Kto rządzi Tybetem, ten reguluje wodę dla miliarda ludzi
W zachodnim Tybecie nic nie jest tym, czym się wydaje. Rzeka to nie tylko rzeka. To zasób, o który już dziś toczy się gra między Pekinem, Delhi a Dhaką. Droga to nie tylko droga. To narzędzie kontroli nad spornym pograniczem Azji. Tybet staje się węzłem, przez który Chiny zarządzają wodą dla 3 mld ludzi i dostępem do granicy.
Z tego artykułu dowiesz się…
- Jak zmieniła się sieć drogowa w Tybecie.
- Jakie projekty hydroenergetyczne realizują w Tybecie Chiny i dlaczego Indie i Bangladesz obawiają się o bezpieczeństwo wodne.
- Jak zmieniła się turystyka w Tybetańskim Regionie Autonomicznym.
Rano, po śniadaniu, opuszczamy hotel w Shigatse, drugim co do wielkości mieście Tybetańskiego Regionu Autonomicznego (TRA). Nad miastem rozciąga się bezchmurne, intensywnie błękitne niebo, a otaczający krajobraz budzi optymizm i zapowiada doskonały dzień do podróży. Przed nami 380 kilometrów drogi prowadzącej prosto do Everest Base Camp. Wyruszamy z wysokości 3850 metrów nad poziomem morza, by jeszcze tego samego popołudnia osiągnąć 5100 metrów, u bram najwyższego pasma górskiego świata. Kilka dni spędzonych na Wyżynie Tybetańskiej pozwoliło mi stopniowo zaaklimatyzować się do rozrzedzonego powietrza. Nocleg na wysokości przekraczającej 5 tys. metrów będzie jednak pierwszym prawdziwym spotkaniem z potęgą Himalajów, wyrastających majestatycznie z Dachu Świata.
Przełęcz Gyatso La
Po 200 km jazdy docieramy do najwyższego punktu na całej trasie G318. To przełęcz Gyatso La, położona na wysokości 5248 m n.p.m. Zostawiamy samochód na rozległym parkingu i niemal od razu rozchodzimy się w różnych kierunkach. Ja ruszam ku kolorowym flagom modlitewnym, które z łopotem trzepoczą na porywistym wietrze.
To jeden z najlepszych punktów widokowych w tej części Tybetu. Przy dobrej pogodzie wprawne oko dostrzeże stąd ośnieżone wierzchołki Lhotse, Makalu i Cho Oyu, sąsiadujące z Everestem. Jeszcze przed chwilą padał mokry śnieg z deszczem. Po kilku minutach nad południowym horyzontem otwierają się połacie intensywnie błękitnego nieba, przypominające turkusowe jeziora ukryte między górskimi graniami.
Wspinam się jeszcze kilka metrów wyżej i wchodzę w tunel utworzony z dziesiątek linek, na których powiewają tysiące modlitewnych flag. Ich nieustanny łopot przypomina odgłos żagli napiętych przez silny wiatr na otwartym jeziorze. Staram się uchwycić w kadrze zieleń, czerwień, żółć, błękit i biel tkanin. To jedyne żywe akcenty w tym surowym, niemal monochromatycznym pejzażu.
Moją chwilę samotności przerywa para chińskich turystów, szczelnie otulonych w puchowe kurtki. Na ich twarzach dostrzegam przezroczyste przewody prowadzące do nosa, połączone z niewielkimi butlami tlenowymi wystającymi z plecaków. Z daleka przypominają ogromne puszki dezodorantu o długości niemal pół metra. Jest to prosty, ale wymowny znak, że na wysokości ponad 5 tysięcy metrów nawet krótki spacer może stać się wyzwaniem.
Droga do najwyższej góry świata
Po dalszych 110 km słynną drogą G318 dojeżdżamy do bramy wjazdowej na teren Parku Narodowego Everest. Po zakupie biletów wstępu możemy kierować się już prosto na południe, w stronę granicy z Nepalem. Brama wjazdowa jest pokaźnych rozmiarów. Udaje tradycyjną bramę klasztorną i pełni funkcję nowoczesnego punktu kontroli ruchu turystycznego. Opiera się na trzech filarach: dwóch bocznych oraz łuku centralnego, szerszego i wyższego, przez który przejeżdżają pojazdy. Filary boczne mają wbudowane pomieszczenia ze szklanymi witrynami dla strażników. W ostatnich latach zostali oni zastąpieni przez liczne kamery z systemem rozpoznawania twarzy. Dwa hasła polityczne „Rodzina jednego narodu chińskiego oraz „Wspólnym sercem budujemy chiński sen” zdobią ten monument. Jesteśmy na wysokości 4300 metrów i do klasztoru Rongbuk przy bazie pod Everestem zostaje ostatnie 100 km.

Historia tej drogi sięga 1959 roku, kiedy budowano ją na potrzeby radziecko-chińskiej wyprawy na Everest. W ciągu pięciu miesięcy wybudowano 380-kilometrową drogę z Shigatse do bazy pod północną ścianą. Dzięki niej podróż z Lhasy do Base Campu skróciła się do trzech dni. Ostatni odcinek, od bramy wjazdowej na teren obecnego parku do Base Campu, był przez dekady szutrową trasą o szerokości niespełna czterech metrów. Przejazd zajmował ponad cztery godziny, a kierowcy pojazdów musieli często wymieniać amortyzatory.
Poszerzona droga i asfalt pojawiły się tu dopiero w 2015 roku. Dzięki temu nasz podjazd na wysokość powyżej 5 tys. metrów trwał tylko dwie godziny wraz z przesiadką do elektrycznego autobusu. Wszyscy turyści i alpiniści są zmuszeni przejechać nim ostatnie 20 km do Parku Narodowego Everest i słynnego klasztoru Rongbuk. Zielone autobusy mkną bezszelestnie na tym ostatnim odcinku od 2019 roku.
Rongbuk i podbój Everestu
Ołowiane chmury gnane znad Himalajów szczelnie zakrywają niebo, gdy docieram do klasztoru Rongbuk. To parterowy budynek, wzniesiony w 1899 roku i rozbudowany trzy lata później. W głównym holu trwają właśnie wieczorne śpiewy z użyciem całej gamy tybetańskich instrumentów. Mnisi i mniszki siedzą rozsiani na planie dużego prostokąta, niektórzy schowani za kolumnami. Wrażenie jest ogromne, dzięki tym dźwiękom dotykam misterium tybetańskiej wiary. Stoję nieruchomo i chłonę obraz przed swoimi oczami. Czuję, że znalazłem się w kapsule czasu. Jakbym został przeniesiony do niemego filmu dokumentalnego z 1922 roku, „Climbing Mt. Everest”, z jego 20-minutową sekwencją pokazującą lamę Rongbuk, zabudowania klasztorne i rytualne tańce.
W szczytowym okresie mieszkało tu i w placówkach podległych nawet pół tysiąca mnichów i mniszek, praktykujących razem, w oddzielnych kwaterach, ale pod jednym dachem duchowym. To właśnie tędy, na trasie pierwszych brytyjskich wypraw na Everest w latach 20. XX wieku, przechodzili alpiniści po pięciotygodniowej podróży z Darjeeling. Szukali tu dachu nad głową i błogosławieństwa przed atakiem szczytowym.
Święta dolina
W relacji generała Charlesa Bruce'a z wyprawy z 1922 roku czytamy o ponad 300 zwierzętach jucznych, około 20 kucykach pod siodło i niemal stu Tybetańczykach towarzyszących karawanie. Sama trasa z Darjeeling, licząca około 480 km, zajmowała blisko pięć tygodni. Nepal był wówczas zamknięty dla cudzoziemców. Jedyna droga na Everest wiodła od północy, przez wciąż faktycznie niepodległy Tybet. Zgodę na wjazd negocjowano bezpośrednio z rządem w Lhasie, nie w Pekinie.
Górna dolina Rongbuk była przy tym uznawana za tak świętą, że obowiązywał w niej całkowity zakaz zabijania jakichkolwiek zwierząt. Wielki kamień mani przy wjeździe do doliny, naprzeciw wioski Chobu, wyznaczał granicę, poza którą nie wolno było odbierać życia. Brytyjczycy musieli więc kupować mięso niżej i transportować je w górę do obozu. Klasztor leżał dosłownie kilka kilometrów od miejsca, gdzie zakładano obóz bazowy u czoła lodowca. To tu kończyła się droga dostępna dla zwierząt jucznych i zaczynała się właściwa wspinaczka wysokogórska.

Dziś trasę, którą sto lat temu pokonywano w pięć tygodni karawaną jaków, mułów i tragarzy, przejeżdża się autem w kilka godzin po asfalcie.
Skala zmian na mapie drogowej
Skala rozwoju sieci drogowej staje się bardziej czytelna w liczbach bez cofania się w czasie o 100 lat. W 1959 roku, u progu włączenia Tybetu w chińską administrację, cała sieć drogowa regionu liczyła zaledwie 7300 kilometrów. Do końca 2006 roku wzrosła do 44 813 km, z czego zaledwie 8,8 proc. stanowiły drogi asfaltowe.
Prawdziwe przyspieszenie nastąpiło w kolejnej dekadzie. Do końca 2010 roku sieć osiągnęła 58 249 km, przekraczając rządowy plan zakładający 50 tys. km. Do końca 2021 roku było to już 120 tys. km, co oznacza wzrost o 1543 proc. względem 1959 roku. Najnowszy oficjalny komunikat, opublikowany w styczniu 2026 roku, podaje długość sieci na koniec 2025 roku na poziomie 125 200 km.
Te liczby nabierają innego wymiaru, gdy zestawić je z demografią regionu. Tybetański Region Autonomiczny zamieszkuje niespełna 3,6 mln ludzi. Gęstość zaludnienia to dwie osoby na kilometr kwadratowy, jedna z najniższych wśród wszystkich jednostek administracyjnych Chin. Region o populacji mniejszej niż niejedno europejskie miasto dysponuje dziś siecią drogową dłuższą niż w wielu średniej wielkości krajach. Samo w sobie sugeruje to, że jej funkcja nigdy nie ograniczała się do obsługi miejscowej ludności.
Nawet infrastruktura budowana z myślą o turystach i rozwoju lokalnym ma drugie dno. Droga do Everest Base Campu na trasie G318, jedna z najbardziej uczęszczanych przez zagranicznych i chińskich turystów, prowadzi przez tunele, nad którymi wprost namalowano chińską flagę i napis „Kocham was, Chiny”. Infrastruktura w Tybecie rzadko bywa neutralna politycznie, nawet tam, gdzie jej pierwszą funkcją jest obsługa ruchu turystycznego. Podobnie lotnisko w Nyingchi, otwarte w 2017 roku. Obsługuje zarówno ruch cywilny, jak i samoloty Chińskiej Armii Ludowo-Wyzwoleńczej, a miasto jest siedzibą dwóch brygad górskich PLA.
Jezioro Yamdrok Tso
Yamdrok Tso to jedno z czterech największych świętych jezior Tybetu, obok Manasarovaru, Namtso i Lhamo Latso. Leży na wysokości 4441 m n.p.m., w kształcie przypominającym skorpiona lub, jak nazywają je Tybetańczycy – „klejnot turkusowy”. Droga wokół tego zbiornika i sama turkusowa tafla wody są tak malownicze, że zatrzymujemy się w kilku punktach widokowych. Aby całkowicie okrążyć jezioro samochodem, trzeba przejechać 250 kilometrów. Yamdrok na pierwszy rzut oka przypomina niektóre jeziora alpejskie czy szkockie, ale przy nich jest gigantem. Jego powierzchnia jest czterokrotnie większa od włoskiego jeziora Como i jedenastokrotnie większa od Loch Ness.
Głębokość dochodzi tylko do 60 metrów, a woda ma wyjątkową, głęboką turkusową barwę. Powstała ona dzięki wysokiemu stężeniu minerałów w niemal zamkniętym systemie hydrologicznym. Jest zasilany śniegiem i deszczem, a woda odparowuje szybciej, niż wpływa do niego z zewnątrz.
Dla Tybetańczyków to znacznie więcej niż malowniczy krajobraz. Jezioro uznawane jest za siedzibę bogini Dorje Gegkyi Tso i „jezioro mocy życiowej”. Według miejscowej legendy, gdyby Yamdrok Tso wyschło, cały naród tybetański miałby zginąć. Na jego brzegu, na półwyspie wcinającym się w wodę, stoi klasztor Samding. To jedyny klasztor w całym Tybecie, na którego czele stoi żeńska inkarnacja, Samding Dordże Pagmo. To najważniejsza żeńska lama-tulku w tybetańskim buddyzmie.
Jezioro z bliska i daleka
Podziwiam ten turkusowy klejnot z bliska i daleka. Kilka parkingów drogowych umożliwia postój tuż przy brzegu. Badam ręką temperaturę krystalicznie czystej wody i obserwuję ławice małych ryb podpływających w moim kierunku. Yamdrok bywa nazywany „rybnym spichlerzem Tybetu”. Dominującym gatunkiem jest karp nagi, ryba przystosowana do zimnej, ubogiej w tlen wody na dużej wysokości.
Mimo obfitości ryb lokalni Tybetańczycy tradycyjnie ich nie jedzą i nie łowią. Dzieje się tak ze względu na zwyczaj pochówku wodnego, kiedy ciała zmarłych oddawano niegdyś wodzie, oraz przez status świętego jeziora. Ryby, które trafiają na rynek w Lhasie, pochodzą głównie z hodowli w pobliżu jeziora, nie bezpośrednio z niego.
Z punktu widokowego na przełęczy Kamba La, wznoszącej się prawie 600 metrów nad taflą jeziora, widoki są spektakularne. Spojrzenie z góry daje zawsze inną perspektywę: zanikają szczegóły, ale pojawia się większy obraz. Ten, kto patrzy z góry, dostrzega inne aspekty niż człowiek stojący na linii brzegowej. Zastanawiam się, co widzą towarzysze w Pekinie, skoro ich perspektywa jest diametralnie inna od potrzeb lokalnej ludności
Jezioro, które stało się baterią
To właśnie ze względu na ten status świętości budowa elektrowni wodnej na Yamdrok Tso wywołała jeden z najgłośniejszych sporów środowiskowo-religijnych w historii współczesnego Tybetu. Projekt zainicjowano w 1985 roku. Sprzeciw Tybetańczyków i osobista interwencja Panczen Lamy, drugiej postaci w hierarchii tybetańskiego buddyzmu, doprowadziły do wstrzymania budowy w 1986 roku. Prace wznowiono dopiero po jego śmierci w 1989 roku. Elektrownię ostatecznie ukończono i uroczyście otwarto w latach 1996–1998, z opóźnieniem sięgającym dwóch lat.
Rozwiązanie techniczne, które przyjęto, było odpowiedzią na obawy Panczen Lamy o nieodwracalne wyczerpanie wód jeziora: elektrownia szczytowo-pompowa, niewymagająca budowy tamy. Woda pobierana jest z jeziora długimi tunelami. Nastepnie spada o niemal 840 metrów, napędza turbiny i trafia do rzeki Jarlung Cangpo (Brahmaputry) poniżej. W godzinach niskiego zapotrzebowania na prąd system teoretycznie pompuje wodę z powrotem do jeziora, wykorzystując nadwyżkę energii z sieci. Dzięki temu jezioro ma nie tracić objętości netto.
Problem w tym, że woda rzeczna i jeziorna mają zupełnie inny skład chemiczny. Jezioro jest ubogie w azotany i osady, za to bogate w minerały. Jego pH jest wyraźnie zasadowe w porównaniu z bardziej kwaśną wodą Jarlung Cangpo. Pompowanie wody rzecznej z powrotem do jeziora niesie więc ryzyko trwałej zmiany jego chemii i ekosystemu. Yamdrok jest też przystankiem migracyjnym dla wielu gatunków ptaków, w tym zagrożonego żurawia czarnoszyjego.

Międzynarodowa Unia Ochrony Przyrody (IUCN) przyjęła w 1996 roku rezolucję wzywającą Chiny do większej przejrzystości i współpracy międzynarodowej w monitorowaniu stanu jeziora. Apel w praktyce pozostał bez odpowiedzi.
Woda z dachu świata
Kiedy patrzy się na tybetański płaskowyż z poziomu turysty czy pielgrzyma, łatwo o wrażenie, że to kraina zamarznięta w czasie. Dominacja bezkresnych, brązowych wyżyn, jaki i pojedyncze kopce kamieni ułożone przez pielgrzymów. Dopiero z dystansu, już po zejściu z gór, widać, że ten sam krajobraz jest dziś jednym z najintensywniej modernizowanych regionów Chin. Miejscem, gdzie w ciągu dwóch dekad powstała infrastruktura, która w praktyce decyduje o tym, kto kontroluje wodę i dostęp do najbardziej spornego pogranicza Azji.
To dwie logiki, które pozornie nie mają ze sobą nic wspólnego: budowa dróg i hydroenergetyka. W rzeczywistości są dwiema stronami tej samej strategii.
U podnóża góry Kailasz w zachodnim Tybecie biorą początek cztery wielkie rzeki Azji. To Indus, Sutlej, Karnali (dopływ Gangesu) i Brahmaputra, znana w Tybecie jako Jarlung Cangpo. Płaskowyż tybetański bywa nazywany „trzecim biegunem”. Po Arktyce i Antarktydzie skupia bowiem największe na świecie zasoby lodu i śniegu poza strefami polarnymi. Magazynuje wodę zimą i uwalnia ją latem, dokładnie wtedy, gdy rolnictwo Azji Południowej najbardziej jej potrzebuje.
Od 2000 roku Chiny zainicjowały lub zaproponowały 193 projekty hydroenergetyczne na terenie Tybetańskiego Regionu Autonomicznego. Około 60 proc. wciąż znajduje się w fazie planowania lub przygotowań. Konkretnie na rzece Jarlung Cangpo–Brahmaputra planowanych, ukończonych lub dyskutowanych jest nie mniej niż 28 zapór.
Gigaprojekt i obawy sąsiadów
Flagowym projektem całego programu jest Medog Hydropower Station. Budowa ruszyła oficjalnie w lipcu 2025 roku, a docelowo kompleks pięciu kaskadowych elektrowni ma osiągnąć moc 60 tys. MW, czyli trzykrotność Tamy Trzech Przełomów, dotąd największej hydroelektrowni świata. Koszt inwestycji szacuje się na około 150 mld dolarów, a produkcję roczną na około 300 mld kWh. To więcej niż cała roczna produkcja energii wodnej w Stanach Zjednoczonych.
Problem w tym, że Chiny nie są sygnatariuszem żadnego międzynarodowego traktatu o podziale wód transgranicznych, w przeciwieństwie choćby do traktatu regulującego wody Indusu między Indiami a Pakistanem. Istnieje ograniczony mechanizm wymiany danych hydrologicznych z 2006 roku, obejmujący Brahmaputrę i Sutlej w sezonie powodziowym. Nie odpowiada on złożoności, jaką niosą dziś projekty na skalę Medog.
Indie i Bangladesz obawiają się wpływu na przepływ wody, transport osadów i bezpieczeństwo rolnictwa dla dziesiątek milionów ludzi. W odpowiedzi Indie budują własny projekt hydroenergetyczny. To Siang Upper w Arunaczal Pradesh, o mocy 11,2 GW. Ma być strategicznym zabezpieczeniem na wypadek zmian przepływu z górnego biegu.
Tybet staje się węzłem infrastrukturalnym
Woda i drogi to w istocie dwa przepływy tej samej strategii. Zapory na Jarlung Cangpo kontrolują to, ile wody i kiedy dotrze do rolników w Assamie czy delcie Bangladeszu – to kontrola eksportu zasobu w dół rzeki. Kolej Sichuan-Tybet, autostrada G-219 i sieć dróg wzdłuż Linii Rzeczywistej Kontroli kontrolują to, jak szybko wojsko, towary i ludzie mogą przemieścić się w poprzek gór, w stronę spornej granicy z Indiami.
Oba systemy powstają praktycznie równolegle, często finansowane i budowane przez te same spółki państwowe, i oba mają tę samą logikę uzasadnienia w oficjalnej retoryce Pekinu: rozwój gospodarczy, integracja narodowa, jedność, które w praktyce oznaczają też zdolność do szybszego reagowania na spory graniczne i pełniejszą kontrolę nad zasobem, od którego zależą sąsiedzi.
Tybet przestaje więc być peryferiami w klasycznym rozumieniu tego słowa. Staje się węzłem infrastrukturalnym, przez który Chiny zarządzają jednocześnie zasobem naturalnym o znaczeniu dla 3 mld ludzi i dostępem fizycznym do najbardziej newralgicznego pogranicza całego kontynentu.
Wschód słońca
Turystyczny Base Camp pod Everestem to labirynt kilkunastu domków z półfabrykatów, mieszczących po kilka dwuosobowych pokoi. Śnieżnobiała pościel i ciepła kołdra zapewniałyby dobrą jakość snu, gdyby nie znaczna wysokość. Budzę się w rytmie upływających godzin, wyczekując poranka. Mój tybetański przewodnik obserwuje niebo nad Himalajami od wczesnych godzin, długo przed wschodem słońca. Przesyła mi informacje o znikającym zachmurzeniu przez WeChat: „Na pewno zobaczymy szczyt”, brzmi jedna z jego wiadomości. W końcu zakładam kurtkę i czapkę i wychodzę na zewnątrz. Jest bezwietrznie. Między domkami rozpościerają się zielone wykładziny imitujące trawę. Jedna z takich ścieżek prowadzi do rzędu toalet, kabin połączonych jednym dachem. Wizyta tam nie należy do przyjemności.
Moje myśli powracają do George'a Mallory'ego, który dokładnie 102 lata wcześniej szykował się do swojej trzeciej próby zdobycia najwyższej góry świata, próby, która zakończyła się tragicznie. Cała ówczesna ekipa liczyła 13 Brytyjczyków i ponad 300 tragarzy, Szerpów i Tybetańczyków. Spano w płóciennych namiotach, a żywność do głównego obozu transportowano na jakach. Europejscy członkowie wyprawy byli poza domem przez pół roku, licząc podróże morskie w obie strony.
Punktualnie o godz. 7 pojawiają się pierwsze promienie słońca. Ciżba ludzi, z których przeważającą część stanowią Chińczycy i Hindusi, kieruje się szybkim krokiem w stronę Everestu. Wybudowany drewniany pomost wysuwa się w dolinę na kilkaset metrów. Trzeba go pokonać, by uzyskać czysty kadr, bez nowo powstających budynków czy dźwigów. Prawie pięciokilometrowa ściana lodu i śniegu stoi przed nami w blasku rodzącego się dnia. Widok jest hipnotyzujący. Wydaje się, że źródło światła nie pochodzi z naszej gwiazdy, lecz wprost ze szczytu.
Inżynieria zastąpiła wiarę
Sto lat temu sama droga z Darjeeling do klasztoru Rongbuk zajmowała pięć tygodni, a zgodę na przekroczenie granicy wydawała niezależna wówczas Lhasa, nie Pekin. Dziś tę samą trasę pokonuje się w kilka godzin, a zgodę wydaje się wraz z biletem wstępu, pod okiem kamer rozpoznających twarz. Podczas podróży po Tybecie przechodzę szybką lekcję historii, geografii i przede wszystkim geopolityki. To nie jest wyłącznie historia o asfalcie zastępującym szuter. To historia o tym, kto dziś decyduje, kto może wejść na święte terytorium, i kto, setki kilometrów dalej, w dole rzeki, dostanie wodę.
Woda i drogi to dwa aspekty tego samego pytania, zadanego kiedyś przez lamę Rongbuk, zaniepokojonego obecnością pierwszych brytyjskich alpinistów: kto ma prawo dysponować tym, co święte. Sto lat temu odpowiadała na nie Lhasa, kierując się wiarą. Dziś odpowiada Pekin, kierując się inżynierią. Góra, rzeka i droga pozostały te same. Zmieniło się tylko to, kto stoi na ich szczycie i decyduje, co płynie w dół.
Główne wnioski
- Infrastruktura w Tybecie nigdy nie jest neutralna, lecz łączy rozwój z kontrolą polityczną. Sieć drogowa regionu urosła z 7300 km w 1959 roku do ponad 125 tys. km dziś, w regionie zamieszkanym przez niespełna 4 mln ludzi. Nawet drogi budowane z myślą o turystyce (jak trasa do Everest Base Camp) prowadzą przez tunele z wymalowanymi hasłami politycznymi i punkty kontrolne z rozpoznawaniem twarzy.
- Tybet kontroluje wodę dla miliarda ludzi w dole rzek. U podnóża Kailaszu biorą początek cztery wielkie rzeki Azji: Indus, Sutlej, Ganges i Brahmaputra. Chiny realizują tam 193 projekty hydroenergetyczne (w tym Medog – przyszłą największą elektrownię wodną świata, 60 tys. MW), nie będąc sygnatariuszem żadnego traktatu o podziale wód transgranicznych. To bezpośrednio dotyka bezpieczeństwa wodnego Indii i Bangladeszu.
- Ostatnie sto lat zmieniło wszystko, poza samym krajobrazem. Trasa, którą wyprawa Mallory'ego pokonywała w 1924 roku przez pięć tygodni karawaną jaków (z pozwoleniem wydanym przez niezależną wówczas Lhasę), dziś przejeżdża się w kilka godzin autem, z przepustką wydawaną przez Pekin.