurortowe zabudowania – tak wygląda Langkawi, zanim słońce wejdzie wysoko. Fot. Autor

Z tego artykułu dowiesz się…

  1. Dlaczego Malezja nie pozwoliła rynkowi samodzielnie zabudować Langkawi hotelami. Jaką rolę odegrał w tym premier Mahathir Mohamad i jego strategia rozwoju kraju.
  2. Jak status wyspy wolnocłowej i ochrona przyrody stały się narzędziami budowania przewagi konkurencyjnej.
  3. Jak wygląda życie na wyspie z perspektywy ludzi budujących jej gospodarkę turystyczną. Od malezyjskiego gospodarza wynajmującego domki po nielegalnego fryzjera z Algierii uciekającego przed kontrolą imigracyjną.
Loading the Elevenlabs Text to Speech AudioNative Player...

Audio generowane przez AI. Może zawierać błędy.

Pierwszy raz przybyłem na Langkawi promem z Alor Setar, przez port w Kuala Kedah – dokładnie tak jak mój znajomy fryzjer. Podróż okazała się męcząca, głównie za sprawą niewygodnych foteli na pokładzie promu. Potem wybierałem już samolot z Kuala Lumpur. Transfer taksówką z lotniska do mojej bazy w Pantai Cenang trwał zaledwie kilka minut, a cała podróż z hotelu w Chinatown w stolicy Malezji nigdy nie zajmowała mi więcej niż cztery godziny.

Na Langkawi przybywało także wielu turystów z Zachodu, którzy przypływali promem z tajskiej wyspy Koh Lipe. Część z nich, rozczarowana spokojnym życiem nocnym, szybko wracała do Tajlandii.

Wyspa, która długo pozostawała na uboczu

Jeszcze kilkadziesiąt lat temu Langkawi nie było marzeniem ani miejscowych turystów, ani zachodnich emerytów spędzających zimy w tropikalnym klimacie. Archipelag liczący blisko sto wysp żył głównie z rybołówstwa, uprawy ryżu i handlu prowadzonego między Półwyspem Malajskim a pobliską Tajlandią. Mieszkańcy prowadzili spokojne życie, a poza regionem Langkawi kojarzono przede wszystkim z lokalnymi legendami. Najważniejszą z nich pozostaje opowieść o księżniczce Mahsuri.

Niesłusznie oskarżona o zdradę, została skazana na śmierć, a z jej rany popłynęła podobno biała krew. Był to dowód niewinności, który przyszedł zbyt późno. Umierając, miała rzucić na wyspę klątwę siedmiu pokoleń nieszczęścia, którą – jak lubią dziś podkreślać przewodnicy – zdjęło dopiero przybycie Mahathira

Kiedy w latach osiemdziesiątych Malezja zaczęła intensywnie myśleć o modernizacji gospodarki, pojawiło się pytanie, jak wykorzystać potencjał wyspy. Władze mogły pójść drogą wielu państw regionu, sprzedając grunty zagranicznym inwestorom i nie ingerując w to, co na wyspie powstanie.

Podjęto inną decyzję. Państwo postanowiło stworzyć specjalny model rozwoju, w którym turystyka miała stać się jednym z filarów gospodarki, ale nie jedynym celem.

Za tą decyzją stał człowiek, który wówczas próbował zmienić całą Malezję.

Sky Bridge zawieszony 660 metrów nad ziemią: jedna z dwóch największych atrakcji Langkawi. Fot. Autor

Mahathir wybiera Langkawi

Kiedy Mahathir Mohamad został premierem w 1981 roku, Malezja była jeszcze krajem, którego gospodarka w dużym stopniu opierała się na eksporcie surowców. Kauczuk, cyna, drewno i olej palmowy przynosiły pieniądze, ale nie dawały tego, czego premier najbardziej potrzebował, możliwości szybkiej modernizacji i zwiększenia wartości własnej gospodarki.

Mahathir patrzył na Japonię i Koreę Południową. Uważał, że Malezja nie może przez kolejne dekady pozostawać dostawcą surowców dla bogatszego świata. Musi zacząć produkować, budować własne firmy, kształcić inżynierów, rozwijać przemysł i tworzyć infrastrukturę.

Jego Look East Policy była próbą znalezienia dla Malezji własnej drogi do nowoczesności. Zamiast bezkrytycznie kopiować zachodnie modele, Mahathir chciał wykorzystać doświadczenia azjatyckich państw, które w ciągu jednego pokolenia przeszły drogę od gospodarek rozwijających się do przemysłowych potęg.

Langkawi była jednym z elementów tej układanki.

Wyspa miała wszystko, czego potrzebował przyszły kurort: plaże, tropikalne lasy, wapienne góry, położenie na Morzu Andamańskim i bliskość międzynarodowych szlaków. Brakowało jej jednak infrastruktury i kapitału. Państwo zaczęło więc inwestować w lotnisko, drogi, porty i turystyczną infrastrukturę, jednocześnie próbując kontrolować sposób, w jaki wyspa będzie się rozwijać.

Nie chodziło o to, żeby zbudować jak najwięcej hoteli. Chodziło o stworzenie miejsca, które będzie przynosiło pieniądze przez dziesięciolecia.

W 1991 roku Mahathir ogłosił Vision 2020: projekt, który miał doprowadzić Malezję do grona państw wysoko rozwiniętych. Langkawi była małym fragmentem tego wielkiego planu. Turystyka miała przestać być jedynie usługą dla zagranicznych gości, a stać się częścią nowoczesnej gospodarki.

Jednym z najważniejszych elementów tej strategii było nadanie Langkawi statusu wyspy wolnocłowej. Ale zanim przejdziemy do ekonomii, warto zobaczyć, jak ten model wygląda z perspektywy człowieka, który na wyspie prowadzi własny biznes.

Jak w domu

Zatrzymuję się zawsze w domku, który rezerwuję na miesiąc u Malezyjczyka tamilskiego pochodzenia. Mam tam kuchnię, salon, sypialnię i dwie werandy. Do szerokiej plaży z białym, aksamitnym piaskiem i klasycznym piuropuszem palm prowadzi spokojna, piaszczysta droga przecinająca nadmorską ulicę Pantai Cenang. Podczas tej siedmiominutowej wędrówki pozdrawiam starych znajomych: krągłego właściciela tamilskiej restauracji, starszą Tajkę pracującą w jadłodajni serwującej autentyczne potrawy z Kraju Uśmiechu, oraz miejscowego fryzjera, którego historia zasługuje na osobną opowieść.

Siedmiominutowa wędrówka do plaży. Trasa, którą znam na pamięć. Fot. Autor

Mój gospodarz pochodzi z Kuala Lumpur. Jest Malezyjczykiem tamilskiego pochodzenia i od kilku lat prowadzi na Langkawi własny biznes. Nie posiada ziemi, na której działa. Dzierżawi ją i urządza na niej niewielki kompleks domków oraz miejsc dla turystów.

Jego historia jest małą, ale bardzo konkretną lekcją malezyjskiej gospodarki. Obywatelstwo nie zawsze oznacza bowiem taki sam dostęp do zasobów jak w przypadku Bumiputera, czyli Malajów i ludności rdzennej. Trzeba znaleźć własną drogę. On znalazł ją w turystyce.

Fryzjer, który mówi po niemiecku

Fryzjer z Langkawi z czasem dołączył do moich ulubionych postaci spotkanych w Azji. Opowiadając o wyspie, nie mogę powstrzymać się od przywołania jego sylwetki, bo jego historia mówi sporo o współczesnej Malezji.

Raczej szczupły, średniego wzrostu, z dłuższymi czarnymi włosami układającymi się w lekkie loki, przypominał mi postacie Persów z czasów Dariusza Wielkiego i Kserksesa. Mijałem go i pozdrawiałem podczas pierwszych pobytów na Langkawi, zastanawiając się, co ten cudzoziemiec robi tak długo na wyspie. Początkowo brałem go za Niemca ożenionego z miejscową kobietą, który strzyże turystów bardziej z przyjemności niż dla pieniędzy. Był niezwykle sympatyczny, często się uśmiechał i sprawiał wrażenie człowieka, który wszędzie umie znaleźć sobie miejsce. Kiedy jednak czuł, że ktoś go obserwuje, jego zachowanie natychmiast stawało się bardziej ostrożne.

Kiedy w końcu zagadnąłem go podczas jednej z sąsiedzkich pogawędek, okazało się, że fryzjer ma na imię Samir i pochodzi z Algierii. Przez wiele lat pracował w Hiszpanii i Niemczech, posługiwał się czterema zachodnimi językami. Nie wiem, dlaczego ze mną rozmawiał właśnie po niemiecku. Jego codzienne „Wie geht's dir?” na stałe wpisało się jednak w mój obraz Langkawi, równie wyraźnie jak drobniutki piasek plaży w Cenang.

Samir przed swoim zakładem fryzjerskim na Langkawi. Fot. Autor

Nasze kontakty zwykle ograniczały się do krótkich rozmów. Raz jednak, podczas wspólnej kolacji, miałem okazję posłuchać jego opowieści o podróżach po Ameryce Południowej oraz wspomnieniach z pracy w Europie.

– Jak trafiłeś na Langkawi? – zapytałem w końcu.

– Po pobycie w Argentynie zostało mi jeszcze trochę pieniędzy i postanowiłem zwiedzić Azję Południowo-Wschodnią. Wylądowałem w Kuala Lumpur i po kilku dniach postanowiłem zobaczyć Tajlandię – zaczął opowiadać o swoim najnowszym rozdziale podróżniczym.

Potakiwałem głową, wyłuskując ości z czerwonego lucjana.

– Na granicy okazało się, że potrzebuję wizy do Tajlandii. Wróciłem do miasteczka Alor Setar i zobaczyłem promy odpływające na Langkawi. Wsiadłem na jeden z nich i przypłynąłem tutaj – opowiadał Samir.

- Kiedy to było? – zapytałem.

– Piętnaście miesięcy temu – odpowiedział Samir.

Popatrzyłem uważnie na Algierczyka.

– To jesteś nielegalnym imigrantem i prowadzisz salon fryzjerski w głównym kurorcie wyspy – odparłem.

– Tak. Próbuję zebrać pieniądze i wrócić do Argentyny. Nie lubią tutaj cudzoziemców – odpowiedział Samir.

Tydzień później, siedząc z Samirem na plaży podczas przyjemnego tropikalnego wieczoru, dowiedziałem się więcej o jego rodzinie w Hiszpanii, do której systematycznie telefonował, oraz o starych rodzicach mieszkających nad Morzem Śródziemnym, w mieście opisanym niegdyś w słynnej powieści Alberta Camusa.

Zapytałem, dlaczego nie wraca do Algierii, aby starać się o nową wizę do Unii Europejskiej.

– Wstydzę się. Nie mam pieniędzy po tych wszystkich latach pracy w Europie Zachodniej – odpowiedział.

Po chwili sam zmienił temat.

– Słuchaj! Na głównej ulicy jest wolny lokal fryzjerski. Robimy spółkę? Ja będę płacił za czynsz, a ty kupisz sprzęt i meble. Tam spokojnie wyciągniemy tysiąc ringgitów dziennie – dorzucił po niemiecku, z lekkim arabskim akcentem.

Wracając godzinę później do naszych kwater, przechodziliśmy główną ulicą Pantai Cenang. W pobliżu pustego lokalu, o którym Samir wspominał na plaży, stało kilku malezyjskich policjantów w mundurach. Była to akcja służb imigracyjnych sprawdzających pracowników zatrudnionych w licznych restauracjach.

Obserwowałem ją z drugiej strony ulicy. Miała niemal charakter obławy.

Samir przezornie chował się za mną, obawiając się, że jego twarz, zdradzająca północnoafrykańskie pochodzenie, może przyciągnąć uwagę policjantów.

Nasz wspólny biznes fryzjerski nie powstał.

Podatki jako narzędzie rozwoju

Większość turystów kojarzy status duty free z tańszym alkoholem, perfumami czy czekoladą. To oczywiście prawda, ale jest to jedynie najbardziej widoczny efekt znacznie głębszej strategii gospodarczej.

Zniesienie części ceł oraz podatków sprawiło, że Langkawi stała się atrakcyjniejsza zarówno dla odwiedzających, jak i inwestorów. Turyści zaczęli wydawać więcej pieniędzy podczas pobytu, a przedsiębiorcy otrzymali silny impuls do budowy hoteli, marin, restauracji oraz infrastruktury rekreacyjnej.

Mechanizm okazał się prosty. Większa liczba odwiedzających oznaczała większe przychody dla lokalnych firm. Większe przychody zachęcały do kolejnych inwestycji. Rozwijały się usługi transportowe, gastronomia, handel oraz sektor nieruchomości. Powstawały nowe miejsca pracy, a mieszkańcy coraz częściej znajdowali zatrudnienie nie tylko w rybołówstwie, lecz także w hotelarstwie, turystyce i usługach.

Najciekawsze jest jednak to, że ulgi podatkowe nigdy nie stały się jedynym magnesem przyciągającym gości. Langkawi nie próbowała konkurować wyłącznie ceną. O wiele ważniejsze okazało się stworzenie wizerunku miejsca spokojnego, bezpiecznego i dobrze zorganizowanego.

Nie wszystko musi być najwyższe

W wielu azjatyckich kurortach symbolem sukcesu stały się kolejne wieżowce, centra handlowe i ogromne kompleksy hotelowe. Langkawi obrała inną drogę.

Większość zabudowy jest stosunkowo niska. Między hotelami nadal można znaleźć pola ryżowe, niewielkie wsie oraz fragmenty lasów deszczowych. Nawet nowe inwestycje rzadko dominują nad krajobrazem.

Podczas kolejnych wizyt zwracałem uwagę na coś jeszcze. Na wyspie do dziś łatwo znaleźć miejsca, w których pierwszoplanową rolę odgrywa przyroda, a nie beton. Jadąc samochodem między plażami, często ma się wrażenie, że droga prowadzi przez park narodowy, a nie przez jeden z najważniejszych kurortów Malezji.

To nie przypadek.

Znaczna część archipelagu objęta została ochroną przyrodniczą, a międzynarodowe uznanie przyniosło Langkawi wpisanie na listę geoparków UNESCO. Przyroda przestała być więc przeszkodą w rozwoju. Stała się jego najcenniejszym kapitałem.

Podczas ferii zimowych w Polsce dołączają do mnie rodzina i przyjaciele. Jedną z dwóch największych atrakcji jest spacer po „podniebnym moście”, na który dostajemy się gondolami kolejki linowej. Wznosimy się wysoko nad lasem, a przed nami otwiera się panorama Morza Andamańskiego i rozsianych po nim wysp. Z wysokości lotu orła, który stał się symbolem Langkawi, próbujemy rozróżnić kolejne wysepki, które dzień wcześniej odwiedzaliśmy na skuterach wodnych.

Tłum turystów spotykamy dopiero na dole, przy kasach i dolnej stacji kolejki. To właściwie jedyne miejsce na wyspie, w którym można powiedzieć, że jest tłoczno.

Tego samego dnia po południu jedziemy do pobliskiej mariny. Oglądamy jachty i próbujemy negocjować ceny wynajmu łodzi. Wieczorem, siedząc przy basenie i popijając portugalskie porto, w Azji Południowo-Wschodniej prawdziwego białego kruka, snujemy plany wyprawy na północne, niemal bezludne wyspy i w okolice, skąd widać najbliższą tajską wyspę.

Po wielu latach spędzonych w Tajlandii nie umiem jednak zdecydować się na odpoczynek po drugiej stronie granicy. Langkawi oferuje coś, co coraz trudniej znaleźć w popularnych azjatyckich kurortach: spokój i przyrodę zachowane w formie przypominającej tę sprzed kilku dekad.

Oczywiście nie wszystko działa najlepiej na wyspie. Podczas weekendów prędkość internetu spada wyraźnie, 50 km od stałego lądu daje się wówczas we znaki. Niektóre plaże, na których można wynajmować skutery wodne, bywają głośne i upstrzone grudkami mazutu.

Główna wyspa Langkawi ma około 320 km kw. niewiele więcej niż polski Wolin. Na tej powierzchni mieszka około 100 tys. ludzi, a każdego roku pojawiają się ponad 3 mln odwiedzających. Dla porównania Phuket o powierzchni około 543 km kw. i zamieszkała przez 430 tys. osób przyjmuje rocznie ponad 13 mln odwiedzających.

Ostatni skrawek Malezji, a za horyzontem zaczyna się już Tajlandia. Fot. Autor

Turystyka, która nie dominuje nad mieszkańcami

Spacerując po lokalnych targach, można zauważyć, że są one przede wszystkim miejscem zakupów mieszkańców, a dopiero później atrakcją dla odwiedzających. W restauracjach obok turystów siedzą rodziny z dziećmi. Meczety wyznaczają rytm codziennego życia, a wyspa zachowała wyraźnie malezyjski charakter.

To ważna różnica w porównaniu z wieloma kurortami regionu, gdzie lokalna społeczność coraz częściej staje się jedynie zapleczem dla przemysłu turystycznego.

Na Langkawi wciąż można odnieść wrażenie, że turystyka została dopasowana do życia mieszkańców, a nie odwrotnie.

Nie oznacza to oczywiście, że wyspa uniknęła wszystkich problemów. Ceny ziemi wzrosły, część młodych mieszkańców ma coraz większe trudności z zakupem własnych domów, a gospodarka stała się silnie uzależniona od liczby przyjezdnych. Pandemia COVID-19 pokazała, jak boleśnie może odczuć to region żyjący z podróży międzynarodowych.

Jednak nawet ten kryzys nie zmienił podstawowej filozofii rozwoju wyspy. Po ponownym otwarciu granic Langkawi nie próbowała nadrabiać strat za wszelką cenę. Nadal stawiano na jakość, bezpieczeństwo i ochronę środowiska, zamiast na niekontrolowane zwiększanie liczby odwiedzających.

Lekcja dla innych

Historia Langkawi pokazuje, że piękne plaże same w sobie nie gwarantują sukcesu. Tropikalnych wysp na świecie nie brakuje. O przewadze konkurencyjnej decyduje sposób zarządzania nimi.

Malezja potraktowała Langkawi jak wieloletni projekt gospodarczy. Polityka podatkowa została połączona z ochroną przyrody, inwestycjami infrastrukturalnymi i promocją kraju. Efekt widoczny jest nie tylko w statystykach turystycznych, lecz także w jakości przestrzeni, którą odczuwa każdy odwiedzający.

Patrząc na spokojny poranek na Pantai Cenang trudno uwierzyć, że sukces gospodarczy nie musi oznaczać utraty charakteru miejsca. Langkawi udowadnia, że możliwe jest inne myślenie o rozwoju: takie, w którym liczba turystów nie jest jedynym wskaźnikiem powodzenia.

Być może właśnie dlatego wyspa pozostaje jednym z najciekawszych eksperymentów gospodarczych współczesnej Azji. Nie dlatego, że ma najpiękniejsze plaże, lecz dlatego, że ktoś wiele lat temu postanowił, iż będą one służyły nie tylko turystom, ale również kolejnym pokoleniom mieszkańców.

Główne wnioski

  1. Piękne plaże same w sobie nie dają przewagi konkurencyjnej. O sukcesie zdecydował moment i konkretna decyzja polityczna podjęta w latach 80. XX wieku, a nie same warunki naturalne wyspy.
  2. Oficjalna narracja o sukcesie gospodarczym pomija ludzi, którzy w tym systemie funkcjonują na jego marginesie. Legalność i nielegalność, dostęp i jego brak, splatają się na wyspie w codzienności, o której nie mówią statystyki turystyczne.
  3. Oficjalna narracja o sukcesie gospodarczym pomija ludzi, którzy w tym systemie funkcjonują na jego marginesie. Legalność i nielegalność, dostęp i jego brak, splatają się na wyspie w codzienności, o której nie mówią statystyki turystyczne.