Kategorie artykułu: Polityka Świat

Jak nie idzie, to nie idzie. Rok Friedricha Merza w fotelu kanclerza Niemiec

Chciał stać się symbolem zerwania z paraliżem ery Olafa Scholza, przywracając Niemcom gospodarczą potęgę oraz dyplomatyczną sprawczość. Zamiast tego, po roku urzędowania, Friedrich Merz dorobił się miana najbardziej niepopularnego kanclerza w powojennej historii kraju. A to dopiero początek kłopotów.

Kanclerz Friedrich Merz w Bundestagu. Fot. Michael Kappeler/DPA/PAP.

Z tego artykułu dowiesz się…

  1. Dlaczego szumnie zapowiadane przez Friedricha Merza reformy utknęły w martwym punkcie.
  2. W jaki sposób jedna nieostrożna wypowiedź kanclerza zrujnowała pieczołowicie budowane relacje z administracją Donalda Trumpa.
  3. Czego rządzący mogą się spodziewać po nadchodzących wyborach landowych we wschodnich Niemczech
Loading the Elevenlabs Text to Speech AudioNative Player...

Friedrich Merz szedł po władzę z obietnicą przełamania dotychczasowej niemocy w niemieckiej polityce, jednak wynik wyborów już na starcie związał mu ręce. Po latach gospodarczej stagnacji i paraliżu decyzyjnego wyborcy wprawdzie surowo ukarali Olafa Scholza oraz kierowaną przez niego tzw. koalicję świateł drogowych (Ampel-Koalition, nazwaną tak od partyjnych barw socjaldemokratów, liberałów i Zielonych). Nie dali jednak liderowi chadeków wystarczająco silnego mandatu do sprawnego rządzenia. W wyborach do Bundestagu z końca lutego 2025 roku socjaldemokraci zanotowali najgorszy wynik w swojej najnowszej historii. Ich dotychczasowy koalicjant, liberalna FDP, znalazła się całkowicie poza parlamentem. Chadecki blok CDU/CSU ostatecznie zwyciężył, zdobywając 28,5 proc. głosów, ale równocześnie poparcie dla skrajnie prawicowej AfD poszybowało aż do 20,8 proc.

Obietnice gruntownej reformy

Aby przejąć stery w państwie, nie naruszając przy tym kordonu sanitarnego (Brandmauer) wokół AfD, chadecy byli skazani na sojusz z osłabionymi socjaldemokratami. Format tzw. wielkiej koalicji (GroKo) był jednak od początku obciążony złą sławą jeszcze z czasów długich rządów Angeli Merkel, skądinąd wieloletniej partyjnej rywalki Friedricha Merza. Słabość tego układu niejako potwierdził już sam proces wyboru nowego kanclerza. Po raz pierwszy w powojennej historii Niemiec kandydat na szefa rządu przepadł w pierwszym głosowaniu w Bundestagu. Merz zwyciężył dopiero w drugim podejściu z poparciem 325 posłów, a więc niewiele ponad wymaganą większość 316 głosów.

Nowy kanclerz przekonywał Niemców, że jego rządy przyniosą krajowi znacznie więcej niż tylko personalne roszady. Zapowiedział gruntowną reformę ociężałego aparatu państwowego. Wśród głównych priorytetów wymieniał przyspieszenie procedur, redukcję biurokracji, odbudowę konkurencyjności gospodarki, ściślejszą kontrolę nad migracją oraz wzmocnienie Bundeswehry. Zgodnie z jego wizją, po latach decyzyjnego kluczenia (zjawiska określanego mianem „scholzingu”), Berlin miał ponownie stać się silnym i stabilnym partnerem w Europie i na świecie. Równo rok po przejęciu władzy przez Merza gołym okiem widać, że wiele z tych zapowiedzi nie tylko nie doczekało się realizacji, ale wręcz leży całkowicie poza zasięgiem obecnego układu rządzącego.

Dyplomacja miała mu pomóc

Od samego początku Merz próbował uczynić z polityki zagranicznej sferę, która zrekompensuje mu słaby mandat do rządzenia na krajowym podwórku. Dlatego urzędowanie rozpoczął od wizyt w Paryżu i Warszawie. Miał być to jasny sygnał, że Berlin zamierza naprawić zaniedbane relacje w Europie, bardziej zaangażować się w pomoc Ukrainie i odbudować niemieckie przywództwo na kontynencie. Już w pierwszym exposé nowy kanclerz postawił w centrum uwagi politykę europejską i obronność. Potraktował je równie priorytetowo jak naprawę gospodarki oraz zwiększenie kontroli nad migracją. Z powodu tak silnej koncentracji na dyplomacji Merz dość szybko dorobił się przydomka Außenkanzler, czyli kanclerza do spraw międzynarodowych. Nie zawsze miało to pozytywny wydźwięk, zwłaszcza w ustach tych, którzy oczekiwali od niego większego poświęcenia się sprawom wewnętrznym Niemiec.

Szybko okazało się jednak, że rola ta wymaga czegoś więcej niż tylko kolejnych podróży, dyplomatycznych szczytów i ostrej retoryki. Przed nowym szefem rządu stanęło bowiem niezwykle trudne wyzwanie. Musiał udowodnić, że Niemcy potrafią wybić się na większą strategiczną autonomię bez jednoczesnej utraty amerykańskiego wsparcia. Przez pewien czas wydawało się nawet, że Merz znalazł na to odpowiednią formułę. Opierała się ona na osobistym zabieganiu o względy Donalda Trumpa, unikaniu upokorzeń w Gabinecie Owalnym, podkreślaniu wagi więzi transatlantyckich oraz kupowaniu Europie czasu na rozbudowę własnego potencjału obronnego. Czerwcowa wizyta w Białym Domu zdawała się potwierdzać przynajmniej przejściową skuteczność tej strategii. Trump zadeklarował pozostawienie amerykańskich wojsk w Niemczech, a Merz wracał do Berlina z poczuciem osobistego sukcesu.

Zaszkodziły nieostrożne słowa

Napięcia wokół amerykańsko-izraelskiego ataku na Iran obnażyły jednak niezwykłą ulotność tego triumfu. Wystarczyła zaledwie jedna niefortunna wypowiedź Merza, od dawna znanego ze skłonności do nieprzemyślanych i prowokacyjnych komentarzy, aby całkowicie zaprzepaścić efekty wcześniejszych umizgów wobec amerykańskiego przywódcy. Skarżąc się na brak konsultacji Białego Domu z europejskimi partnerami przed wybuchem wojny, kanclerz stwierdził podczas spotkania z uczniami w Marsbergu, że Amerykanie zostali upokorzeni przez Iran. Dodał również, że administracji Trumpa ewidentnie brakuje strategii wyjścia z obecnej patowej sytuacji. Nawet jeśli głośno wyraził to, z czym zgadza się wielu obserwatorów, swoją retoryką uderzył bezpośrednio w ego prezydenta USA. Publicznie podważył jego wizerunek przywódcy w pełni panującego nad sytuacją.

Reakcja gospodarza Białego Domu brutalnie przestawiła wzajemne relacje z torów kontrolowanej zażyłości na politykę siły. Pentagon ogłosił wycofanie z Niemiec pięciu tysięcy żołnierzy oraz zrezygnował z planów rozmieszczenia batalionu pocisków dalekiego zasięgu. Decyzja ta zapadła wbrew ostrzeżeniom nawet kilku prominentnych Republikanów, którzy podnosili, że taki krok drastycznie osłabi potencjał odstraszania w Europie.

Powrót wojny celnej

Próbując zminimalizować straty wizerunkowe, Merz zaprzeczał, jakoby istniał bezpośredni związek między jego przypływem szczerości a decyzją o wycofaniu amerykańskich wojsk. Równocześnie nieustannie podkreślał wagę relacji z Waszyngtonem. Nawet jeśli administracja Trumpa już wcześniej, w tym również podczas pierwszej kadencji, poważnie rozważała redukcję stacjonującego w Niemczech kontyngentu, liczącego obecnie niecałe 40 tys. żołnierzy, złego wrażenia nie dało się już zatrzeć. Kanclerz ściągnął na siebie oskarżenia, że nieostrożnymi słowami naraża kraj na obniżenie poziomu bezpieczeństwa. Krytyka ta wybrzmiewa szczególnie mocno w obliczu wojen toczących się w Ukrainie i Iranie. Zwłaszcza że kwestie obronności od samego początku znajdowały się na szczycie priorytetów jego rządu.

Sytuację Merza dodatkowo skomplikowało widmo powrotu wojny celnej. Rozwścieczony Donald Trump podjął kroki zmierzające do podwyższenia ceł na unijne samochody z 15 do 25 procent. Działania te stoją w jawnej sprzeczności z dotychczasowymi ustaleniami. Ubiegłoroczny układ z Brukselą dawał kulejącej niemieckiej branży motoryzacyjnej przynajmniej chwilową nadzieję na stabilizację. Unijni urzędnicy przedstawiali to porozumienie jako powrót do rynkowej przewidywalności oraz gwarancję utrzymania sztywnego górnego pułapu ceł na większość towarów eksportowych, w tym właśnie na samochody. Taki obrót spraw stanowi dla Merza niezwykle bolesny cios w pieczołowicie budowany wizerunek Außenkanzlera.

Gospodarka nie chce ruszyć z miejsca

W polityce krajowej pierwszy rok urzędowania Merza to przede wszystkim zderzenie szumnych zapowiedzi radykalnego przełomu z toporną, niezwykle trudną do zreformowania machiną niemieckiego państwa. Nowy kanclerz przejmował stery pod hasłami przełamania Reformstau, zastoju w reformach po swoich poprzednikach. Obiecywał przyspieszenie wzrostu gospodarczego, obniżkę podatków, zaostrzenie kryteriów przyznawania świadczeń socjalnych oraz stworzenie wreszcie państwa, które sprzyja inwestycjom. Choć pewne reformy faktycznie ruszyły z miejsca, nadal trudno mówić o prawdziwej transformacji. Rząd przyjął wprawdzie szeroki pakiet ulg dla firm, ale najważniejsze obniżki podatków dla przedsiębiorstw wejdą w życie dopiero w 2028 roku. W efekcie ten hucznie zapowiadany impuls, mający niemiecki biznes, przypomina raczej powierzchowne rozwiązanie pomostowe niż długo wyczekiwany i realnie odczuwalny przełom.

Szczególnie rozczarowujące okazują się dotychczasowe efekty nagłej wolty fiskalnej szefa rządu. W trakcie kampanii Friedrich Merz konsekwentnie kreował się na twardego strażnika dyscypliny budżetowej. Tymczasem przeforsował mechanizm obejścia konstytucyjnego hamulca zadłużenia (Schuldenbremse), zanim jego gabinet w ogóle objął władzę. Ponieważ w nowym parlamencie brakowało stabilnej większości, odpowiednie zmiany uchwalił jeszcze stary skład Bundestagu tuż po wyborach. Sojusz CDU/CSU oraz SPD, wspierany przez Zielonych zwabionych wyższymi nakładami na cele klimatyczne, dokonał tego poprzez wyłączenie z restrykcyjnych reguł zwiększonych wydatków na obronność i utworzenie specjalnego funduszu infrastrukturalnego o gigantycznej wartości 500 miliardów euro.

Łatanie dziur zamiast rozwoju

Po nieco ponad roku od wdrożenia tych rozwiązań renomowane ośrodki analityczne, takie jak Institut der deutschen Wirtschaft z Kolonii czy monachijskie ifo, zwracają uwagę na niepokojące zjawisko. Wskazują one, że aż 95 proc. zaciągniętego na nowych zasadach długu wcale nie wsparło budowy nowej infrastruktury, lecz posłużyło w głównej mierze do łatania dziur w bieżących wydatkach państwa. Dane makroekonomiczne płynące zza Odry również nie wykazują rezultatów poluzowania gorsetu fiskalnego. Po dwóch latach recesji niemiecka gospodarka urosła w 2025 roku zaledwie o 0,2 proc. W pierwszym kwartale 2026 roku zanotowała z kolei skromny wzrost na poziomie 0,3 proc., a w kwietniu liczba bezrobotnych wciąż przekraczała psychologiczną barierę trzech milionów. Po wybuchu wojny w Iranie instytuty badawcze znacząco zrewidowały w dół swoje prognozy dla niemieckiej gospodarki na ten i przyszły rok, co w jeszcze większym stopniu komplikuje realizację obietnic wyborczych kanclerza Merza.

Jak słoń w składzie porcelany

Z perspektywy pierwszych dwunastu miesięcy styl rządzenia gabinetu Merza nie odbiega znacząco od standardów jego poprzedników. Po teatralnej autodestrukcji koalicji Olafa Scholza nowy lider obiecywał zaprowadzenie żelaznej dyscypliny. W rzeczywistości jego własny rząd wyspecjalizował się raczej w odkładaniu trudnych decyzji na później oraz publicznym roztrząsaniu wewnętrznych sporów. Każda próba nowego otwarcia w koalicji obnażała te same głębokie podziały. Chadecja twardo żąda cięć wydatków socjalnych oraz wyraźnych sygnałów wsparcia dla biznesu. Z kolei SPD stanowczo domaga się ochrony świadczeń emerytalnych, wyższych nakładów na ochronę zdrowia oraz pomocy dla najuboższych wyborców. Można odnieść wrażenie, że w tym nieustannie targanym konfliktami układzie niemal wszystko uległo paraliżującemu splątaniu. Począwszy od kwestii budżetowych aż po reformy społeczne.

Zamiast szybko łagodzić napięcia, osobiste interwencje kanclerza często jedynie pogłębiały tę niestabilność. Doskonałym tego przykładem są kontrowersyjne wypowiedzi szefa rządu, w tym te o sprowadzeniu emerytur do roli zaledwie podstawowego zabezpieczenia socjalnego. Rzucał też t oskarżenia pod adresem partnerów rządowych, że wypracowywane kompromisy przypominają w istocie „ulicę jednokierunkową” (Einbahnstrasse). Choć koalicja przetrwała ten burzliwy czas, to po pierwszym roku urzędowania samo utrzymanie się przy władzy stanowi w gruncie rzeczy główny i niemal jedyny dowód jej politycznej sprawności.

Skazani na trwanie w niezgodzie

Mimo powracających spekulacji o ewentualnej wymianie kanclerza, krążących zwłaszcza wśród tzw. Merkelianer, czyli stronników byłej kanclerz Angeli Merkel, bazowym scenariuszem pozostaje dotrwanie obecnej koalicji do końca kadencji w 2029 roku. Dla ugrupowań tworzących ten układ wizja przedterminowych wyborów jest po prostu zbyt przerażająca, nawet biorąc pod uwagę wszystkie dzielące je różnice. Z sondaży wynika jasno, że Friedrich Merz to najbardziej nielubiany szef rządu w powojennej historii Niemiec. Udało mu się pod tym względem przebić nawet fatalne notowania swojego niewyrazistego poprzednika, Olafa Scholza. Ciesząc się zaufaniem zaledwie 19 proc. obywateli, obecny kanclerz jest zarazem najmniej popularnym politykiem spośród 24 demokratycznie wybranych przywódców na świecie. Pokazało to wyraźnie badanie przeprowadzone przez pracownię Morning Consult.

Kolejnym potężnym testem dla rządu w Berlinie będą jesienne wybory regionalne we wschodnich Niemczech. Skrajnie prawicowa Alternatywa dla Niemiec nie tylko prowadzi już w ogólnokrajowych sondażach, ale też stoi przed realną szansą na historyczne przejęcie władzy na szczeblu landowym. Mieszkańcy Saksonii-Anhalt zagłosują 6 września 2026 roku. Dwa tygodnie później, 20 września, do urn pójdą z kolei wyborcy w Meklemburgii-Pomorzu Przednim.

Oczy opinii publicznej zwrócone są przede wszystkim na Saksonię-Anhalt, gdzie poparcie dla AfD oscyluje wokół 40 procent. Jej Spitzenkandidat, nominowany na premiera landu, Ulrich Siegmund, otwarcie gra o samodzielną władzę w całym regionie. Istnieje spore prawdopodobieństwo, że do uzyskania absolutnej większości w tamtejszym Landtagu wystarczy mu nawet wynik poniżej 50 procent. Stanie się tak, jeśli mniejsze partie ostatecznie nie zdołają przekroczyć progu wyborczego.

Główne wnioski

  1. Zamiast obiecywanego przełomu pierwszy rok rządów Friedricha Merza przyniósł kontynuację decyzyjnego paraliżu. Jego koalicja z SPD nieustannie tonie w wewnętrznych sporach, a gospodarka ledwie opiera się recesji mimo uruchomienia funduszu infrastrukturalnego o rekordowej wartości pół biliona euro.
  2. Próba zbudowania bliskich relacji z administracją Donalda Trumpa legła w gruzach przez jedną nieostrożną wypowiedź kanclerza. Po krytyce działań USA wobec Iranu amerykański prezydent podjął decyzję o wycofaniu z Niemiec pięciu tysięcy amerykańskich żołnierzy oraz uderzeniu w europejską branżę motoryzacyjną 25-procentowymi cłami.
  3. Z zaledwie 19-procentowym poparciem Merz jest najmniej popularnym kanclerzem w powojennej historii Niemiec. Słabość i nieudolność jego rządu stwarzają doskonały grunt dla dalszego wzrostu poparcia dla skrajnie prawicowej AfD, która stoi przed realną szansą na zdobycie władzy w niektórych wschodnich landach po jesiennych wyborach regionalnych.