Dwa sposoby myślenia, dwa miasta, dwa światy. Ostatnie dni Kijowskiego Biennale w Warszawie
Świat sztuki przez dekady lubił porządkować się według map, wyznaczania osi i wskazywania centrów. Były więc metropolie i leżące w ich cieniu peryferia. I o tym oraz o sposobie zmiany myślenia opowiada kończące się Kijowskie Biennale w… Warszawie.
Z tego artykułu dowiesz się…
- Dlaczego współczesne imprezy artystyczne coraz częściej rozszczepiają się na więcej niż jedno miasto, a nawet kraj, odpowiadając na geopolityczne napięcia, migracje i nierówności.
- Dlaczego Biennale Kijowskie dotyczy nie tylko Ukrainy, lecz także Europy pękniętej na nowe linie podziału między centrum a peryferiami.
- Jakich artystów możemy jeszcze do 18 stycznia zobaczyć w warszawskiej odsłonie imprezy, odbywającej się w Muzeum Sztuki Nowoczesnej (MSN).
Biennale jako zjawisko stało się w świecie sztuki nie tylko formatem wystawienniczym. Każde miasto z ambicjami kulturalnymi chciało mieć własne wydarzenie jak wizytówkę nowoczesności, dowód uczestnictwa w globalnym dialogu. Oczywiście, nad wszystkimi unosił się duch Biennale w Wenecji, dziś jednocześnie czczonego i oskarżanego o zmurszałość i sklerozę. Ale równie istotne stały się inne punkty na mapie. To Biennale w São Paulo, Biennale w Ankarze czy niepokorne Biennale w Berlinie. Każde z nich inaczej definiowało relację sztuki z polityką, lokalnością i globalnym wymiarem.
Przewidywany przez Francisa Fukuyamę „koniec historii” nie nastąpił. Podział nie przebiega już prosto – Wschód kontra Zachód. Linia demarkacyjna idzie dziś między bogatą globalną Północą a globalnym Południem, ale też przez samą Europę, pociętą konfliktami, traumami i nowymi murami, często niewidzialnymi, ale bardzo realnymi. W tej sytuacji klasyczne biennale, przywiązane do jednego miejsca i jednego komfortowego kontekstu, okazało się formatem niewystarczającym. Pojawiła się potrzeba rozszczepienia – wystaw wędrujących, mutujących, wpisujących się w różne miasta i ich lokalne napięcia. Tak było choćby z imprezą Documenta, jednym z najważniejszych przeglądów sztuki, który tradycyjnie odbywa się w Münster. W 2017 r. rozszczepiony został jednak także na przeżywające kryzys Ateny. Chodziło o to, by zwrócić uwagę na problemy europejskiego kraju. Z kolei Manifesta, czyli tzw. europejskie biennale, ma status „imprezy nomadycznej”, bo co dwa lata odbywa się w innym kraju.
Na tym tle narodziło się Biennale Kijowskie. Oddolna marka, przygotowana przez grupę aktywistów, a po rozpoczęciu pełnoskalowej wojny realizowana jako projekt polityczny, kulturowy i etyczny.
Biennale, które nie tyle pokazuje sztukę, ile testuje możliwość wspólnego myślenia w warunkach wojny, migracji i systemowego kryzysu.
Geopolityka w trybie wystawienniczym
Szósta edycja Biennale Kijowskiego, prezentowana w Muzeum Sztuki Nowoczesnej (MSN) w Warszawie, która po 18 stycznia będzie symultanicznie pokazywana m.in. w Antwerpii, Wiedniu i oczywiście Kijowie, nie próbuje nawet udawać neutralności. Wręcz przeciwnie, od początku stawia sprawę jasno: sztuka nie jest tu autonomicznym azylem, lecz polem starcia narracji, pamięci i ideologii. To biennale nie przyjechało do Warszawy jako „egzotyczny gość ze Wschodu”, lecz jako doświadczenie wojny wpisane w europejską codzienność.
Na wystawie spotykają się twórcy z Ukrainy i z innych krajów regionu, artyści pracujący z archiwami, dokumentem, performansem i instalacją. Ich prace często balansują między sztuką a świadectwem, między estetyką a etyką. Wyświechtane, ale prawdziwe. Zawsze ciąży nad nimi realność wojny, migracji, utraty.
Szczególnie wyraźne są strategie pracy z archiwum: fotografie, nagrania, teksty propagandowe zostają wytrącone z pierwotnych znaczeń i zmontowane na nowo. Bo dziś archiwum też jest polem bitwy.
Przerysowanie map
Warszawska odsłona Biennale Kijowskiego nosi tytuł Bliski Wschód, daleki Zachód i już przy wejściu podsuwa widzowi fałszywie oczywisty trop: geografię. Jedną z pierwszych prac w MSN-ie jest bowiem mapa – monumentalna, rozświetlona, a jednocześnie nieczytelna. To kartograficzny palimpsest autorstwa Lany Čmajčanin. Urodzona w Sarajewie artystka zamiast jednej mapy proponuje ich całe stado. Są wydrukowane na przezroczystych foliach, nałożone na siebie, podświetlone, zlepione w jeden wizualny chaos. Dopiero po dłuższej chwili z tej mgły linii, granic i znaków wyłania się Bośnia i Hercegowina – kraj bardziej domyślny niż oczywisty. To mapa, która nie tyle pokazuje terytorium, ile ujawnia niemożność jego stabilnego opisania.
Zebrane przez Čmajčanin mapy są świadectwem imperialnych przeciągań liny: wojen, traktatów, nacjonalistycznych projektów, zmieniających się stref wpływów i politycznych ambicji, które przez wieki przecinały Bośnię jak kolejne warstwy kalki technicznej. Ten przypadek jest ekstremalny, ale zarazem boleśnie reprezentatywny dla Europy Środkowej. To region, w którym granice nigdy nie są dane raz na zawsze. Każde terytorium bywa polem jednoczesnych roszczeń: imperialnych, etnicznych, religijnych, kolonialnych, ekonomicznych.

Jedną z najmocniejszych – i bez wątpienia najciekawszych – prac na wystawie jest imponująca instalacja niezwykle cenionej dziś Hito Steyerl, zrealizowana we współpracy z Philippem Gollem i Oleksijem Radyńskim. Monumentalny, poplątany rurociąg wypełniający muzealną salę działa tu jak materialna metafora do polityki i zależności energetycznej.
Ale są tu też rzeczy osobiste, bardziej poetyckie i mniej oczywiste. Jak Cudowny wypadek Assafa Grubera, rozpisany na dwa ekrany film o spotkaniu Edyty (Polki żydowskiego pochodzenia) i Nadira pochodzącego z Maroka, którzy spotkali się w łódzkiej Filmówce. Rozgrywająca się na przestrzeni lat 1968-2025 historia jest wzruszającą opowieścią o traumie, rozdzieleniu, poszukiwaniu miejsca dla relacji wbrew światu.
Sztuka czasów przyspieszenia
Biennale Kijowskie w MSN-ie nie zamyka się jednak w tonie katastroficznym. To nie jest wystawa-nekrolog ani estetyzacja cierpienia. Raczej próba zbudowania tymczasowej wspólnoty odbiorców, którzy – choć na chwilę – godzą się wejść w cudzą perspektywę. Warszawa, miasto naznaczone własną historią zniszczenia i odbudowy, staje się tu rezonatorem dla kijowskich doświadczeń. Ten dialog nie jest łatwy, czasem wręcz niewygodny, ale właśnie dlatego potrzebny. I w tym sensie kijowski projekt pokazuje, że format biennale – mimo wszystkich kryzysów – wciąż może być żywy, pod warunkiem, że porzuci iluzję neutralności i luksusu.
Główne wnioski
- Rozszczepienie biennale na wiele miast i kontekstów to odpowiedź świata sztuki na przyspieszenie historii, nierówności globalne i niemożność mówienia o współczesności z jednego, komfortowego centrum.
- Biennale Kijowskie opowiada o wojnie, imperializmie i kolonialnych mechanizmach władzy, ale także o pamięci, archiwum i próbach budowania wspólnoty w warunkach kryzysu.
- Lista artystów i artystek od Hito Steyerl, przez Nikitę Kadana, Lanę Čmajčanin, Danę Kavelinę, po Artura Żmijewskiego i Assafa Grubera pokazuje szerokie spektrum strategii: od analizy systemów władzy po intymne, poetyckie narracje o doświadczeniu rozpadu świata, jaki znamy.