Ignacy Korwin-Milewski. Człowiek, który stworzył kanon polskiego malarstwa
Co łączy XIX-wiecznego kolekcjonera sztuki z debatami o prywatnych muzeach i mecenacie artystycznym, które toczą się w Polsce do dziś? Historia Ignacego Korwin-Milewskiego pokazuje, że najtrudniej docenić wizjonerów wtedy, gdy żyją.
Z tego artykułu dowiesz się…
- Kim był kolekcjoner, którego artyści się bali, choć jednocześnie zawdzięczali mu swoje kariery.
- Dlaczego cesarz zachwycił się jego kolekcją, a polskie miasta nie chciały jej przyjąć.
- Czy historia Ignacego Korwin-Milewskiego powtarza się dziś w Polsce.
Powiedzieć o Ignacym Korwin-Milewskim, że był postacią barwną, to właściwie nie powiedzieć nic. Bon vivant, bohater licznych skandali, podróżnik, pisarz, polityk, niedoszły artysta, kolekcjoner, milioner, a w końcu bankrut. To tylko kilka z określeń, którymi można opisać jedną z najbardziej fascynujących i niejednoznacznych postaci polskiej kultury przełomu XIX i XX wieku.
Prywatnie był bohaterem kronik towarzyskich. Rozwody, kolejne związki i liczne romanse sprawiały, że znacznie częściej trafiał na łamy gazet niż większość artystów, których kolekcjonował. Człowieka, który sam marzył o karierze malarskiej, lecz ostatecznie zapisał się w historii jako twórca jednej z najważniejszych kolekcji polskiego malarstwa swoich czasów. To właśnie jemu poświęcona jest wystawa prezentowana w Muzeum Narodowym w Warszawie.
Dlaczego dziś, po stu latach od jego śmierci, Muzeum Narodowe przypomina postać kolekcjonera, który przez dziesięciolecia pozostawał na marginesie powszechnej świadomości? Powodów jest kilka.
Wiele dzieł należących niegdyś do Korwin-Milewskiego stanowi dziś fundament muzealnej kolekcji polskiego malarstwa XIX wieku. Jego wybory kolekcjonerskie do dziś uchodzą za przykład niezwykłej intuicji i konsekwencji. Bezpośrednim impulsem do organizacji wystawy stały się przypadające w tym roku dwa jubileusze. To 180. rocznica urodzin oraz 100. rocznica śmierci hrabiego Ignacego Korwin-Milewskiego. Wystawa pokazuje przede wszystkim kolekcjonera. Tymczasem za zgromadzonymi obrazami kryje się człowiek znacznie bardziej skomplikowany.
Droga artysty nie była mu pisana
Ignacy Korwin-Milewski metodycznie rozpoczął budowanie swojej kolekcji w 1880 roku. Wcześniej próbował spełnić marzenie o zostaniu malarzem, podejmując studia w jednej z najważniejszych wówczas szkół plastycznych – Królewskiej Akademii Sztuk Pięknych w Monachium. Szybko jednak zrozumiał, że droga artysty nie jest mu pisana. Zderzenie z bezlitosną oceną własnych umiejętności okazało się bolesne, ale nie osłabiło jego fascynacji sztuką. Przeciwnie – skierowało ją na zupełnie nowe tory. Skoro nie mógł jej tworzyć, postanowił ją wspierać.
Realizację tego ambitnego planu umożliwiło mu przejęcie majątku w 1877 roku po ukochanej matce. To właśnie ona odegrała w jego życiu wyjątkową rolę. Wychowany w rodzinnym majątku Gieranony wraz z braćmi – Hipolitem i Oskarem – oraz siostrą Marią, przez całe życie pozostawał z tym miejscem silnie związany.
Szczególnie burzliwa była jego relacja z Hipolitem Korwin-Milewskim – wybitnym konserwatywnym publicystą i politykiem, z którym pozostawał w nieustannym sporze. Jednym z najbardziej spektakularnych przejawów tej rywalizacji było nabycie przez Ignacego papieskiego tytułu hrabiowskiego w 1876 roku. Decyzja ta spotkała się z ostrą krytyką Hipolita, dla którego podobne gesty były wyrazem próżności i naruszały etos dawnej szlachty.
Możliwe jednak, że dla samego Ignacego znacznie ważniejsza od opinii brata była aprobata matki. Jej uznania nieustannie poszukiwał przez całe życie. Wyrazem jego ostatecznego oddania było ufundowanie matce okazałego grobowca na wileńskiej Rossie. Gdy sam zmarł w Puli i został pochowany w pobliskim Rovinju, zgodnie z jego wolą serce spoczęło właśnie tam – obok matki.
Marzył o stworzeniu świadectwa pokolenia malarzy
Od samego początku Korwin-Milewski nie myślał o swojej kolekcji jak o prywatnym zbiorze dzieł sztuki. Budował ją według precyzyjnie określonego programu, kupując wyłącznie prace żyjących polskich artystów. Marzył o stworzeniu kolekcji kompletnej – świadectwa całego pokolenia malarzy, która z czasem miała stać się dobrem publicznym. Przyświecała mu idea uchwycenia bardzo konkretnego momentu w historii polskiej sztuki przez współpracę z wybraną grupą twórców.
Jego model mecenatu daleko wykraczał poza finansowe wsparcie artystów. To dzięki jego funduszom Aleksander Gierymski mógł wyjechać do Paryża, a Wincenty Wodzinowski utrzymywał pracownię w podkrakowskich Swoszowicach. Jako jeden z nielicznych bardzo szybko zainteresował się kształtującym się impresjonizmem, kupując prace Józefa Pankiewicza. Korwin-Milewski nie ograniczał się jednak do roli sponsora. Aktywnie uczestniczył w procesie powstawania obrazów, proponując tematy, komentując kompozycję, a niekiedy domagając się zmian w niemal ukończonych dziełach. Nie zawsze spotykało się to z entuzjazmem malarzy.
Mecenas uciążliwy, ale skuteczny
Do Józefa Chełmońskiego, obok Aleksandra Gierymskiego swojego ulubionego artysty, pisał: „naturalnie na mój koszt i jako mój gość, przyjechać do Wilna w jesieni dla przemalowania niektórych części Rysaka…”. Dziś podobna ingerencja mogłaby stanowić obrazę dla autonomii twórczej, jednak dla Korwin-Milewskiego była elementem świadomie realizowanego programu kolekcjonerskiego.
W jego zbiorach znalazły się najważniejsze dzieła Chełmońskiego, w tym „Babie lato”, które podobno również powstało z inspiracji mecenasa. Paradoksalnie ci sami artyści, którzy w listach uskarżali się na jego wymagania, niejednokrotnie zawdzięczali mu możliwość dalszej pracy. Bez jego wsparcia część najważniejszych dzieł polskiego malarstwa mogłaby nigdy nie powstać. Dziś słowo „mecenas” kojarzy się najczęściej ze sponsorem wydarzeń kulturalnych lub logo firmy umieszczonym na plakacie wystawy. W XIX wieku oznaczało coś znacznie więcej.
Mecenas brał odpowiedzialność za rozwój artysty, finansował jego pracę i często przez lata pozostawał jego najważniejszym partnerem. Korwin-Milewski należał do wymierającego modelu takiej współpracy – wymagającego, czasem uciążliwego, ale realnie wpływającego na historię sztuki.
Pewne jest, że bez inicjatywy Korwin-Milewskiego nie powstałby wyjątkowy panteon polskich artystów. Mecenas zamówił u najważniejszych – według własnego uznania – malarzy i jednej malarki swojej epoki autoportrety według ściśle określonego schematu: w pozycji stojącej, z paletą dłoniach. W ten sposób stworzył galerię twórców, którzy w jego przekonaniu mieli zdefiniować polskie malarstwo przełomu XIX i XX wieku.
Spośród szesnastu zamówionych obrazów dwa znacząco odbiegają od przyjętych zasad. Jan Matejko, którego Korwin-Milewski nie darzył szczególnym uznaniem, ale którego pozycję jako najwybitniejszego polskiego malarza respektował, sportretował się na siedząco, z odłożoną na bok paletą.
Wyjątkowy jest autoportret Anny Bilińskiej-Bohdanowiczowej – jedynej artystki zaproszonej do tego prestiżowego grona. Obraz pozostał nieukończony po jej przedwczesnej śmierci. Nigdy nie trafił do kolekcji mecenasa, stając się zarazem jednym z najbardziej poruszających świadectw całego przedsięwzięcia.
Galeria polskiej sztuki na wyspie Santa Catarina
Panteon artystów był częścią znacznie ambitniejszego projektu. Korwin-Milewski marzył o stworzeniu galerii polskiej sztuki na zakupionej przez siebie adriatyckiej wyspie Santa Catarina, położonej tuż u wybrzeży Rovinja. Skalista, opuszczona wyspa z dawnym kompleksem klasztornym przeszła imponującą metamorfozę. Zasadzono tysiące drzew, wytyczono ceglane alejki, a nowe budynki zaprojektował jeden z najwybitniejszych polskich architektów epoki, wizjoner Teodor Talowski.
Na przełomie XIX i XX wieku Istria należała do najmodniejszych kurortów monarchii austro-węgierskiej. Nie była to jednak ekscentryczna letnia rezydencja bogacza. Korwin-Milewski chciał stworzyć miejsce, do którego przyjeżdżaliby goście z całej Europy i oglądaliby najlepsze osiągnięcia polskiego malarstwa. Był to projekt równie ambitny co utopijny.
Zanim kolekcja trafiła na dalekie południe, Korwin-Milewski był przekonany, że jego zbiór powinien być prezentowany publicznie i stać się dobrem narodowym. Marzył o stworzeniu instytucji od podstaw.
Po wystawie we Lwowie w 1893 roku proponował władzom tego miasta, a później Krakowa rozwiązanie, które dziś nazwalibyśmy partnerstwem publiczno-prywatnym – miasto miało przekazać działkę, on miał sfinansować budowę gmachu i ofiarować jedną z najwybitniejszych kolekcji polskiego malarstwa XIX wieku.
Żadna z tych propozycji nie została przyjęta. Ambicje kolekcjonera, jego trudny charakter i nieufność władz okazały się przeszkodą nie do pokonania. Urażony, zaprezentował zbiór 55 obrazów w 1895 roku w Künstlerhaus w Wiedniu. Wystawę odwiedził sam cesarz Franciszek Józef, wyrażając swoją aprobatę.
Historia ta brzmi zaskakująco współcześnie. Ponad sto lat później podobny model prywatnego muzeum proponowała Grażyna Kulczyk – najpierw Poznaniowi, później Warszawie. Także wtedy nie udało się znaleźć porozumienia, a kolekcja ostatecznie opuściła kraj. Być może najtrudniej jest dostrzec wartość tego, co powstaje obok nas. Historię łatwo otoczyć szacunkiem, znacznie trudniej zaufać współczesności. O tym, co naprawdę okaże się ważne dla kolejnych pokoleń, zawsze decyduje dopiero czas.
Wystawa „Kolekcjoner” w Muzeum Narodowym w Warszawie koncentruje się przede wszystkim na rekonstrukcji legendarnej kolekcji Ignacego Korwin-Milewskiego. Pozwala zrozumieć konsekwencję jego programu kolekcjonerskiego i skalę przedsięwzięcia, którego celem było stworzenie reprezentatywnego obrazu polskiego malarstwa końca XIX wieku.
Jednocześnie przypomina historię zbioru, który mimo prób przekazania go polskim instytucjom został rozproszony, a wiele dzieł do dziś uznaje się za zaginione. Ich nieobecność symbolicznie zaznaczają na ekspozycji czarno-białe sylwety obrazów.
Korwin-Milewski – człowiek pełen sprzeczności
Znacznie mniej miejsca poświęcono samemu Korwin-Milewskiemu – człowiekowi pełnemu sprzeczności. Jednym z nielicznych śladów jego prywatnego życia jest prezentowany na wystawie album fotograficzny. Dokumentuje rejsy ukochanym jachtem parowym „Litwa”, zakupionym od Karola Stefana Habsburga.
Być może właśnie dlatego po wyjściu z wystawy warto zadać sobie pytanie nie tylko o to, jaką kolekcję stworzył Ignacy Korwin-Milewski. Warto pomyśleć również, kim był człowiek, który przez całe życie próbował zapisać swoje nazwisko w historii polskiej sztuki.
Historia Ignacego Korwin-Milewskiego skłania do zadania jeszcze jednego pytania. Czy kolekcjoner buduje zbiór wyłącznie dla siebie i swoich współczesnych, czy także dla kolejnych pokoleń? To właśnie czas weryfikuje wartość podejmowanych decyzji, odsiewając chwilowe mody od dzieł, które na trwałe zapisują się w historii sztuki. Być może największym wyzwaniem każdego kolekcjonera jest nie tylko trafnie wybierać artystów, ale myśleć o swojej kolekcji jako o części przyszłego dziedzictwa kulturowego.
Wystawa – Kolekcjoner. Ignacy Korwin-Milewski (1846–1926) potrwa do 13 września 2026 r.
Główne wnioski
- Ignacy Korwin-Milewski był kimś znacznie więcej niż kolekcjonerem. Jako mecenas aktywnie wpływał na twórczość artystów, finansował ich pracę i współtworzył jedne z najważniejszych dzieł polskiego malarstwa końca XIX wieku.
- Jego kolekcja była przemyślanym projektem, a nie zbiorem przypadkowych zakupów. Korwin-Milewski chciał stworzyć reprezentatywny obraz swojego pokolenia artystów oraz udostępnić go publiczności w specjalnie zaprojektowanej galerii. Historia jego kolekcji pokazuje, jak trudno budować w Polsce trwałe partnerstwo między prywatnym mecenatem a instytucjami publicznymi. Odrzucone propozycje przekazania zbiorów Lwowowi i Krakowowi zaskakująco przypominają współczesne dyskusje wokół prywatnych kolekcji sztuki.
- Wystawa w Muzeum Narodowym w Warszawie to nie tylko rekonstrukcja legendarnej kolekcji, ale także okazja do refleksji nad rolą prywatnych kolekcjonerów w tworzeniu dziedzictwa kulturowego. Historia Korwin-Milewskiego pokazuje, że wartość takich inicjatyw często dostrzegamy dopiero z perspektywy czasu.