Gdzie dziś zobaczyć prace Magdaleny Abakanowicz? Odpowiedź nie jest oczywista…
Niepowtarzalna okazja, by obejrzeć w stolicy wystawę jednej z najbardziej znanych twórczyń polskich XX wieku. Na gości czekają obiekty, które wcześniej nie były pokazywane publicznie. Jeszcze ciekawiej jest dlatego, że prace Magdaleny Abakanowicz zderzono z dziełami innej polskiej artystki.
Z tego artykułu dowiesz się…
- Co wcześniej mieściło się przy ul. Magazynowej w Warszawie.
- Dlaczego sztuka Abakanowicz i Czełkowskiej tak dobrze się uzupełniają.
- Jakie zaskakujące odkrycie można zastać na wystawie.
To niezwykłe spotkanie dwóch artystek. W warszawskiej pracowni Wandy Czełkowskiej przy ul. Magazynowej można obejrzeć wystawę jednej z najbardziej znanych polskich twórczyń XX wieku – Magdaleny Abakanowicz. Okazja to niezwykła, zważywszy, że – w co trudno uwierzyć – na stałe w stolicy w tej chwili nigdzie jej prac nie zobaczymy. Wystawa jest czynna w soboty. Najbliższe terminy to 13 i 27 czerwca w godz. 18-21 oraz 1 lipca w godz. 19-21.
Obie należą do grona wybitnych twórczyń XX wieku, które torowały drogę językowi nowoczesnej rzeźby, choć poszły różnymi zawodowymi drogami. Z pewnością to Abakanowicz na świecie jest zdecydowanie bardziej znana – zwłaszcza po sukcesach na biennale tkaniny w Lozannie i wystawach w najbardziej znanych muzeach świata. Dziś niewielu pamięta, że była jedną z pierwszych artystek, która na biennale w Wenecji miała pawilon narodowy wyłącznie dla siebie. Z kolei Czełkowska studiowała w Krakowie, gdzie wystawiała najpierw ze słynną II Grupą Krakowską, ale szybko wybrała własną drogę. Również jej prace pojawiły się na międzynarodowych wystawach w Paryżu czy Edynburgu. Mimo to w kwestii sławy w świecie sztuki zdecydowanie ustępuje koleżance.
Tak różne, choć tak podobne
To zaskakujące, że w pracowni Wandy Czełkowskiej Magdalena Abakanowicz wybrzmiewa inaczej. Mniej jako pomnikowa klasyczka polskiej sztuki, a bardziej jako artystka zanurzona w tym samym powojennym niepokoju, który pulsował także w twórczości Czełkowskiej. Ta wystawa jest więc czymś więcej niż tylko spotkaniem dwóch wielkich nazwisk. To rodzaj dialogu prowadzonego ponad czasem. A może nawet są to wspólne próby „zszywania człowieka” po katastrofie XX wieku?

Przez lata lubiliśmy ustawiać je po przeciwnych stronach artystycznej barykady. Wanda Czełkowska – intelektualna, konceptualna, analityczna. Magdalena Abakanowicz – intuicyjna, organiczna, emocjonalna. Jedna miała rzekomo myśleć formą, druga – ciałem. Tymczasem ta wystawa pokazuje, że ten podział jest dużo mniej oczywisty, niż chcieliby historycy sztuki porządkujący rzeczywistość w wygodne szufladki, choć na ten temat napisano przecież już mnóstwo.
Bo przecież u obu artystek sztuka rodzi się z podobnego doświadczenia czasu. Z potrzeby wymyślenia nowego języka po wojnie, po doświadczeniu rozpadu dawnych narracji i dawnych pewników. U obu ciało nie jest już klasycznym, harmonijnym ideałem. Staje się fragmentem, śladem, resztką, organicznością próbującą odnaleźć własną formę.
Najbardziej uderzające są tu właśnie te „rymy” między ich pracami. Abakanowicz od lat kojarzy się z ciałami okaleczonymi, bezgłowymi tłumami figur, z których wyparowała indywidualność. Czełkowska z kolei tworzyła formy organiczne przypominające głowy, narośla, biologiczne struktury balansujące między anatomią a abstrakcją. W tym zestawieniu nagle okazuje się, że jedna artystka jakby dopowiada drugą. Że ich sztuka splata się w opowieść o człowieku rozbitym i ponownie składanym z fragmentów.

To niezwykłe, bo choć formalnie posługiwały się innymi językami, obie były artystkami organiczności. W ich pracach materia nigdy nie jest martwa, ale oddycha, pulsuje, faluje. Włókna Abakanowicz przypominają tkanki, skórę, mięśnie. Formy Czełkowskiej bywają niczym biologiczne organizmy zatrzymane w procesie wzrostu albo „wykluwania”. Jednocześnie obie uciekają od dosłowności. Nie interesuje ich realistyczne przedstawienie człowieka, ale raczej jego ślad, pamięć o nim, jego biologiczna i psychiczna kondycja.
Głos swoich czasów słyszany dziś
I może właśnie dlatego to zestawienie działa tak mocno właśnie teraz. Obie artystki wydają się wyjątkowo współczesne. W epoce, która ponownie doświadcza kryzysów, przemocy, lęku i rozpadu wspólnot, ich sztuka znów staje się czytelna. Znów mówi o człowieku jako istocie kruchej, niepełnej, próbującej odnaleźć własną formę w świecie po katastrofie.

Warto też pamiętać, że obie należały do pokolenia, które szukało nowego języka dla sztuki polskiej po wojnie. To był moment ogromnego fermentu. Artyści odchodzili od tradycyjnego realizmu, eksperymentowali z materią, organicznością, abstrakcją. W sztuce pojawiały się fascynacje biologią, cielesnością, procesem wzrastania i rozpadu. W tym sensie twórczość Abakanowicz i Czełkowskiej staje się wręcz „pulsem czasu” – zapisem momentu, gdy sztuka próbowała opowiedzieć świat na nowo.
Ale ta wystawa pokazuje jeszcze coś ważniejszego. Historia sztuki bywa zbyt łatwa w swoich klasyfikacjach. Lubimy tworzyć kontrasty: intelekt kontra intuicja, koncept kontra emocja, analiza kontra organiczność. Tymczasem prawdziwie wielka sztuka zwykle wymyka się takim podziałom. I właśnie tutaj, w pracowni Wandy Czełkowskiej, widać to wyjątkowo wyraźnie.

Na wystawie czeka także zaskakująca niespodzianka: niedawno odnaleziono w pracowni Magdaleny Abakanowicz filmy, z których jeden zaprezentowano na wystawie premierowo. Potraktowano te nagrania jak nowy, nieznany w jej twórczości, autonomiczny sposób wypowiedzi. To zwyczajny ludzki tłum nakręcony w nieoczywistych kadrach i zestawiony z miejską rzeczywistością tamtych czasów. W niezwykły sposób uzupełnia to „Tłum”. Centralnym elementem prezentacji prac Abakanowicz jest bowiem 20 – nigdy wcześniej niepokazywanych – obiektów o charakterze technicznym, które były formami do wykonania rzeźb z cyklu „Tłum”. Pochodzą ze zbiorów Fundacji Marty Magdaleny Abakanowicz-Kosmowskiej i Jana Kosmowskiego.
Warsztat przerobiony na galerię
Ale to miejsce warto odwiedzić także dlatego, że sama pracownia Wandy Czełkawskiej jest niezwykłym bohaterem tej opowieści. To nie sterylna galeria, ale miejsce, w którym „żyją rzeźby”. Przestrzeń pełna gipsowych form, śladów pracy, pozostałości materii. Nie ma w sobie nic z eleganckiego „white cube”, jak zwykło się nazywać najważniejsze (i najdroższe) galerie sztuki na świecie. Więcej je łączy z pracowniami nowojorskich czy berlińskich niepokornych artystów (choć co to dziś właściwie znaczy?).
Sama historia pojawienia się artystki w tym miejscu też jest ciekawa. Gdy w 2010 roku Ministerstwo Kultury – na wniosek Centrum Rzeźby Polskiej w Orońsku – przyznało Wandzie Czełkawskiej nagrodę jubileuszową za całokształt twórczości, mieszczący się w tym miejscu warsztat akurat się przenosił. Wielkie okna, dużo światła, surowa przestrzeń – wszystko, o czym mogła marzyć twórczyni sztuki współczesnej. Przeniosła tu życie z Krakowa. Obok jej sztuki, szkiców, projektów czy narzędzi stanęły także meble z mieszkania przy Karmelickiej 27. Wykreowała tu miejsce żyjące twórczą energią.

W takich miejscach sztuka nie wydaje się zamkniętym dziełem, ale czymś pozostającym w ruchu, w stanie nieustannego „stawania się”. I właśnie dlatego Abakanowicz pasuje tu zaskakująco dobrze. Jej organiczne, pulsujące formy zdają się wrastać w tę przestrzeń niemal naturalnie.
Główne wnioski
- Magdalena Abakanowicz i Wanda Czełkowska należały do pokolenia, które szukało nowego języka dla sztuki polskiej po wojnie. To był moment ogromnego fermentu. Artyści odchodzili od tradycyjnego realizmu, eksperymentowali z materią, organicznością, abstrakcją. W sztuce pojawiały się fascynacje biologią, cielesnością, procesem wzrastania i rozpadu. W tym sensie twórczość Abakanowicz i Czełkowskiej staje się wręcz „pulsem czasu” – zapisem momentu, gdy sztuka próbowała opowiedzieć świat na nowo.
- Na wystawie czeka na widzów zaskakująca niespodzianka: niedawno odnaleziono w pracowni Magdaleny Abakanowicz filmy, z których jeden zaprezentowano premierowo na wystawie. Potraktowano te nagrania jak nowy, nieznany w jej twórczości, autonomiczny sposób wypowiedzi.
- Warto zajrzeć na wystawę także ze względu na samą przestrzeń. Pracownia Wandy Czełkowskiej przypomina nowojorskie czy berlińskie atelier współczesnych artystów w postindustrialnych przestrzeniach.