Dobry riff w ministerstwie. Minister Wojciech Balczun gra po swojemu
Grał przed Metallicą i Guns N’ Roses, restrukturyzował kolejowych gigantów w Polsce i Ukrainie, a dziś kieruje Ministerstwem Aktywów Państwowych w rządzie Donalda Tuska. Wojciech Balczun to menedżer w garniturze rockmana, wybierający merytoryczny bunt zamiast politycznych układów. Mówi o kulisach wejścia do rządu, sesji z gitarzystą Duran Duran i wygranym losie na loterii.
Ten artykuł jest częścią GQ The Business Issue powered by XYZ.
Przeczytaj inne tekstyAudio generowane przez AI. Może zawierać błędy.
Z Wojciechem Balczunem spotykamy się w gabinecie ministra aktywów państwowych, który zajmuje od nieco ponad roku. W pomieszczeniu uwagę zwraca kilka rekwizytów charakterystycznych dla polityka nadzorującego państwowe spółki: górnicza czapka, makieta wiatraka, miniatura dźwigu stoczniowego i modele pociągów.
Z naszym rozmówcą kojarzy się jednak również gitara, której w gabinecie nie widzimy. Zanim trafił do rządu, realizował się nie tylko w biznesie, ale również w muzyce. Jako gitarzysta i lider zespołu Chemia miał okazję występować przed Metallicą i Guns N’ Roses.
– Pamiętam, jak w podstawówce zrobiłem z wieszaków pałeczki perkusyjne. Mieszkając w bloku, udawałem, że gram na perkusji, i do tego śpiewałem – wspomina z humorem, gdy pytamy, jak zaczęła się jego pasja do muzyki.
Te dwa pozornie odległe światy widać także w jego podejściu do życia i zarządzania. Jak sam przyznaje, jego inspiracją zawsze był zespół Queen, który udowodnił, że można stworzyć własny, niepowtarzalny styl, mieszając skrajne estetyki i nieustannie przesuwając granice. Gdy patrzy się na historię Wojciecha Balczuna, widać podobny schemat: on również łączy odległe światy i lubi wychodzić poza utarte schematy.
Na podwórku, bez przywileju
Dzieciństwo spędził w Elblągu, dorastając w bloku. W domu nie było ani skrajnej biedy, ani zamożności, ale rodzicom nie żyło się łatwo.
– Wychowałem się na podwórku i nie jestem elitą ze stolicy, która miała przywilej wyjazdów na Zachód. Do wszystkiego doszedłem samodzielnie, własną pracą i determinacją – podkreśla.
Z tamtej, podwórkowej perspektywy minister patrzy dziś na Polskę z dumą, uznając transformację ustrojową po 1989 r. za największy sukces w historii kraju. Dostrzega, jak ogromną drogę przeszliśmy.
– Obiektywnie patrząc, żyjemy w przecudownym kraju, który zmienił się całkowicie. Na przykład, gdy zaczynaliśmy wielkie projekty, mieliśmy gigantyczne zapóźnienia. Dziś brakuje nam paru procent do domknięcia docelowego systemu autostrad i dróg szybkiego ruchu. Pamiętam, że gdy w 1997 r. przyjechałem do Warszawy, sprawiała ona wrażenie smutnego i zapuszczonego miasta. Dziś ludzie z całego świata publikują w mediach społecznościowych rolki, w których opowiadają, jak piękna jest Polska – ocenia Wojciech Balczun.
Model mieszany
Ten sukces gospodarczy jest dla niego niezaprzeczalny, a głosy o rzekomym wyczerpaniu polskiego modelu rozwoju kwituje krótko: „nieuzasadnione biadolenie”. Zwraca jednak uwagę, że przed Polską stoją nowe wyzwania, takie jak zwiększanie udziału krajowych firm w łańcuchach dostaw, czyli wzmacnianie tzw. local content (krajowego udziału w realizacji inwestycji i zamówień), zwiększanie odporności polskich przedsiębiorstw oraz realizacja wielkich inwestycji.
Ta ewolucja gospodarcza wiąże się także z rewizją jego własnych poglądów. Jako student politologii pisał pracę magisterską o koncepcji własności prywatnej w myśli Johna Locke’a, jednego z ojców liberalizmu. Trzy dekady później mówi jednak, że ortodoksyjny liberalizm oparty na wierze, iż „rynek wszystko wyreguluje”, odszedł do przeszłości. Zauważa, że nawet w Stanach Zjednoczonych – kolebce wolnego rynku – szefowie największych prywatnych korporacji meldują się w Białym Domu, by realizować strategie zbieżne z interesem państwa.
– Ale na pewno nie jestem etatystą. Najbliższy jest mi model mieszany – mówi Wojciech Balczun.
Przywołuje rozmowę z wicepremierem Bułgarii, który z zazdrością mówił o tym, że Polska zachowała kontrolę nad znaczną częścią sektora finansowego. Zdaniem Balczuna to właśnie silna obecność państwa w strategicznych obszarach pomogła Polsce przejść suchą stopą przez globalne kryzysy i utrzymać długofalowy wzrost gospodarczy. Problem w tym, że pod kontrolą państwa pozostają w Polsce także firmy produkujące słodycze czy szyjące koszule.
– Staramy się uporządkować portfel spółek Skarbu Państwa. Państwo powinno skupić się na sektorach kluczowych, wycofując się z pobocznych działalności – odpowiada minister aktywów państwowych.
Gitary za pieniądze z wakacji
Muzykę odkrywał dzięki prasie, ponieważ w domu nie było tradycji słuchania płyt, a rodzice byli „konsekwentnie odporni na dźwięki”. Jak przypuszcza, zamiłowanie do muzyki odziedziczył po dziadkach lub pradziadku, którzy byli z nią związani.
O pierwszy instrument nie było łatwo. Dopiero ojcu, zawodowemu wojskowemu, udało się wypożyczyć dla syna dużą, ciężką gitarę marki Kosmos. Na kolejne instrumenty nastolatek musiał już zarobić sam. Od 15. roku życia pracował w każde wakacje, a za odłożone pieniądze kupił w Czechosłowacji gitarę Jolana.
Kolejny instrument kupił już, grając w lokalnym zespole. Była to kopia Fendera wyprodukowana przez firmę Mayones.
– Wtedy był to mały warsztat w Trójmieście, dziś to wielka międzynarodowa marka – mówi.
Od trampkarza do metalowca
Na spotkanie z ministrem przychodzimy z płytą. To „Metal Elbląg Compilation”, składanka wydana przez Elbląskie Archiwum Muzyczne, prezentująca różnorodność elbląskiej sceny. Znalazł się na niej jeden utwór zespołu Chemia. Twórcy wydawnictwa podkreślili, że choć nie jest to zespół założony w Elblągu, gra w nim muzyk związany z tamtejszą sceną metalowego undergroundu. Wojciech Balczun przyznaje, że miał w tym środowisku kilku kolegów.
Druga połowa lat 80. 16-letni Wojciech Balczun zakłada swój pierwszy zespół wspólnie z liderem Thanatosa, a później Traumy. Jak mówi, był to pierwszy metalowy zespół w Elblągu. Nazywał się Galeon. Z uśmiechem wspomina występ na młodzieżowym przeglądzie w Sztumie.
– Byliśmy dzieciakami, które dopiero zaczynały stawiać pierwsze kroki w grze na instrumencie. Pamiętam recenzję naszego występu w lokalnej gazecie. Napisano, że naszemu wokaliście nie stroiły ani głos, ani gitara, a on później został wybitnym artystą sceny metalowej. Grał na międzynarodowych festiwalach, wszedł do kanonu – wspomina ze śmiechem.
Jako nastolatek także malował. Grał też w piłkę nożną w drużynie trampkarzy Olimpii Elbląg. Muzyka była jednak pasją, a nie zawodem. Po transformacji ustrojowej w 1989 r. poszedł na studia. Wybrał politologię, ponieważ chciał zostać dziennikarzem. Już na drugim roku założył rodzinę. Studiował w trybie indywidualnym, a później rozpoczął studia doktoranckie. Równolegle pracował na dwa etaty – na jednym od godz. 7 do 15, a na drugim jako nocny stróż.
– Wziąłem sprawy w swoje ręce, żeby pokazać całej rodzinie, że jestem odpowiedzialnym człowiekiem – podkreśla.
W tym czasie muzyka zeszła na dalszy plan. Podczas studiów na Śląsku Wojciech Balczun po raz pierwszy musiał sprzedać gitarę. Na sprzedaż poszedł Mayones. Została mu jednak gitara akustyczna. To z nią w rękach pojawiały się kolejne muzyczne pomysły. Chętniej komponował, niż ćwiczył grę na instrumencie. Tak jest zresztą do dziś, gdy minister chwyta za gitarę.
Basista Perfectu rozbudził ogień
Przełom w jego muzycznym życiu nastąpił w 1997 r. Wtedy Wojciech Balczun przypadkowo poznał Andrzeja Nowickiego, basistę legendarnego Perfectu. Spotkali się w mieszkaniu Balczuna. Gdy Nowicki zobaczył gitarę, poprosił gospodarza, żeby coś na niej zagrał. Od razu zaproponował, by stworzyli coś wspólnie.
– Gdy to powiedział, rozbudził we mnie ogień i zaczęliśmy razem grać – wspomina minister.
Wspólne plany przerwała tragedia. Kilka lat po pierwszym spotkaniu Andrzej Nowicki odwiedził młodszego kolegę już w Warszawie, by zaprezentować mu utwór zaaranżowany na podstawie ich wcześniejszego pomysłu. Następnego dnia syn basisty Perfectu zadzwonił z informacją o śmierci ojca. Wojciech Balczun długo nie mógł się po tym otrząsnąć.
Z banku na scenę
Nowicki zasiał jednak ziarno, które wykiełkowało. Było o to tym łatwiej, że Balczun obracał się w towarzystwie doświadczonych muzyków. Od Andrzeja „e-molla” Kowalczyka kupił efekt gitarowy z możliwością nagrywania i odtwarzania ścieżek innych instrumentów. Nowy zakup zachęcił go nie tylko do pisania gitarowych riffów, ale także do aranżowania pierwszych kompozycji. Równolegle rozwijał karierę menedżerską – był m.in. dyrektorem w Poczcie Polskiej, a potem dyrektorem departamentu w PKO BP.
– Po każdym weekendzie spędzonym w piwnicy na tworzeniu muzyki przychodziłem do banku i gdy rano spotykałem się ze współpracownikami, słuchali tego, co nagrałem. Trochę nie mieli wyjścia, skoro szef puszczał – wspomina ze śmiechem.
Po drodze poznawał kolejnych muzyków, m.in. Marka Piekarczyka i Marka Kapłona – wokalistę i perkusistę zespołu TSA, z którym Chemia później koncertowała. Ważna okazała się też znajomość z innym znanym Markiem ze świata muzyki. Marek Raduli, ceniony rockowy i jazzowy gitarzysta, mający w CV choćby Budkę Suflera, poznał Balczuna z gitarzystą, z którym ten założył Chemię. Był nim Zbigniew Krebs, którego Raduli przedstawił jako „polskiego Joego Satrianiego”. Krebs był najbardziej znany z zespołu Maryli Rodowicz, a dziś gra z Doro – damą niemieckiego heavy metalu.
Początki Chemii wyglądały inaczej, niż Balczun się spodziewał. Zakładał, że skomponowaną przez niego muzykę nagrają muzycy sesyjni. Już wchodząc do studia, czuł niepewność. Potem było jeszcze gorzej, bo pojawił się pomysł koncertu na żywo.
– Niby jak ja – dyrektor w banku – mam zagrać koncert na rockowej scenie? – myślał.
Pierwszy koncert Chemia zagrała w 2010 roku w warszawskich Hybrydach. Przyszło sporo znajomych, a na widowni był m.in. Marek Piekarczyk.
– Gdy schodziłem ze sceny, wiedziałem, że moje życie będzie wyglądało inaczej – wspomina minister.
W studiu Bryana Adamsa, na scenie przed Metallicą
Choć trudno w to uwierzyć, kariera muzyczna rozwijała się równolegle z biznesową. W 2008 r. Balczun został prezesem PKP Cargo z misją restrukturyzacji spółki. Do dziś o tym etapie mówi z błyskiem w oku, który pokazuje, jak dumny jest z osiągniętych wówczas rezultatów. Z drugiej strony Chemia dostała szansę występów przed czołowymi gwiazdami nie tylko polskiego, ale także światowego rocka. Zespół dzielił scenę z takimi legendami jak Guns N’ Roses, Deep Purple, Red Hot Chili Peppers czy Metallica, a także zagrał dziesiątki koncertów na kilku kontynentach.
Biznesowa żyłka przydała się także w prowadzeniu zespołu. Wojciech Balczun nawiązywał kontakty nie tylko w Europie, ale również w Stanach Zjednoczonych i Kanadzie. Kontakty te przynosiły efekty. Płytę „The One Inside” Chemia nagrała w 2013 r. w Kanadzie, w studiu należącym do Bryana Adamsa. Balczun wspomina, że w nagraniach pomagał Mark LaFrance, znany kanadyjski perkusista i wokalista, z którym do dziś utrzymuje przyjacielskie relacje. Album spotkał się z dobrym przyjęciem, a koncertów było coraz więcej. Chemia nagrała dotąd pięć albumów, a w 2015 r. została zespołem roku Antyradia.
– Zafiksowałem się przez moment do tego stopnia, że uznałem, że to muzyka będzie moim głównym zajęciem. Po pięciu latach w PKP Cargo poczułem rutynę, która jest dla mnie zabójcza jako zodiakalnego Bliźniaka – przyznaje.
Ukraiński sprawdzian
Jakiś czas po odejściu z PKP Cargo wziął udział w konkursie na prezesa Kolei Ukraińskich. Jak wspomina, na ukraińskich władzach ciążyła wtedy międzynarodowa presja, by pokazać, że faktycznie chcą zmieniać kraj po rządach Wiktora Janukowycza. Pierwszy konkurs unieważniono.
– Po kilku miesiącach zadzwoniono do mnie i próbowano mnie przekonać, mówiąc, że niewiele osób ma takie doświadczenie: przewodniczenie radzie nadzorczej PKP i LOT oraz prezesowanie PKP Cargo w czasie restrukturyzacji – wylicza.
Jeden z takich telefonów odebrał w busie zespołu podczas trasy koncertowej. Wokalista Łukasz Drapała powiedział mu wtedy: „Ja cię znam. Ty nie umiesz robić tylko jednej rzeczy”.
– Wystartowałem. Wątpiłem, że się uda, ale chciałem sprawdzić, w jakiej jestem formie – wspomina.
Wygrał. Jak opowiada, reakcje na jego nominację nieco go rozbawiły. Gdy o Chemii w Polsce robiło się głośniej, pisano o nim, że menedżer chce zostać gwiazdą rocka. Na Ukrainie z kolei pojawiły się komentarze, że „gwiazda rocka chce zostać prezesem”.
– Miałem wtedy długie włosy, więc kojarzyłem się z tym, z czego rockmani są stereotypowo znani. Tylko że to nie mój przypadek. Zawsze starałem się żyć spokojnie i twardo stąpać po ziemi – podkreśla.
Balczun zderzył się na Ukrainie z ogromnymi wyzwaniami, ale jak ocenia, ostatecznie udało mu się ustabilizować firmę. Odszedł bez zarzutów karnych – co, jak podkreśla, w tamtejszych realiach jest rzadkością – a później zajął drugie miejsce w głosowaniu pracowników na najlepszego prezesa spółki po 1989 r.
Telefon od premiera
Po powrocie z Ukrainy przez kilka lat pracował w sektorze prywatnym. Czuł, że jego miejsce jest w branży transportowo-logistycznej ze względu na unikatowe doświadczenie zdobyte w PKP, LOT i Kolejach Ukraińskich. Właśnie to doświadczenie wiosną 2025 r. zaprowadziło go do Agencji Rozwoju Przemysłu, do której należą ważne aktywa kolejowe, m.in. Polregio, FPS czy Euroterminal Sławków.
Któregoś dnia na spotkanie zaprosił go premier Donald Tusk, którego wcześniej spotkał zaledwie dwukrotnie, towarzysząc mu podczas roboczych wizyt.
– Idąc na spotkanie z premierem, nie miałem pojęcia, w jakiej sprawie jestem zaproszony. I ku mojemu zdziwieniu polityka zapukała do mnie, i to z dużym impetem – mówi Wojciech Balczun.
Premier zaproponował mu objęcie stanowiska ministra aktywów państwowych.
– Jedyna myśl była taka, że moje życie składa się z nieoczekiwanych momentów, w których wszystko staje na głowie. Uznałem, że jest to zaszczyt, wyróżnienie, wielkie zobowiązanie i być może puenta mojego życia zawodowego – tłumaczy Wojciech Balczun.
Powrót wątku ukraińskiego
Wraz z wejściem do rządu wrócił temat Ukrainy. Internetowi przeciwnicy zaczęli określać Balczuna mianem „naczelnego Ukraińca w rządzie”. Minister przekonuje jednak, że poza półtoraroczną pracą nie ma z tym krajem innych związków.
– Rodzina mojej mamy pochodzi z Kresów, ale jest rodziną polską, ziemiańską i inteligencką. Moi przodkowie oddawali życie za Polskę. Brat dziadka, sędzia w Sądzie Grodzkim, został rozstrzelany przez NKWD, dziadek skończył prawo na uniwersytecie we Lwowie, a pradziadek był tam kolejarzem jeszcze przed pierwszą wojną światową. Dla mnie to szok, że można w taki sposób utrwalać kłamstwa – mówi minister.
Zdaniem Balczuna do wzajemnego skłócania Polaków i Ukraińców przyczynia się Moskwa, której zależy na osłabianiu Zachodu i solidarności z Ukrainą. Przyznaje, że nie można zapominać o zbrodni wołyńskiej, ale uważa, że temat ten jest dziś cynicznie wykorzystywany.
– To, co dzieje się po stronie polskiej, jest pisane cyrylicą. Nie mogę pojąć, jakim cudem Braun – antysemita, polityk prorosyjski, kwestionujący istnienie obozów koncentracyjnych – może mieć 10 proc. w sondażach. Młodzi kupują populistyczne hasła wygłaszane przez politycznych cyników. Populizm daje łatwe recepty. Gorzej, gdy przychodzi zapłacić za nie cenę – uważa minister.
Nie dla hejterów i populistów
Wojciech Balczun ubolewa nad rosnącą popularnością populistów, zwłaszcza wśród młodych, którzy nie znają życia w Polsce poza NATO i Unią Europejską. Przypomina sobie, że w młodości podczas pobytów za granicą bywał gorzej traktowany przez funkcjonariuszy straży granicznej. Ponownie mówi o sukcesie polskiej transformacji. Jej efekty obserwował także z bardzo przyziemnej perspektywy: jeżdżąc z zespołem po całej Polsce i nocując w hostelach oraz niedrogich hotelach.
– Mamy być z czego dumni. Nie mogę pojąć, jak można budować kapitał polityczny na przekonywaniu, że Polska jest w ruinie. Przecież tak nie jest – uważa.
Po roku pracy w rządzie irytuje go, że polityczne rozgrywki ze strony opozycji bywają ważniejsze niż dobro wspólne. Wspomina o wetach prezydenta Karola Nawrockiego do ważnych dla rządu ustaw, m.in. dotyczących SAFE czy zmian podatkowych.
„Populistą nie będę”
Czy można wygrać z populistami, nie głosząc populistycznych haseł?
– Strona demokratyczna zawsze będzie miała trudniej w walce z populizmem. Pełnię funkcję polityczną, więc muszę to mieć na uwadze, ale jest to zgodne z moimi poglądami i moim patrzeniem na świat. Populistą nigdy nie będę – zapewnia.

Minister w każdy piątek publikuje w mediach społecznościowych raport ze swojej aktywności. Dzieli się tam nie tylko faktami i liczbami, lecz także bardziej publicystycznymi spostrzeżeniami. Jak mówi, to oczyszczająca forma rozładowywania napięcia. Przyznaje jednak, że niepokoi go wszechobecny w sieci hejt, dodatkowo napędzany przez algorytmy.
– Są osoby, które żywią się złem, dla których atakowanie innych jest formą katharsis i sposobem na odreagowanie niepowodzeń. Nie potrafię się z tym pogodzić. Mam nadzieję, że przyjdzie otrzeźwienie – mówi.
Nawiązuje do filmu „Norymberga” Jamesa Vanderbilta z Russellem Crowe’em w jednej z głównych ról.
– To również komunikat o tym, co może się stać, gdy zarazi się człowieka wirusem nienawiści prowadzącym do odpodmiotowienia drugiego człowieka. Rosja też tym gra, napuszczając Polaków na Ukraińców oraz Ukraińców na Polaków – twierdzi.
Do własnego wizerunku zachowuje dystans. Bywa zaliczany do najlepiej ubranych ministrów w rządzie, ale pytany o źródło inspiracji jest wyraźnie zmieszany.
– Nie mam stylisty, nie interesuję się modą. Chyba bierze się to z mojej artystycznej wrażliwości. W młodości, oprócz komponowania, malowałem i pisałem wiersze – mówi Balczun.
Los na loterii i cierpliwość żony
Za rok wybory do Sejmu. Gdyby miał wystartować, już teraz powinien budować polityczne zaplecze w terenie. Czy skoro tego nie robi, oznacza to, że nie zamierza startować?
– To, że tego nie robię, jest dowodem na to, że o tym nie myślę – odpowiada.
Swoją karierę ilustruje anegdotą o dawnym koledze z zarządu, który przy kawie pytał go o długoterminowy plan i deklarował, że jego własnym celem jest fotel ministra. Słuch po koledze zaginął, a to Balczun – bez politycznego parcia i planowania – ministrem został.
– Nie wiem, jakie niespodzianki szykuje mi jeszcze los. Staram się być zawsze przygotowany na wyzwania – mówi Wojciech Balczun.
Jaka jest tajemnica energii, która pozwala mu z równym zaangażowaniem grać koncerty, restrukturyzować firmy i debatować na posiedzeniach rządu? Balczun wskazuje na rodzinę. Właśnie obchodzi z żoną 35. rocznicę ślubu.
– Asia ciągle nie wie, z czym wrócę do domu, z jakim kolejnym pomysłem. Jednak dzięki jej wsparciu mam siłę, żeby to wszystko realizować i jest to moim wygranym losem na loterii – mówi Wojciech Balczun.

