Jubileuszowa wystawa w MOCAK-u. Kryzys jako inspiracja
Krakowskie muzeum sztuki współczesnej z okazji 15. urodzin zaprasza na wystawę o kryzysie. Przekaz jest tym mocniejszy, że MOCAK przeżywa w ostatnich kilkunastu miesiącach poważne turbulencje.
Z tego artykułu dowiesz się…
- Jakie kontrowersje wywołali kolejni dyrektorzy MOCAK-u.
- Czyje prace zobaczymy na krakowskiej wystawie.
- Dlaczego temat wystawy świetnie pasuje do sytuacji MOCAK-u.
Przez lata przyzwyczailiśmy się myśleć o muzeach przez pryzmat nadmiaru. Im większa kolekcja, im głośniejsze nazwiska, im bardziej spektakularne zakupy, tym większy prestiż instytucji. Jubileusze również mają swoje żelazne reguły: powinny być celebracją sukcesu, pokazem siły, momentem triumfalnego podsumowania. Tymczasem krakowskie muzeum sztuki współczesnej MOCAK na piętnaste urodziny proponuje coś odwrotnego. Nie organizuje wystawy o bogactwie, lecz o niedostatku. Nie ukrywa kryzysu pod warstwą marketingowego makijażu, ale czyni z niego głównego bohatera ekspozycji. To gest ryzykowny, ale też zaskakująco uczciwy.
Niedobór początkiem dobrobytu
W polskiej kulturze brak od dawna jest kategorią niemal mityczną. Romantyzm stworzył swoje największe arcydzieła z braku ojczyzny. Powojenne doświadczenie traumy wydało z siebie zarówno teatr Tadeusza Kantora, jak i malarstwo materii, które ze zniszczonej substancji uczyniło nowy język sztuki. W PRL-u niedobór papieru i wolności paradoksalnie pozwolił rozkwitnąć zjawiskom legendarnym – od „Przekroju” po Piwnicę pod Baranami. W Polsce bardzo często właśnie brak okazuje się najbardziej twórczym zasobem. Taką właśnie opowieść proponuje wystawa „Stan posiadania. Topografia Kolekcji MOCAK-u – część I”.

Nieprzypadkowo kurator Kamil Kuitkowski i zespół muzeum rozpoczyna ją od słów o doświadczeniu braku – czasu, stabilności i przede wszystkim środków finansowych. Nie próbuje jednak opowiadać o nim w tonie katastroficznym. Wręcz przeciwnie. Chodzi o próbę przechwycenia kryzysu i przekształcenia go w narzędzie opowieści oraz impuls do zmiany. Kryzys ma utracić swój apokaliptyczny wymiar i stać się początkiem przebudowy oraz eksperymentu.
To odważna deklaracja. Zwłaszcza że wszyscy wiemy, w jakim momencie znajduje się dziś krakowskie muzeum. 15. rocznica działalności MOCAK-u nie jest bowiem wyłącznie jubileuszem instytucji. Jest także momentem podsumowania dwóch bardzo różnych modeli zarządzania muzeum – i dwóch równie gorących debat o tym, czym współczesna instytucja kultury powinna być.
Jedna przez lat 15, drugi – niecały rok
Przez blisko piętnaście lat twarzą MOCAK-u pozostawała Maria Anna Potocka, zwana Maszą. To ona stworzyła muzeum praktycznie od podstaw, nadała mu profil i wprowadziła na mapę najważniejszych polskich instytucji sztuki współczesnej.
Od początku budziła jednak skrajne emocje. Jedni podkreślali konsekwencję programową i odwagę w budowaniu kolekcji oraz międzynarodowej pozycji muzeum. Inni zarzucali jej autorytarny styl zarządzania, konflikty z zespołem i sposób funkcjonowania instytucji. Dyskusja dawno przestała dotyczyć wyłącznie programu wystawienniczego. Zaczęła obejmować pytania o relacje w miejscu pracy, odpowiedzialność dyrektora i model zarządzania publiczną instytucją kultury. Gdy zapadł prawomocny wyrok w sprawie o mobbing między dyrektorką a byłą kuratorką innej podległej jej instytucji, miasto rozwiązało umowę z szefową muzeum.
W połowie 2025 roku stery przejął Adam Budak, kurator o międzynarodowym dorobku, wcześniej związany m.in. z Kunsthaus Graz. Wielu widziało w tej zmianie początek nowego rozdziału. Miał połączyć światową rozpoznawalność z odbudową relacji wewnątrz muzeum. Program zaproponowanych wystaw prezentował się wręcz imponująco.
Niemniej rzeczywistość okazała się znacznie bardziej skomplikowana. Już po kilku miesiącach do Urzędu Miasta wpłynęła podpisana przez znaczną część pracowników skarga dotycząca sposobu zarządzania instytucją. Zarzuty dotyczyły między innymi organizacji pracy, komunikacji oraz wywierania presji psychicznej. Po przeprowadzeniu postępowania wyjaśniającego przez komisję prezydent Krakowa odwołał Budaka ze stanowiska. Oficjalnym uzasadnieniem były nieprawidłowości w organizacji pracy i przekroczenie dyscypliny budżetowej.
Polityka w muzeum
Sam Budak nie zgodził się z decyzją. Wskazał, że komisja nie stwierdziła mobbingu ani dyskryminacji, lecz jedynie nieprawidłowości komunikacyjne. Zapowiedział możliwość jej zaskarżenia. Jednocześnie twierdził, że nawiązał rozmowy ze sponsorami i donatorami. Znakiem tego może być obraz z kolekcji SAO Art autorstwa Roberta De Niro seniora, artysty należącego do pokolenia współtworzącego powojenną scenę artystyczną Nowego Jorku. Spółka, w której udziałowcem jest jego syn, znany aktor, inwestuje w nowy hotel w dawnym budynku Miastoprojektu. Zrodziło to w Krakowie dyskusję o braku szacunku wobec architektury socmodernizmu.
W tym wypadku nie da się oddzielić tej dymisji od sytuacji w przedreferendalnym Krakowie. Ekipa prezydenta Aleksandra Miszalskiego chciała pokazać, że słucha głosu mieszkańców i jest wrażliwa społecznie. Skończyło się to bezprecedensową w gruncie rzeczy dymisją dyrektora MOCAK-u. Prezydent i tak został odwołany, więc nowy konkurs na dyrektora oddala się w czasie. Być może to czas na przemyślenie, czy dobry kurator to zawsze dobry dyrektor i czy – wzorem teatru – nie lepsze byłyby tandemy dyrektorskie – menedżer i dyrektor artystyczny.
Jubileusz w kryzysie
W efekcie jubileuszowa wystawa powstawała w momencie szczególnym. Problemy z dyrektorami sprowadziły debatę do podobnych pytań. Czy wielka instytucja może być zarządzana wyłącznie siłą kuratorskiej wizji? Gdzie przebiega granica między charyzmatycznym przywództwem a autorytaryzmem? I czy sukces programu artystycznego można oddzielić od jakości relacji wewnątrz zespołu?

To właśnie dlatego kuratorska propozycja Kamila Kuitkowskiego, by uczynić z kryzysu nie temat wstydliwy, lecz punkt wyjścia do opowieści o kolekcji i przyszłości muzeum, wybrzmiewa z podwójną siłą. Jest komentarzem do rzeczywistości, w której sama instytucja stała się jednym z najważniejszych bohaterów własnej wystawy. Jubileuszowa ekspozycja nie udaje więc, że nic się nie wydarzyło. Wręcz przeciwnie: świadomie wpisuje własną historię w historię kryzysu.
Najciekawsze jest jednak to, że ta wystawa nie zamienia się w instytucjonalne rozliczenie. Zamiast tego staje się opowieścią o samej kolekcji. O tym, czy przez piętnaście lat rzeczywiście była sejsmografem zmian zachodzących w sztuce współczesnej. Czy reagowała na nowe zjawiska, mody i zwroty teoretyczne? Czy potrafiła przewidywać kierunki rozwoju sztuki, czy raczej dopisywała się do nich z opóźnieniem? To pytania znacznie ciekawsze niż zwykły przegląd „największych hitów” kolekcji.
Ruiny, Zakamarki i Błota
Największą siłą ekspozycji jest jednak jej niezwykłe zakorzenienie w miejscu. Nie tylko dlatego, że pokazuje własne zbiory muzeum. Ta topografia działa jednocześnie dosłownie i metaforycznie.
Kurator dzieli wystawę na pięć rozdziałów: Ruiny, Zakamarki, Błota, Szafy i Wiosny. Ich nazwy nie są jedynie efektownymi metaforami. Są również mapą samego MOCAK-u i jego najbliższego otoczenia.
Najbardziej oczywiste jest Błoto. Wystarczy spojrzeć za okno. Muzeum stoi przecież na Zabłociu. Dawna przemysłowa dzielnica Krakowa nosi w swojej nazwie pamięć podmokłego terenu. Błoto okazuje się więc jednocześnie geograficznym wspomnieniem miejsca i kategorią estetyczną. Artyści wykorzystują jego lepkość, niejednoznaczność i plastyczność jako metaforę stawania się świata – jak „gliniasta” rzeźba-totem Justyny Smoleń.

Podobnie funkcjonują Ruiny. To oczywiście opowieść o dziełach mówiących o kruchości, destrukcji i przemijaniu. Ale trudno nie odczytać ich również przez pryzmat sąsiedztwa dawnej Fabryki „Emalia” Oskara Schindlera. MOCAK od początku wpisany był przecież w krajobraz postindustrialnych pozostałości. Fabryczne mury są częścią DNA tego miejsca. Ruina przestaje być więc wyłącznie estetyczną kategorią. Jest materialną pamięcią miasta. Do samej historii miejsca odwołuje się choćby praca Agaty Siwek – kiosk z „gadżetami z Auschwitz”. Czego tu nie ma: koszulki w pasy, torby, breloczki, rzeźby. Wszystko to staje się pytaniem o komercjalizację Zagłady i o to, jak szybko potrafimy w sukces przeliczalny na pieniądze przełożyć nawet największą tragedię XX wieku.

Aż do wiosny
A jednocześnie nie brakuje dzieł wprost odwołujących się do destrukcji. To m.in. rzeźba Jarosława Kozakiewicza, która złożona została z dwóch krzeseł, więc niby tych samych, a jednak zupełnie różnych przedmiotów. Ta podwójność, jednoczesne odwołanie do topografii Krakowa i topografii znaczeń, okazuje się jednym z najbardziej błyskotliwych pomysłów całej ekspozycji.
Równie konsekwentnie została poprowadzona narracja początku i końca wystawy. Zwiedzanie rozpoczyna niemal pusta przestrzeń. Zamiast natłoku dzieł pojawiają się śpiew ptaków, odgłosy natury oraz praca Teresy Murak, artystki, która od pół wieku konsekwentnie pokazuje, że sztuka może wyrastać dosłownie z ziemi. Jej słynne realizacje z rzeżuchą czy mchem nigdy nie były jedynie ekologicznym gestem. Murak odwołuje się do pierwotnych rytmów przyrody, wzrostu, rozkładu i odradzania się życia. Organiczna materia jest u niej jednocześnie biologiczna i duchowa.
Wystawa nie zaczyna się więc tylko od kolekcji, historii instytucji ani wielkich nazwisk. Zaczyna się od natury. Od świata sprzed muzeum. Jakby przypominała, że każda kultura wyrasta z czegoś znacznie starszego niż archiwa i magazyny.

Ten gest zostaje pięknie domknięty na końcu ekspozycji. Ostatnim akcentem jest bowiem „Święto wiosny” Katarzyny Kozyry, jedna z najważniejszych realizacji polskiej sztuki przełomu XX i XXI wieku. Artystka sięga do baletu Igora Strawińskiego i legendarnej choreografii Wacława Niżyńskiego, rekonstruując ją z udziałem osób starszych. Zderza młodość z wiekiem, sprawność z kruchością ciała, klasyczny ideał piękna z biologiczną rzeczywistością. Powstaje przejmująca medytacja nad przemijaniem, ale również nad nieustannym odnawianiem życia. Nieprzypadkowo właśnie ta praca zamyka wystawę. Od śpiewu ptaków i mchu Teresy Murak do „Święta wiosny” Kozyry prowadzi nie tyle muzealna narracja, ile opowieść o cyklu natury. O tym, że po zimie przychodzi wiosna. Po rozpadzie następuje odrodzenie, a po każdym kryzysie – nowy początek.
Autorefleksja
Paradoksalnie jest to jedna z najmniej jubileuszowych wystaw jubileuszowych, jakie można sobie wyobrazić. Nie celebruje sukcesu, lecz stawia pytania. Nie próbuje przekonać widza, że wszystko działa bez zarzutu. Wręcz przeciwnie – pokazuje instytucję jako organizm podlegający tym samym procesom co sztuka i natura: wzrostowi, kryzysowi, rozpadowi i regeneracji.

W dziale Szafki czeka nas również ciekawa autorefleksja nad samym muzeum. Nie tylko nad tym, co posiada, ale jak posiada. Jak buduje swoją pamięć, jakie historie wybiera do archiwum, a jakie pozostawia w cieniu. Co trafia na wystawy, a co czeka w magazynach. Co wreszcie nawet nie trafia do magazynów, gdyż muzea nie mogą sobie pozwolić na nabywanie dzieł w nieskończoność. Pokazuje, że niektóre obiekty działają w swej masie, jak choćby żmudnie zapisywane zeszyty z „Zapiskami codziennymi” Janiny Turek. Albo zestaw „podrobionych” malarsko kaset wideo Rafała Bujnowskiego. Albo siedem obiektów z cyklu „Ostatni zachowany” tego autora – kopia półki, jedynego zachowanego mebla z domu rodzinnego Karola Wojtyły (późniejszego Jana Pawła II).

W tym sensie „Stan posiadania" jest bardziej wystawą o muzealnictwie niż o samych dziełach sztuki. Pokazuje, że kolekcja nie jest martwym magazynem obiektów, lecz żywym organizmem, który stale wymaga reinterpretacji.
I chyba właśnie dlatego wychodzi się z MOCAK-u z pytaniem o przyszłość samego muzeum. O to, czy obecny kryzys rzeczywiście okaże się – zgodnie z logiką całej wystawy – nie końcem, lecz początkiem nowego rozdziału. W Polsce nauczyliśmy się tworzyć wielkie rzeczy z braku. Pozostaje mieć nadzieję, że również tym razem niedostatek okaże się bardziej twórczy niż nadmiar.
Główne wnioski
- W polskiej kulturze brak od dawna jest kategorią niemal mityczną. Taką właśnie opowieść proponuje wystawa „Stan posiadania. Topografia Kolekcji MOCAK-u – część I”. Nieprzypadkowo kurator Kamil Kuitkowski i zespół muzeum rozpoczyna ją od słów o doświadczeniu braku – czasu, stabilności i przede wszystkim środków finansowych.
- Przez blisko piętnaście lat twarzą MOCAK-u pozostawała Maria Anna Potocka, zwana Maszą. Gdy w połowie 2025 roku stery przejął Adam Budak, kurator o międzynarodowym dorobku, wcześniej związany m.in. z Kunsthaus Graz, wielu widziało w tej zmianie początek nowego rozdziału. Już po kilku miesiącach do Urzędu Miasta wpłynęła podpisana przez znaczną część pracowników skarga dotycząca sposobu zarządzania instytucją. Po przeprowadzeniu postępowania wyjaśniającego przez komisję prezydent Krakowa odwołał Budaka ze stanowiska.
- Ostatnim akcentem wystawy jest „Święto wiosny” Katarzyny Kozyry, jedna z najważniejszych realizacji polskiej sztuki przełomu XX i XXI wieku. To przejmująca medytacja nad przemijaniem, ale również nad nieustannym odnawianiem życia. Nieprzypadkowo właśnie ta praca zamyka wystawę.