Donald Trump więcej traci, niż zyskuje na wojnie w Iranie. Co go może skłonić do piwotu?
Wojna w Iranie zniszczyła jego potencjał militarny i znacząco opóźniła program nuklearny. Jeśli jednak prezydent USA myślał, że obali reżim tylko przy pomocy nalotów z powietrza, to bardzo się przeliczył. Na dodatek rozpoczął wojnę wbrew swoim wcześniejszym deklaracjom. Droższa ropa oznacza wyższą inflację, a to może zniechęcić do administracji amerykańskich wyborców przed połówkowymi wyborami do Kongresu.
Z tego artykułu dowiesz się…
- Na czym polega polityczne ryzyko ataku na Iran, które może ponieść Donald Trump.
- Czego udało się Amerykanom i Izraelczykom dokonać pod kątem stricte wojskowym.
- Jakie są potencjalne ekonomiczne efekty ataku USA i jak mogą wpłynąć na amerykańską politykę.
Od ataku Stanów Zjednoczonych i Izraela na Iran mija 10 dni. Zakończenie tego konfliktu pozostaje niewiadomą. Sam Donald Trump w rozmowie z portalem „Times of Israel” powiedział niedawno, że decyzję w tej sprawie podejmie w „odpowiednim czasie”.
Zdaniem ekspertów atak na Iran to ryzykowny ruch dla samego Trumpa. W rozmowie z XYZ twierdzi tak prof. Wojciech Grabowski, kierownik Zakładu Stosunków Międzynarodowych Instytutu Politologii Uniwersytetu Gdańskiego (UG) oraz ekspert ds. stosunków międzynarodowych na Bliskim Wschodzie, zwłaszcza Zatoce Perskiej. Zwraca uwagę, że to Izrael wciągnął Stany Zjednoczone do tej wojny. Bez amerykańskiego zaangażowania militarnego i politycznego operacja miałaby węższy wymiar.
Prof. Grabowski wytyka Trumpowi, że liczył na szybki sukces i kapitulację Iranu, lekceważąc polityczne i kulturowe uwarunkowania. Pierwsze dni konfliktu pokazały, że na szybką zmianę reżimu politycznego nie ma co liczyć. Nowym najwyższym przywódcą został Modżtaba Chamenei. To syn ajatollaha Alego Chameneiego zabitego w atakach sił amerykańskich i izraelskich. Innym przejawem lekceważenia kulturowych uwarunkowań byłoby zaangażowanie irackich Kurdów. Biały Dom kilkukrotnie zmieniał narrację w sprawie doniesień o ich zbrojeniu. Wykładowca UG uważa, że ewentualne utorowanie drogi irańskiemu społeczeństwu przez Kurdów byłoby mało prawdopodobnym scenariuszem.
– Wynika to m.in. z historycznych uwarunkowań irańskiej polityki wewnętrznej. Jednym z elementów mitu założycielskiego dynastii Pahlawich [rządziła Iranem przed przejęciem władzy przez ajatollahów – red] było rozprawienie się z separatyzmem azerskim i kurdyjskim. Amerykanie i Izraelczycy chcą teraz budować nowy Iran z udziałem następcy tronu tej dynastii i z pomocą bojowników kurdyjskich. Z historycznego punktu widzenia jest to bardzo problematyczna konstrukcja polityczna. Pokazuje to szerszy problem. Często w polityce amerykańskiej pojawia się tendencja do niedoceniania złożoności lokalnych uwarunkowań historycznych, etnicznych i politycznych regionu. W przypadku Iranu takie uproszczenia mogą prowadzić do błędnych założeń strategicznych – uważa prof. Grabowski.
Społeczne skojarzenia z Irakiem i Afganistanem
W ocenie możliwych politycznych skutków działań Trumpa w Iranie nie bez znaczenia są planowane na listopad połówkowe wybory do Kongresu. Na ten aspekt w rozmowie z XYZ zwraca uwagę Paul Balawajder, analityk ds. Stanów Zjednoczonych z Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych. Zdaniem analityka im dłużej ta wojna będzie trwać, tym bardziej nastroje społeczne będą się pogarszać.
– Z badań, na które powołują się agencja Reutera i CNN, wynika, że większość Amerykanów patrzy na ten konflikt z dezaprobatą. Do tej pory wiadomo oficjalnie o sześciu amerykańskich żołnierzach, którzy stracili życie. Jeżeli będzie ich więcej, nastroje będą się pogarszać. Odbije się to na notowaniach Partii Republikańskiej – uważa Paul Balawajder.
Również prof. Wojciech Grabowski zwraca uwagę na kontekst wyborczy. Szybka kapitulacja Iranu byłaby sukcesem, którego Trump potrzebuje na użytek wewnętrzny. Jego zdaniem wojna w Iranie może być dłuższa i bardziej złożona, niż mogło wydawać się Trumpowi. Udział amerykańskich żołnierzy w kolejnej wojnie na Bliskim Wschodzie może przywoływać skojarzenia z interwencjami w Iraku i Afganistanie. Tamte wojny wywarły wpływ na amerykańskie społeczeństwo w dalszych latach.
Atak na Iran w kontrze do wcześniejszej narracji Trumpa
Donaldowi Trumpowi przypominane są wypowiedzi sprzed kilkunastu lat, gdy prezydentem był Barack Obama. Paul Balawajder przypomina, że między innymi dzięki krytyce tamtych konfliktów Donald Trump zyskał pierwszą prezydenturę.
– Ruch MAGA i hasło „America First” opierało się na odchodzeniu od interwencjonizmu. Wielu zwolenników Trumpa czuje się w pewien sposób oszukanych. Przypominane są wypowiedzi, w których Trump krytykował poprzednie administracje za brak zdolności negocjacyjnych i ostrzegał przed wciągnięciem Stanów Zjednoczonych w konflikt z Iranem – wylicza Paul Balawajder.
Podobnego zdania jest prof. Wojciech Grabowski. Uważa, że obecne działania Amerykanów są sprzeczne z wcześniejszymi deklaracjami Donalda Trumpa o chęci ograniczenia zaangażowania wojskowego na Bliskim Wschodzie. Zdaniem eksperta niewykluczony jest także przyziemny motyw. Atak na Iran miałby być próbą znalezienia tematu zastępczego dla rosnących inflacji i bezrobocia.
– To trochę tak, jak z postępowaniem Benjamina Netanjahu w Izraelu. Utrzymuje on w regionie stan wysokiego zagrożenia, by móc uzasadnić podejmowane przez siebie działania militarne i równolegle uciekać przed wymiarem sprawiedliwości. Jak wiadomo, Donald Trump również nie jest w komfortowej sytuacji, choćby w kontekście akt Epsteina – mówi prof. Wojciech Grabowski.
Zyski strategiczne
W wypowiedziach ekspertów padają przykłady błędów i politycznych strat, które może ponieść Donald Trump i jego administracja. Paul Balawajder uważa, że atak na Iran może przynieść zyski na poziomie strategicznym.
– Warto zwrócić uwagę, że większość irańskiej ropy trafia do Chin. Atak na Iran jest więc potencjalnie ciosem w chińską gospodarkę. Jeżeli doszłoby do podobnych zmian w sektorze naftowym jak w przypadku Wenezueli i irańska ropa wróciłaby szerzej na światowe rynki, Stany Zjednoczone mogłyby zyskać. Ceny ropy mogłyby spaść i ucierpieć mogłaby Rosja. Strategicznie można zyskać bardzo wiele. Z perspektywy Izraela zyskiem może być wyeliminowanie największego zagrożenia w regionie – mówi Paul Balawajder.
Prof. Wojciech Grabowski z kolei uważa, że w amerykańskiej narracji Donald Trump „mógłby w zasadzie ogłosić sukces nawet dziś”. Mogłoby mu wystarczyć stwierdzenie, że zabił duchowego przywódcę kraju i czołowych przedstawicieli irańskiego reżimu, a także cofnął o wiele lat irański program nuklearny.
– Taka narracja pozwalałaby na ograniczenie zaangażowania militarnego i przedstawienie operacji jako skutecznej. W praktyce jednak konflikt nadal eskaluje, co sugeruje, że administracja amerykańska może liczyć na bardziej ambitny rezultat – być może nawet na osłabienie lub zmianę reżimu w Teheranie. Taki cel jest jednak bardzo trudny do osiągnięcia wyłącznie przez działania powietrzno-rakietowe – mówi prof. Wojciech Grabowski.
Osłabić możliwości obrony i ataku
Operacji w Iranie należy przyjrzeć się także pod kątem militarnym. I tu osiągnięcia Amerykanów wydają się względnie oczywiste. Mówi o tym Dawid Kamizela, dziennikarz portalu Strefa Obrony. Wskazuje, że koalicji amerykańsko-izraelskiej udało się osiągnąć znaczne osłabienie potencjału militarnego Iranu. Nie od strony sił lądowych, ale raczej obrony przeciwlotniczej, ofensywnych zdolności dronowych czy zdolności do rażenia pociskami balistycznymi. Ta degradacja jest, jak ocenia Dawid Kamizela, „istotna”. Przy czym traktuje on obecną sytuację jako dalszy krok. Kontynuację tego, co wydarzyło się w czerwcu ubiegłego roku, gdy Izraelczycy mocno przetrzebili obronę przeciwlotniczą Iranu.
– To niejako proces ciągły. Izraelczycy i Amerykanie po prostu dbają, by Iran nie uzupełnił zanadto braków. Inna rzecz, że przez kilka miesięcy od czerwca nie miał na to zbyt dużych możliwości ani pieniędzy – mówi XYZ dziennikarz portalu Strefa Obrony.
Spowolnić program atomowy, wysadzić w powietrze kierownictwo państwa
Kolejna kwestia to ataki na instalacje atomowe.
– Uderzenia z ubiegłego roku i to, co dzieje się obecnie, na pewno oddala Iran od sięgnięcia po broń nuklearną. Nie na zawsze, ale kalendarz z dużą pewnością się przesunie. I to z punktu widzenia Izraela i USA jest rzecz cenna – wskazuje Dawid Kamizela.
Wśród osiągnięć wymienia też zgładzenie dużej część elit polityczno-wojskowych Iranu. Przy czym, jak mówi, w perspektywie kilku lat wcale nie musi to wyjść na dobre Izraelowi i USA. Ci, którzy przyjdą po zabitych liderach, mogą być jeszcze bardziej radykalni, zdeterminowani i niebezpieczni.
– Wydaje mi się, że ma to na celu po prostu powiększanie chaosu. Ale oceniam to jako cel dodatkowy. Gdyby Amerykanie i Izraelczycy chcieli wyeliminować elity, to po prostu zrobiliby to w ciągu dwóch dni. W mojej ocenie, największym sukcesem jest zniszczenie obrony przeciwlotniczej, lotnictwa i marynarki oraz bardzo poważne ograniczenie zdolności balistycznych i uderzeń dronowych – podsumowuje ekspert.
„Atak służy temu, czemu służą armie, czyli złamaniu przeciwnika”
Marcin Krzyżanowski, orientalista z Uniwersytetu Jagiellońskiego, dowodzi, że ze strony czysto militarnej atak na Iran służy temu, czemu służą armie: złamaniu przeciwnika i pokonaniu go. Wskazuje, że USA i Izrael wielokrotnie używały wymówki w postaci irańskiego programu atomowego. Kiedy okazało się, że ta narracja trochę się nie klei, sojusznicy przeszli do retoryki programu rakietowego i wspierania takich organizacji jak Hezbollah, Hamas czy Houti.
– Ten atak miał za zadanie zniszczyć potencjał militarny i przemysłowo-zbrojeniowy Iranu. Tak, by zredukować go z poziomu „zagrożenie” do „trouble-makera” – mówi Marcin Krzyżanowski.
Wyjaśnia, że ciągu pierwszych czterech dni operacji udało się obezwładnić i zniszczyć jednostki obrony powietrznej Iranu oraz irańską marynarkę wojenną. Zaznacza jednak, iż największą część zniszczonej floty stanowiły stare, niepływalne jednostki stojące w portach, z którymi Irańczycy za bardzo nie wiedzieli, co zrobić.
Kierownictwo państwa „przetrzebione”, ale kolaps nie nastąpił
Do tego dochodzi znaczne zniszczenia w zakresie wyrzutni rakietowych i przetrzebienie – po raz kolejny – irańskiej generalicji. Państwo nadal jednak działa i to pomimo tego, że wyeliminowany został Najwyższy Przywódca, Ali Chamenei. Iran najwyraźniej nadal ma się czym bronić. Irańskie pociski nadal spadają na cele w rejonie Zatoki Perskiej. Także w Izraelu.
– Większość rakiet i dronów jest przechwytywana i niszczona, ale to, co robi Iran, służy sterroryzowaniu, zastraszeniu regionu. Cała strategia Iranu w tej wojnie zakłada zmaksymalizowanie strat przeciwników. Chodzi o to, by przestały się zgadzać koszty. Teheran zakłada, że jeśli koszty będą zbyt wysokie, to Amerykanie zdecydują się na bardziej miękkie stanowisko negocjacyjne – wskazuje orientalista.
„Cele pisane na kolanie”
Odpowiedź na pytania o osiągnięcia i cele militarne wcale nie jest więc prosta. Jak mówi w rozmowie z XYZ dr Wojciech Szewko, od lat zajmujący się problematyką Bliskiego Wschodu, największy problem z tą interwencją jest taki, że… nie wiadomo, co było jej celem.
– Powiedziałbym nawet, że kolejne „cele” były przez Amerykanów pisane na kolanie – mówi dr Szweko.
Były deklaracje o potrzebie likwidacji programu nuklearnego. Czy został on „zlikwidowany”? Żeby się tego dowiedzieć, trzeba byłoby zajrzeć do podziemnych fabryk i składów Iranu. Aby to zrobić, należałoby tam wysłać wojską lądowe.
– Rodzi się zresztą pytanie, jak szybko lokalni inżynierowie – a w Azji jest ich całkiem sporo, choćby w Korei – będą w stanie im ten potencjał odbudować. Deklarowano zmianę ustroju Iranu. I co? Chamenei co prawda nie żyje, ale lud irański zamiast krzyczeć na ulicach „dziękujemy Trumpowi” krzyczy „śmierć Ameryce” – wskazuje ekspert.
Reżim, jak dodaje, się nie zawalił, a ustrój się nie zmienił. Jeśli zaś chodzi o program rakietowy, to Iran nadal wystrzeliwuje pociski w region. I to głównie pociskami krótkiego zasięgu, co istotne, bo dotychczas był mowa głównie o pociskach dalekiego zasięgu. Latają także drony, znane z Ukrainy Shahedy.
Zemsta za wojnę Jom Kippur?
Dr Szewko wskazuje zatem zupełnie inny cel, niż ograniczenie potencjału atomowego czy zmianę ustroju. O wiele bardziej perfidny i dalekosiężny. Z tym zastrzeżeniem, że nie jest to cel USA, a pozostającego w wygodnym cieniu Stanów Zjednoczonych Izraela.
– Prawdziwym celem jest wyniszczenie infrastruktury Iranu. Doprowadzenie go do poziomu Strefy Gazy. Tyle, że to nie cel Ameryki, a Izraela. Tego Izraela, który od kilkudziesięciu lat prowadzi politykę rozbijania i destabilizowania krajów znanych z tego, że uderzyły na Izrael w wojnie Jom Kippur. Bo co pozostało? Jordania jest zhołdowana, Irak i Syria są rozbite. Iran właśnie jest celem ataku. Pozostały Pakistan, czyli jedyny kraj muzułmański wyposażony w broń jądrową, i Turcja – wskazuje Wojciech Szewko.
W izraelskiej prasie pojawiały się sugestie, że to właśnie Turcja może być celem działań Izraela. Kanclerz Niemiec Friedrich Merz powiedział, że Trump nie ma żadnego pomysłu na Iran ani strategii wyjścia z działań zbrojnych. Zdaniem doktora Szewko, deklarowane cele były humbugiem.
– Nie ma sposobu na dostanie się do irańskich instalacji atomowych pod masywami górskimi bez interwencji lądowej. Tak samo zresztą byłoby w przypadku chęci zmiany ustroju, likwidacji potencjału rakietowego czy chęci osadzenia na tronie nowego szacha. Gdyby Amerykanie faktycznie chcieli zmienić ustrój Iranu, to już dawno powstałby jakiś „ludowy rząd na uchodźstwie”, który głośno mówiłby o potrzebie „zmian i wyzwolenia”, a także wzywałby armię i Korpus Strażników Rewolucji do poddania się. A nic takiego się nie wydarzyło – podsumowuje ekspert.
Wzrost cen ropy
Od strony ekonomicznej na razie najistotniejszym skutkiem ataku na Iran jest gwałtowny wzrost ceny ropy naftowej na rynkach światowych. W poniedziałek tuż po otwarciu notowań jej cena rosła nawet o 20 proc., przebijając z dużym zapasem 100 dolarów za baryłkę. Tak było zarówno w przypadku ropy WTI (tu cena sięgnęła niemal 120 dolarów), jak i ropy Brent. W trakcie polskiej sesji giełdowej rynki nieco się uspokoiły, ale wciąż notowania wahały się przez większość dnia w granicach 95-100 dolarów za baryłkę.
W ciągu ostatniego miesiąca ceny wzrosły o ponad 50 proc. Część wzrostu wynikała z wbudowanych oczekiwań co do rozpoczęcia ataku USA na Iran, a (zdecydowanie większa) część uwidoczniła się po jego wybuchu. Rynkowe przewidywania co do długości trwania konfliktu oraz jego wpływu znacznie się zwiększyły w stosunku do potencjalnych scenariuszy jeszcze sprzed jego rozpoczęcia.
Koszty życia a polityka
Ceny na stacjach benzynowych w USA wzrosły do najwyższego poziomu od jesieni 2024 r. i sięgnęły 3,32 dolara za galon jeszcze w czwartek 5 marca. To wciąż o 50 proc. mniej niż w szczycie wzrostu po ataku Rosji na Ukrainę. Latem 2022 r. ceny wynosiły ok. 5 dolarów. Niemniej obecny wzrost przełoż się to na odczyty inflacji już w marcu. Potencjalnie może też wpłynąć na ścieżkę łagodzenia polityki pieniężnej przez Fed. Wszystko to odbywa się przy systematycznie spadającej aprobacie dla prezydentury Donalda Trumpa.
Tymczasem liczne sondaże sugerują, że najistotniejszą kwestią dla Amerykanów jest inflacja lub szerzej rozumiany (ale gorzej zdefiniowany) „kryzys kosztów życia”. Polityka w tym zakresie prowadzona przez administrację Trumpa oceniana była najgorzej także przed inwazją. Warto przypomnieć, że analizy wskazywały właśnie na inflację jako przyczynę tego, że w krajach rozwiniętych rządy zostawały niemal w komplecie odsuwane od władzy w 2024 r. Do wyborów jeszcze daleko. Potencjalna nowa fala inflacyjna drastycznie zmniejszy jednak szansę republikanów w najbliższych wyborach połówkowych, a być może także w kolejnych.
Paradoks braku pozytywów ekonomicznych
Do tego dochodzą inne negatywne skutki ataku na Iran. Od czasu rozpoczęcia rosną rentowności amerykańskich obligacji, co zwiększa koszty obsługi długu. Deficyt USA w tym roku będzie wyższy ze względu na przyjętą w połowie ubiegłego roku ustawę podatkową obniżającą podatki. W dodatku łagodniejsza polityka pieniężna może skutkować mniejszym wzrostem gospodarczym. Zgodnie z podręcznikowymi interpretacjami bank centralny nie powinien reagować na negatywne szoki podażowe. Wzrost oczekiwań inflacyjnych konsumentów może jednak doprowadzić FED do ostrożniejszej polityki.
Jednym słowem – na osi ekonomia-polityka nie ma dobrego uzasadnienia dla rozpoczęcia oraz kontynuowania przez USA wojny w Iranie. Negatywne kształtowanie się cen akcji, obligacji czy ropy może natomiast zwiększyć presję na Trumpa do wcześniejszego jej zakończenia.
Najprawdopodobniej to spowodowało, że prezydent USA zasygnalizował w wywiadzie dla CBS News przed zakończeniem amerykańskich notowań, że wojna może niedługo się skończyć. Po słowach Trumpa notowania indeksów zmieniły kolor na zielony. S&P500 oraz Nasdaq100 wzrosły odpowiednio o 0,83 proc. i 1,38 proc. na koniec dnia. Notowania ropy wyniosły już tylko 90 dolarów, podczas gdy w ciągu dnia osiągnęły poziom 120 dolarów. Przypomnijmy, że reakcja rynków po ogłoszeniu ceł w ubiegłym roku była jedną z przyczyn pauzy w ich wprowadzaniu, a następnie zmniejszenia ich wysokości względem pierwotnej propozycji.
Główne wnioski
- Atakując Iran, Donald Trump zaprzeczył swoim wcześniejszym deklaracjom. Za podobne działania krytykował poprzednie amerykańskie administracje i na ich krytyce zyskał pierwszą prezydenturę. Działania w Iranie miały zapewnić mu szybki sukces potrzebny przed jesiennymi wyborami połówkowymi do Kongresu. Na horyzoncie nie widać jednak zakończenia wojny, a jej kontynuacja budzi w amerykańskim społeczeństwie skojarzenia z Irakiem i Afganistanem. Pod tym względem wojna może być politycznie kosztowna dla Trumpa i republikanów.
- Bombardowania i ostrzały Iranu przyniosły Amerykanom i Izraelczykom kilka korzyści militarnych: zniszczenie systemów obrony przeciwlotniczej, marynarki wojennej i lotnictwa Iranu, oraz potencjalne, znaczące opóźnienie irańskiego programu nuklearnego. Nie da się jednak zmienić reżimu przy pomocy wyłącznie akcji powietrznych.
- Atak USA na Iran niesie wiele potencjalnych kosztów gospodarczych, które mogą szybko przełożyć się na konsekwencje polityczne. Najbardziej bezpośrednim skutkiem jest wzrost cen ropy, a w ślad za nim wyższa inflacja i droższe paliwa dla amerykańskich konsumentów. To z kolei może utrudnić prowadzenie bardziej łagodnej polityki pieniężnej przez Fed, podnieść rentowności obligacji i zwiększyć koszty obsługi długu publicznego. W warunkach już wysokiego deficytu oraz spadającej aprobaty dla prezydentury Donalda Trumpa taki scenariusz może pogorszyć nastroje wyborców, dla których inflacja i koszty życia pozostają jednym z najważniejszych problemów.