Książę-celebryta zaprasza do muzeum. Sprawdzamy, czy warto je odwiedzić
Muzeum Rodu Książąt Lubomirskich w Krakowie od progu rozkłada ogon: wielkie nazwiska, książęce pamiątki i tysiąc lat rodzinnej historii tworzą pokaz pełen rodowego napuszenia. Nawet proporce z rodowym herbem są, tylko herolda zabrakło. Postanowiliśmy sprawdzić, czy za kilka sal tego rodzinnego „gabinetu osobliwości” warto zapłacić 39 zł.
Z tego artykułu dowiesz się…
- Skąd wziął się medialny spór o nazwę „Muzeum Książąt Lubomirskich” i jak się zakończył.
- Jakie eksponaty-kurioza można tu znaleźć.
- Ile warte są prezentowane zbiory sztuki współczesnej – jak choćby eksponowane prace Salvadora Dalego.
Muzeum Rodu Książąt Lubomirskich – założone przez „księcia-celebrytę” Jana Lubomirskiego-Lanckorońskiego – działa od końca czerwca 2026 roku, w kamienicy przy ulicy św. Marka 9, należącej do rodziny od kilku pokoleń. Zapowiedzi były kuszące. Historia jednego z najważniejszych polskich rodów magnackich, mecenat artystyczny, wielka polityka (przypominam, że bywali nie tylko kandydatami do korony polskiej, ale także węgierskiej), kolekcjonerstwo, a do tego nazwiska zdolne wywołać przyspieszone bicie serca każdego miłośnika sztuki: Rembrandt, Dürer, Tintoretto, Malczewski, Wyczółkowski, Picasso, Dali, Chagall, Warhol. Brzmiało to, jak obietnica prywatnej odpowiedzi na krakowskie Muzeum Książąt Czartoryskich.
Pierwsze rozczarowanie: nazwisko to nie wszystko
Muzeum jest niewielkie, zajmuje kilka sal na parterze kamienicy. Sam rozmiar nie stanowi oczywiście zarzutu. Małe muzeum może być jak drogocenna szkatułka: skupione i precyzyjne, a do tego jeszcze gwarantować intymność w kontakcie ze sztuką. Tu jednak zbiór – rozsypany po kolejnych pomieszczeniach – to chaos. Wszystko wygląda nieco bałaganiarsko. Portrety, militaria, dokumenty, porcelana, meble, pamiątki dynastyczne i sztuka współczesna spotykają się ze sobą, ale rzadko ze sobą rozmawiają.
Ekspozycja sprawia niby wrażenie urządzonej według logiki rodzinnego skarbca, a nie muzealnej narracji. To różnica zasadnicza. Muzeum powinno dawać odpowiedzi na konkretne pytania: dlaczego ten przedmiot jest ważny dla kogoś, kto nie nosi nazwiska Lubomirski? Co mówi o historii Polski, europejskiej arystokracji, mechanizmach władzy, kolekcjonerstwie, migracji przedmiotów i zmienności fortun? Jaką opowieść można z niego wydobyć poza potwierdzeniem prestiżu właściciela? Tego przejścia od „nasze” do „wspólne” w Krakowie wyraźnie zabrakło.
I dlatego placówka wydaje się dziś bardziej narzędziem rodowego PR-u niż rzeczywistym muzeum. Dowiadujemy się, że ród był „ważny, zasłużony, wpływowy i odpowiedzialny za kulturę”. Częściej pod portretami widnieją minibiografie przedstawionych postaci niż – nawet w wypadku tych nieźle namalowanych – spod czyjego pędzla wyszły. W prawdziwym muzeum rzecz nie do pomyślenia.
Nie pomaga skromna warstwa informacyjna. Opisy są ubogie, a przy zdecydowanej większości obiektów brakuje ich zupełnie. Przedmioty, które mogłyby uruchamiać fascynujące historie, pozostają niemal nieme. Niektóre obrazy sprawiają wrażenie nieporadnie osadzonych w ramach a puste lub zabrudzone ekspozytory potęgują poczucie niedokończenia.
Drugie rozczarowanie: seryjni mistrzowie
Osobnym problemem jest fetyszyzowanie nazwisk. Rembrandt, Dürer, Picasso, Dali czy Warhol, a nawet… Leonardo da Vinci. To zestaw działający w materiałach promocyjnych jak magnes. Przyjrzyjmy się z bliska.
Owo „leonardianum” Lubomirskich to Matka Boska z Dzieciątkiem i barankiem, który ponoć kiedyś był kotem, o czym świadczyć ma… długość ogona. „Obraz przypisywany Leonardo da Vinci, pochodzący z jego szkoły malarskiej. Za prawdopodobnego autora uznaje się Bernardo Luiniego, uczniowi mistrza. Nie wyklucza się udziału samego Leonarda w powstaniu dzieła” – jak głosi opis.
Rozumieć to należy następująco: legenda rodowa głosi, że może mistrz „dotknął swym pędzlem to dzieło”, a w przeszłości powtarzano legendę w rodzinie, że może nawet sam twórca „Mona Lisy” to namalował. I to by było na tyle.
Ciekawszy jest „Autoportret Rembrandta van Rijn”, wykonany – jak głosi opis – „w kręgu jego szkoły malarskiej, czyli w „amsterdamskim środowisku artystycznym XVII wieku skupionym wokół mistrza”. Cóż, rozumiem ten zapis tak: kopia przedstawiająca autoportret Rembrandta, ale nie chcieliśmy napisać, że to kopia. Bo – przypominam – autoportretem można nazwać tylko taki wizerunek, który namalował sam artysta. Stąd jak rozumiem ten cudzysłów.

Jeszcze ciekawiej wypada sztuka współczesna. Od razu powiem: przynajmniej dwie rzeczy zasługują tu na zauważenie. Pierwszy jest Georges Braque, francuski malarz i grafik, który – wraz z Pablem Picassem – był twórcą kubizmu. Nawet jeśli prezentowany obraz nie jest jego najwybitniejszym dziełem, to warto zwrócić na niego uwagę.
Drugi – tuż obok – jest Victor Vasarely, artysta węgierskiego pochodzenia, jeden z najważniejszych przedstawicieli abstrakcji geometrycznej, uważany za prekursora op-artu (czyli najkrócej mówiąc sztuki opartej na grach optycznych). Prezentowane zebry bardzo dobrze pokazują, czym wyróżnia się jego sztuka.
Niemniej – o czym warto pamiętać – samo nazwisko autora nie czyni jeszcze każdego obiektu arcydziełem. W przypadku sztuki nowoczesnej i współczesnej oglądamy często prace graficzne, seryjne albo po prostu poboczne wobec najważniejszych dokonań danego twórcy. Nie ma w tym nic nagannego: grafika Picassa nadal może być znakomitym świadectwem epoki. Co więcej, Andy Warhol z sitodruku, jego powtarzalności i dostępności, uczynił jeden ze swoich znaków rozpoznawczych, uznając tę technikę za kwintesencję pop-artu (zresztą jego portret Marilyn Monroe zobaczymy w muzeum). I osiągają dziś dość wysokie ceny jak na produkcję seryjną.
Ale wszystko pod warunkiem, że muzeum jednak uczciwie wyjaśnia rangę, technikę, pochodzenie i miejsce konkretnej pracy w dorobku artysty. Tutaj nazwisko zbyt często ma wystarczyć za analizę.
Weźmy pierwszy przykład z brzegu: nagromadzenie dzieł najsłynniejszego chyba surrealisty, Salvadora Dalego. Jest m.in. także jego słynna „Płonąca żyrafa”. Nie, spokojnie, oryginalny obraz wciąż wisi wciąż w Muzeum Sztuki w Bazylei. Tu mamy do czynienia z grafiką. Pierwszy rzut oka pozwala stwierdzić, że to jedna z odbitek z… 2000 egzemplarzy. Za życia Dalego nie było takich serii. Wartość kolekcjonerska jest więc niewielka. A rynkowa? Oscylować powinna wokół 1200 – 3500 zł, zależnie od stanu papieru czy ramy. Prawdziwe, wczesne litografie Dalego – z kontrolowanych przez niego małych nakładów – osiągają ceny rzędu kilkunastu lub kilkudziesięciu tysięcy złotych, ale zawsze posiadają jasną proweniencję i udokumentowany certyfikat.
Już to pokazuje, że sztuka współczesna w tej kolekcji jest bardzo różnej jakości. Obok prac interesujących pojawiają się rzeczy, których obecność uzasadnia chyba przede wszystkim podpis albo rozpoznawalność twórcy. Kolekcjonerstwo zostało potraktowane jak ranking celebrytów historii sztuki, czyli im głośniejsze nazwisko, tym większa satysfakcja z jego posiadania.
A jednak najciekawsze w tym muzeum są paradoksalnie nie wielkie nazwiska, lecz drobne kurioza. Puzderko będące prezentem od Katarzyny Wielkiej, wykończone emalią i brylantami, fajka cesarza Franciszka Józefa, meble należące do króla Danii z przełomu XIX i XX wieku. Jest nawet… nocnik podróżny, zwany też nocnikiem pokojowym, z – a jakże – herbem Lubomirskich. Przedmioty, które przetrwały swoich właścicieli, systemy polityczne, granice państw i rodzinne katastrofy.

Pod tym względem Muzeum Rodu Książąt Lubomirskich przypomina kunstkamerę: dawny gabinet osobliwości (takie miejsca, będące poprzednikami dzisiejszych muzeów, zakładali cesarze, królowie i arystokraci, gdzie obok dzieła sztuki prezentowali też minerały i „ciekawostki”), w którym ceniono nie jednorodność, lecz zdziwienie. Obok dzieła sztuki można było umieścić egzotyczny minerał, relikwię historyczną, osobliwość natury i pamiątkę po ważnej osobie. Taka kolekcja nie opowiadała historii linearnie. Była raczej modelem świata widzianego oczami właściciela. Krakowskie muzeum działa podobnie, choć chyba nie do końca świadomie. Jest prywatnym kosmosem, w którym o sąsiedztwie przedmiotów decydują rodzinne wspomnienia, okazje zakupowe, odzyskane pamiątki i fascynacje obecnego kolekcjonera.
Trzecie rozczarowanie: to nie ich wina
Można ten pomysł łatwo wyszydzić z pozycji współczesnego muzealnictwa. Wskazać brak krytycznej narracji, kontekstu społecznego, przejrzystej hierarchii obiektów i profesjonalnego opracowania ekspozycji. Wszystkie te zarzuty są zasadne. Trudniej jednak dostrzec, że za tym nieporadnym jeszcze przedsięwzięciem kryje się próba związania przerwanych nici dziejów.
Polskie kolekcje arystokratyczne nie miały szczęścia do ciągłości. Rozbiory, konfiskaty, wojny, grabieże, nacjonalizacja i emigracja sprawiły, że przedmioty traciły swoje pierwotne konteksty, a rodzinne opowieści rozsypywały się pomiędzy muzea, magazyny, prywatne domy i zagraniczne aukcje. Sam Jan Lubomirski-Lanckoroński przyznaje, że duża część dzisiejszego zbioru jest rezultatem zakupów, donacji i odzyskiwania pamiątek prowadzonych przez ostatnich dwadzieścia lat. Nie oglądamy więc kolekcji, która w nienaruszonym stanie przetrwała od czasów świetności rodu. Oglądamy próbę jej ponownego zbudowania. I to rozróżnienie powinno stać się jednym z głównych tematów wokół muzeum.
Ciekawsze od zapewniania o tysiącletniej potędze byłoby pokazanie pęknięć. Co ocalało? Co zaginęło? Co zostało rozproszone? Co odkupiono, a co jedynie zastąpiono innym przedmiotem o prestiżowym rodowodzie? Gdzie kończy się dziedziczona kolekcja, a zaczyna współczesna kreacja kolekcjonera? Właśnie w tych szczelinach mogłaby powstać opowieść znacznie bardziej poruszająca niż kolejny rodowy panegiryk, w którym niestety czuje się sztuczność – i to niekoniecznie z winy właścicieli. Próbują nadgonić czas.
Takie ekspozycje oglądamy choćby w Niemczech czy Szkocji, w zamkach i rezydencjach pozostających przez stulecia w rękach jednej rodziny. Nawarstwiają się tam historie kolejnych pokoleń: barokowy portret sąsiaduje z wiktoriańską kanapą, kolonialna pamiątka z fotografią właściciela w wojskowym mundurze, a stara porcelana ze współczesnym obrazem kupionym przez obecnego dziedzica. Te rzeczy bywają estetycznie nieprzystające, ale właśnie dzięki temu rezydencja nie zamienia się w sterylną dekorację z jednej epoki. Pokazuje, że historia nie powstaje według muzealnego scenariusza. Odkłada się warstwami, czasami dostojnymi, czasami wstydliwymi, a czasami po prostu dziwacznymi. I także tworzą swoje legendy o dziełach sztuki „przypisywanych wielkim artystom”, w które goście elegancko udają, że wierzą. To część rytuału.
Rozczarowanie czwarte: duma rodu przed dobrem ogółu
Jeszcze przed otwarciem wybuchła afera (a może to po prostu trik PR-owy?) o nazwę. Szyld „Muzeum Książąt Lubomirskich” wisi bowiem we… Wrocławiu. I ma długą tradycję. Takie muzeum powstało formalnie w 1823 roku jako część Zakładu Narodowego im. Ossolińskich we Lwowie (po II wojnie przeniesionego do Wrocławia), na mocy porozumienia Józefa Maksymiliana Ossolińskiego z Henrykiem Lubomirskim. Jak zapisano wówczas, ta część zbiorów miała „na wieczne czasy” nosić tę nazwę. Dziś muzeum pozostaje oddziałem Ossolineum we Wrocławiu, a jego kolekcja liczy ponad 330 tys. obiektów.
Dlatego zapowiedź uruchomienia przez Jana Lubomirskiego-Lanckorońskiego muzeum pod – na początku identyczną nazwą – musiała doprowadzić do sporu. Ossolineum przypomniało, że status i nazwa jego placówki wynikają nie tylko z tradycji, lecz także z ustawy o Zakładzie Narodowym im. Ossolińskich oraz wpisu do ministerialnego wykazu muzeów. Zakład zakwestionował również podjętą przez Fundację Książąt Lubomirskich rejestrację znaku towarowego „Muzeum Książąt Lubomirskich”.
Jan Lubomirski-Lanckoroński odpowiadał z kolei, że żyjący członkowie rodu mają prawo posługiwać się własnym nazwiskiem, herbem i historią, a związek współczesnego Ossolineum z rodziną przedstawiał jako zerwany. W jednym z wywiadów mówił wręcz o instytucji „agresywnie i negatywnie” nastawionej do Lubomirskich oraz używającej ich nazwiska bez zgody rodziny.
Ostatecznie krakowska placówka została otwarta jako Muzeum Rodu Książąt Lubomirskich. Dodanie jednego słowa miało zapewne odróżnić ją od wrocławskiego Muzeum Książąt Lubomirskich, lecz problemu całkowicie nie rozwiązało. Dla przeciętnego odbiorcy obie nazwy nadal są niemal bliźniacze.
Tymczasem rozwiązanie wielokrotnie podpowiadało – o czym już wspominałem przy okazji komentowania tej dyskusji – samo nazwisko inicjatora krakowskiej placówki. Muzeum Lubomirskich-Lanckorońskich byłoby nazwą nie tylko bardziej jednoznaczną, lecz także intelektualnie uczciwszą. Pozwoliłoby uniknąć wrażenia konkurowania z historycznym Muzeum Książąt Lubomirskich we Wrocławiu, a zarazem otworzyłoby wystawę na drugą, równie fascynującą tradycję rodzinną. Jan Lubomirski-Lanckoroński sam wielokrotnie przywołuje Karolinę Lanckorońską jako „ciocię Karlę” i z jej wolą wiąże przyjęcie drugiego członu nazwiska.
Skoro więc nazwisko Lanckorońskich zostało uznane za warte ocalenia, tym bardziej powinno znaleźć godne miejsce w nazwie muzeum. Zwłaszcza że prof. Karolina Lanckorońska zasłużyła się dla polskiej kultury znacznie bardziej niż wielu bohaterów obecnej ekspozycji. Przypomnijmy tylko jej dary dla Zamków: Królewskiego w Warszawie (m.in. dwa obrazy Rembrandta) oraz na Wawelu. Był to jeden z największych i najważniejszych prywatnych darów dla polskich zbiorów publicznych po 1945 roku.
Była historykiem sztuki, badaczką włoskiego renesansu, żołnierzem Armii Krajowej, więźniarką Ravensbrück, opiekunką polskiej nauki na emigracji i fundatorką wspierającą przez dziesięciolecia badaczy oraz instytucje kultury.
Poczekajcie na spadek cen
Na razie otrzymaliśmy miejsce zawieszone pomiędzy muzeum, showroomem, gabinetem osobliwości i manifestem rodowej obecności. Za mało tu wiedzy, aby mówić o dojrzałej instytucji. Za dużo autopromocji, aby całkowicie zaufać prezentowanej narracji. Za dużo przypadkowości, by uznać ekspozycję za przemyślaną.
„Odwiedziłem to miejsce, abyście wy nie musieli” – można sparafrazować młodzieżowe hasło. Problem w tym, że byłaby to puenta tyleż efektowna, co nazbyt łatwa. A łatwość sądów źle służy krytyce, nawet wtedy, gdy sama wystawa podsuwa krytykowi argumenty niemal na tacy – srebrnej, rodowej i opatrzonej herbem. Niemniej na odwiedziny poczekajcie, aż potanieje. Bo cena zdecydowanie niewspółmierna do jakości.
Główne wnioski
- Jeszcze przed otwarciem wybuchła afera (a może to po prostu trik PR-owy?) o nazwę. Szyld „Muzeum Książąt Lubomirskich” wisi bowiem we… Wrocławiu. I ma długą tradycję. Takie muzeum powstało formalnie w 1823 roku jako część Zakładu Narodowego im. Ossolińskich we Lwowie (po II wojnie przeniesionego do Wrocławia), na mocy porozumienia Józefa Maksymiliana Ossolińskiego z Henrykiem Lubomirskim. Jak zapisano wówczas, ta część zbiorów miała „na wieczne czasy” nosić tę nazwę. Dziś muzeum pozostaje oddziałem Ossolineum we Wrocławiu, a jego kolekcja liczy ponad 330 tys. obiektów. Dlatego zapowiedź uruchomienia przez Jana Lubomirskiego-Lanckorońskiego muzeum – pod na początku identyczną nazwą – musiała doprowadzić do sporu. Ostatecznie krakowska placówka została otwarta jako Muzeum Rodu Książąt Lubomirskich.
- Muzeum Rodu Książąt Lubomirskich przypomina kunstkamerę: dawny gabinet osobliwości (takie miejsca, będące poprzednikami dzisiejszych muzeów, zakładali cesarze, królowie i arystokraci), w którym ceniono nie jednorodność, lecz zdziwienie.
- Obok dzieła sztuki można było umieścić egzotyczny minerał, relikwię historyczną, osobliwość natury i pamiątkę po ważnej osobie. Najciekawsze w tym muzeum są paradoksalnie nie wielkie nazwiska, lecz drobne kurioza. Puzderko będące prezentem od Katarzyny Wielkiej, wykończone emalią i brylantami, fajka cesarza Franciszka Józefa, meble należące do króla Danii z przełomu XIX i XX wieku. Jest nawet… nocnik podróżny, zwany też nocnikiem pokojowym, z – a jakże – herbem Lubomirskich.