La Fábrica szkoli dla innych. Real Madryt znalazł sposób, by zarabiać fortunę na wychowankach
Real Madryt od dekad jest kojarzony ze spektakularnymi transferami. To klub, który kupował największe gwiazdy, a prezes Florentino Pérez stworzył projekt Galácticos. Ostatnio Madrytczycy zarabiają ogromne pieniądze na graczach, których sami wychowali, ale większość z nich nie ma szansy na zbudowanie pozycji w pierwszym zespole.
Z tego artykułu dowiesz się…
- Jak ogromną kwotę Real Madryt zarobił latem na wychowankach.
- W jaki sposób Real Madryt wykorzystał pieniądze zarobione na sprzedaży wychowanków do działań na rynku transferowym.
- Na czym polega różnica w podejściu do wychowanków Realu Madryt i FC Barcelony.
W tegorocznym oknie transferowym skala tego zjawiska przeszła najśmielsze oczekiwania kibiców. Real Madryt zarobił około 200 mln euro na sprzedaży graczy, którzy zbierali szlify w akademii La Fábrica. To najlepszy wynik w historii klubu i jeden z najbardziej spektakularnych przykładów wykorzystania własnej szkółki w całym europejskim futbolu. Wcześniej najbardziej dochodowe były pod tym względem był rok 2019, kiedy wpływy z transferów wychodzących (nie tylko wychowanków) sięgnęły 136,5 mln euro, oraz rok 2018 z wynikiem 135,1 mln. Warto przy tym pamiętać, że rekord z 2018 roku obejmował między innymi sprzedaż Cristiano Ronaldo do Juventusu. Dlatego obecny wynik, zbudowany przede wszystkim na operacjach dotyczących tzw. canteranos, robi jeszcze większe wrażenie.
La Fábrica wygenerowała tego lata dla Realu ogromne pieniądze, mimo że niemal żaden z tych graczy nie był w poprzednim sezonie istotnym elementem pierwszej drużyny. Rafał Sierhej, dziennikarz Interii i współtwórca Królewskiego Podcastu, zwraca uwagę, że nie jest to przypadek, lecz efekt polityki prowadzonej przez Real od kilku lat.
– Real od kilku lat skutecznie radzi sobie bardzo dobrze ze sprzedażą wychowanków. Wszystko zaczęło się na większą skalę latem 2022 roku. Wówczas Real Madryt opuścili Takefusa Kubo, Borja Mayoral i Miguel Gutiérrez, którzy nie byli ważnymi ogniwami kadry, a Real dostał za nich łącznie nieco ponad 30 mln euro, zachowując kontrolę nad przyszłością. To, co wydarzyło się jednak obecnego lata, przechodzi ludzkie pojęcie. Około 200 mln euro za piłkarzy, którzy oprócz Gonzalo pewnie nawet u Jose Mourinho by nie zadebiutowali. W Madrycie pracują geniusze w materii transferowej – ocenia Rafał Sierhej.
Nie można też zapominać, że utrzymanie całej infrastruktury akademii kosztuje. Funkcjonowanie obiektów, sztabu szkoleniowego i zaplecza dla około 360 młodych zawodników w Valdebebas pochłania około 20 mln euro rocznie. To ogromny wydatek, ale jeżeli odpowiednio wyszkoleni piłkarze są później sprzedawani za wielokrotność kosztów funkcjonowania systemu, inwestycja zaczyna przynosić wyjątkową stopę zwrotu.
Przemyślana polityka
I rzeczywiście, trudno znaleźć drugi klub z absolutnego europejskiego topu, który tak konsekwentnie wykorzystuje akademię jako element polityki transferowej. Real nie musi zatrzymywać każdego utalentowanego gracza, który pojawia się w Valdebebas. Wręcz przeciwnie, jeżeli wychowanek nie ma realnych szans na grę na Santiago Bernabéu, bardziej opłaca się znaleźć mu klub, w którym będzie mógł się rozwijać. Jednocześnie Madryt stara się zachować część praw do piłkarzy, procent od kolejnej sprzedaży, klauzulę odkupu albo inne zabezpieczenie. W ten sposób gracz może rozwijać karierę gdzie indziej, a Real nadal pozostaje obecny w jego historii.
Letnie transfery Realu Madryt:
- Yan Diomandé – 120 mln euro (z RB Lipsk)
- Marc Cucurella – 55 mln euro (z Chelsea)
- Carlos Espí – 25 mln euro (z Levante)
- Denzel Dumfries – 20 mln euro (z Interu Mediolan)
- Ibrahima Konaté – wolny transfer (z Liverpoolu)
- Bernardo Silva – wolny transfer (z Manchesteru City)
Gwiazdy rozbłysły gdzie indziej
To podejście widać na wielu przykładach. Przez ostatnią dekadę Real zarobił na wychowankach ponad 800 mln euro. Niektórzy z nich zrobili później wielkie kariery. Achraf Hakimi, kapitan reprezentacji Maroka, jest dziś jednym z najlepszych prawych obrońców świata, graczem o nadzwyczajnych inklinacjach do gry ofensywnej i jednym z liderów w Paris Saint-Germain. Marcos Llorente od lat jest natomiast niezwykle uniwersalnym piłkarzem Atlético Madryt, umie występować na kilku pozycjach i dostosowywać się do różnych wymagań taktycznych. Víctor Muñoz z kolei w poprzednim sezonie zrobił furorę w Osasunie, na tyle dużą, że w tym sezonie spróbuje swoich sił w Liverpoolu pod wodzą rodaka Andoniego Iraoli.
Właśnie dlatego sprzedaży wychowanków Realu nie należy automatycznie postrzegać jako dowodu na to, że akademia nie umie dostarczać graczy pierwszej drużynie. W Madrycie sukces La Fábriki mierzy się również tym, ilu piłkarzy jest w stanie osiągnąć odpowiednią wartość na rynku. Jeden z nich może zostać graczem wyjściowej jedenastki Realu, tzw. titularem, natomiast drugi może trafić do Premier League, trzeci do Serie A, a czwarty zostać sprzedany za kilka milionów euro z zachowaniem przez klub części praw. Każdy z tych scenariuszy może być dla Realu korzystny.
Snajper z potencjałem
Dobrym przykładem jest Gonzalo Garcia. Utalentowany napastnik odszedł z Realu Madryt i podpisał pięcioletni kontrakt z Fulham, jednym z klubów Premier League z aspiracjami, gdzie nie ma olbrzymiej presji. Nie musi to jednak oznaczać definitywnego końca jego przygody z „Królewskimi”. Snajper z dobrej strony pokazał się podczas ubiegłorocznych Klubowych Mistrzostw Świata. Dalsza część sezonu 2025/2026 nie była jednak dla niego równie udana. W minionym sezonie w 38 meczach zdobył osiem bramek i dołożył trzy asysty. Największy popis dal w styczniu, gdy wbił hat-tricka Realowi Betis.
W pierwszym zespole Realu sytuacja Gonzalo była jednak skomplikowana. Przy Kylianie Mbappé i Endricku trudno było oczekiwać, że młody napastnik otrzyma szansę na regularne występy. Dla piłkarza w jego wieku pozostanie w Madrycie, mogło oznaczać przede wszystkim rolę rezerwowego, natomiast transfer do Premier League daje mu możliwość występowania znacznie częściej i budowania pozycji na własnych warunkach. Z punktu widzenia Realu sprawa również wygląda atrakcyjnie, szczególnie jeżeli klub zachowuje część praw do piłkarza i możliwość jego późniejszego odzyskania.
– Gonzalo to bardzo obiecujący napastnik, ale problem jest taki, że jego pozostanie w Realu, prawdopodobnie zastopowałoby jego karierę, gdyż przy Mbappé mógłby liczyć tylko na ogony, a jest przecież także Endrick. Sprzedaż za nieco ponad 40 mln euro to doskonałe rozwiązanie dla wszystkich stron. Fulham zyskuje napastnika, który może okazać się gwiazdą ligi. Jest szybki, świetnie gra głową, fizycznie bez wątpienia jest gotowy do rywalizacji, ma tę „czutkę” w polu karnym i świetnie dogaduje się z trenerem Alvaro Arbeloą (byłym szkoleniowcem Realu – przyp.red.), który żegnał go słowami: „chciałbym być wobec ciebie bardziej sprawiedliwy”. Real z kolei dostał już teraz 42 mln euro za rezerwowego, zachował sobie 30 proc. praw do piłkarza, a także wpisał tradycyjne klauzule, które sprawiają, że może go odkupić. Gonzalo będzie się cieszyć statusem gwiazdy, dostał wymarzoną siódemkę na plecy i co najważniejsze, szansę na rozwój – mówi Rafał Sierhej.
Como zachowa swoją perłę
To jest właśnie kwintesencja obecnego modelu Realu. Klub nie musi wybierać pomiędzy rozwojem piłkarza a własnym interesem finansowym. Może pozwolić mu odejść, dać szansę regularnej gry, a jednocześnie zabezpieczyć się na wypadek, gdyby za dwa lub trzy lata okazało się, że sprzedał przyszłą gwiazdę. Jeżeli Gonzalo eksploduje w Premier League, Real może na tym skorzystać po raz kolejny.
Podobnie wygląda historia Nico Paza. Argentyńczyk pozostanie piłkarzem Como w sezonie 2026/2027 po wybitnym sezonie, w którym zdobył 13 bramek i zanotował osiem asyst. Miał ogromny wpływ na sensacyjne czwarte miejsce Como w Serie A, dzięki któremu klub zagra w kolejnym sezonie w Lidze Mistrzów. Real miał możliwość odkupienia zawodnika, ale Paz zdecydował się pozostać we Włoszech. Como zapłaciło za niego około 60 mln euro, a „Królewscy” nadal zachowali mechanizmy, które pozwalają im kontrolować jego przyszłość. To bardzo ważny szczegół, ponieważ pokazuje, że Real nie musi podejmować decyzji ostatecznych. Nico Paz nie wraca tego lata na Bernabéu, gdyż klub zdecydował się na bardziej doświadczonego Bernardo Silvę, ale nie oznacza to, że historia Argentyńczyka w Madrycie dobiegła końca.
– Na pewno część kibiców widziałaby Nico Paza teraz w Realu, zwłaszcza że to wychowanek i pokazał już klasę w Serie A. Real może go nadal odkupić po tym sezonie, jednak wydaje się, że teraz z kilku powodów klub wolał postawić na Bernardo Silvę. Po pierwsze Portugalczyk ma dużo większe doświadczenie z gry na najwyższym poziomie, w końcu był przez wiele lat podstawowym zawodnikiem City Guardioli. Po drugie trener Mourinho dostał tego lata dużą swobodę w proponowaniu zarządowi transferów i sprowadzenie Silvy było jego prośbą. Na pewno ma jakiś pomysł na swojego rodaka, który mógłby być też jego człowiekiem w szatni tak, jak Ricardo Carvalho w latach 2010-2013 za pierwszej kadencji Mou. Trzecie łączy się z pierwszym: Realowi nieco brakowało doświadczonych graczy, zwłaszcza po odejściach Daniego Carvajala czy Davida Alaby. Dlatego przyszli Denzel Dumfries, Bernardo i Marc Cucurella. Brakowało też kreatywnego pomocnika i wygląda na to, że Portugalczyk będzie grał właśnie w środku pola, a nie na prawym skrzydle, jak ustawiał go Guardiola – mówi Adam Musialik, redaktor realmadryt.pl.
Nico Paz i Gonzalo Garcia pokazują więc dwie strony tego samego systemu. Real może wypuścić wychowanka z własnych struktur w świat, ale nie musi tracić nad nim całkowitej kontroli. To rozwiązanie wymaga cierpliwości, dobrych umów i bardzo sprawnego działu transferowego. W Madrycie najwyraźniej wszystkie te elementy funkcjonują coraz lepiej. Co ciekawe, w tym samym momencie Real przeznacza gigantyczne pieniądze na gracza, który ma być jednym z ważnych ogniw drużyny w przednich formacjach. Iworyjczyk Yan Diomandé kosztował 120 mln euro. Kontrast jest ogromny. Z jednej strony niemal 200 mln euro przychodu wygenerowanego tego lata przez wychowanków, z drugiej 120 mln euro wydane na 19-letniego skrzydłowego. I właśnie w tym zestawieniu najlepiej widać, jak Real rozumie dzisiaj futbolowy rynek.
La Fábrica nie ma być koniecznie miejscem, z którego pochodzi połowa podstawowego składu, lecz jednym z elementów wielkiej transferowej machiny, która pozwala klubowi finansować kolejne ruchy i jednocześnie budować kadrę zgodnie z potrzebami pierwszego zespołu.
Kariera Diomandé rozwija się błyskawicznie. Na początku ubiegłego roku został piłkarzem Leganes, w ekipie Los Pepineros rozegrał dziesięć meczów, po czym trafił do RB Lipsk za 20 mln euro. 19-latek rewelacyjnie odnalazł się na niemieckich boiskach. W 36 występach dla zespołu z Saksonii skrzydłowy zanotował 13 goli i dziesięć asyst.
W ostatnich miesiącach był w kręgu zainteresowań m.in. Paris SG, Liverpoolu czy Bayernu Monachium. Najbardziej konkretni w negocjacjach okazali się Los Blancos. Iworyjczyk został drugim najdroższym nabytkiem w historii klubu. Więcej, konkretnie 127 mln euro, kosztował Jude Bellingham ściągnięty trzy lata temu z BVB. Diomande niewątpliwie uatrakcyjni LaLiga, ponieważ preferuje radosny futbol. Potrafi dryblować obiema nogami, a liczba 118 udanych dryblingów (najwięcej w minionym sezonie w Bundeslidze) przy skuteczności 59,9 proc. pokazuje, dlaczego Real zdecydował się zapłacić za niego tak gigantyczną kwotę. Nie chodzi tylko o zawodnika, który jest szybki i umie minąć rywala. Chodzi o skrzydłowego, który ma dać Realowi coś, czego w poprzednich sezonach często mu brakowało: realne zagrożenie również po prawej stronie. I właśnie dlatego może być najważniejszym transferem całego lata.
– Sportowo moim zdaniem najważniejszy będzie Diomandé. Dlaczego? Z prostej przyczyny. Real w końcu będzie miał dwóch skrzydłowych, a nie jednego Viniciusa i kogoś do niego. Dzięki temu Vinicius powinien mieć więcej swobody. Może do lamusa odejdą obrazki zespołów otaczających Brazylijczyka 3-4 zawodnikami.
Diomandé odciągnie przynajmniej jednego rywala i wierzę, że on sam będzie robił liczby. Z drugiej jednak strony płynność w środku pola ma zapewnić Bernardo Silva. Portugalczyk w sparingach pokazuje się z dobrej strony. Wierzę, że będzie wartością dodaną do duetu Tchouaméni-Bellingham. Z trzeciej strony przyjście Cucurelli to niesamowity wzrost jakości na lewej stronie obrony. Taki gracz w miejsce niestabilnego Carrerasa to może być wielki atut. Ostatecznie stawiam jednak na Diomandé, gdyż ostatnie lata to nieustanne szturmowanie lewym skrzydłem – mówi Rafał Sierhej.
Walka na prawej obronie
W kontekście letnich transferów ciekawie wygląda również obsada prawej obrony. Trent Alexander-Arnold przeszedł z Liverpoolu do Realu Madryt pod koniec maja 2025 roku. Anglik w poprzednim sezonie rywalizował o miejsce w składzie z Danim Carvajalem. Miał przebłyski, ale było ich zdecydowanie za mało. Znamienne, że nie dostał powołania do reprezentacji Anglii na mundial. Wymowne jest również to, że Denzel Dumfries został oficjalnie piłkarzem Realu Madryt w lipcu 2026 roku. To bowiem również prawy obrońca, kupiony z Interu Mediolan za 20 mln euro. Holender jest dobrze zbudowany i także ma tzw. ciąg na bramkę, czego dowiódł np. w szalonym meczu z FC Barceloną w półfinale Ligi Mistrzów w kwietniu 2025 rok (3:3), gdy strzelił dwa gole, a jednego z nich w sposób spektakularny: nożycami.
Rywalizacja pomiędzy Trentem a Dumfriesem może być dla Mourinho kolejnym narzędziem do zarządzania zespołem. Anglik daje przede wszystkim jakość w rozegraniu, dośrodkowania na tzw. nos i umiejętność kreowania akcji z głębi pola. Holender z kolei zapewni dynamikę, siłę w pojedynkach i zdecydowanie większe zagrożenie przy wejściach w pole karne. Nie trzeba więc koniecznie wskazywać jednego zwycięzcy tej rywalizacji. Real może potrzebować obu zawodników.
– Najprawdopodobniej Trent będzie podstawowym wyborem na prawą stronę obrony. Ma wykorzystywać swoje umiejętności rozgrywania i współpracować z Diomandé, tworząc duże zagrożenie na prawej flance. Mourinho najpewniej będzie rotować Anglikiem i Holendrem w zależności od charakterystyki najbliższego rywala. Dumfries może przydać się na bardziej klasowych przeciwników, gdyż jego umiejętności gry w obronie są oceniane wyżej niż te Alexandra-Arnolda. Nie wydaje mi się, aby taka rywalizacja miała źle wpłynąć na Anglika. Pytanie, jak będzie ze zdrowiem obu graczy? W zeszłym sezonie zdarzały im się dłuższe pauzy z powodu kontuzji – mówi Adam Musialik, redaktor realmadryt.pl.
Model biznesowy i tożsamościowy
O ile Real w ostatnich latach stara się zarabiać na wychowanków, FC Barcelona ma zupełnie inną politykę kadrową. Dla Katalończyków renomowana szkółka La Masia jest jednym z fundamentów tożsamości klubu. Blaugrana przez lata pokazywała, że można stworzyć światowej klasy drużynę w dużym stopniu opartą na graczach wychowanych we własnym systemie. W 2010 roku na podium Złotej Piłki znaleźli się Leo Messi, Andrés Iniesta i Xavi Hernández, czyli trzej piłkarze ukształtowani przez La Masię. Dwa lata później Barcelona zrobiła coś jeszcze bardziej wymownego: 25 listopada 2012 roku w ligowym meczu z Levante UD na boisku pojawiło się jednocześnie jedenastu wychowanków.
Víctor Valdés – Martín Montoya, Gerard Piqué, Carles Puyol, Jordi Alba – Xavi Hernández, Sergio Busquets, Cesc Fàbregas – Pedro Rodríguez, Leo Messi i Andrés Iniesta.
To nie był przypadek, tylko siła pryncypiów. Barca chciała pokazać, że własna akademia może być fundamentem drużyny walczącej o najwyższe cele. Obecnie w zespole Hansiego Flicka również wielu wychowanków odgrywa istotne role. Lamine Yamal, Pau Cubarsí, Gavi, Fermín López, Marc Bernal czy Eric García są częścią obecnej kadry, a Dani Olmo jest szczególnym przypadkiem gracza, który przeszedł przez system Barcelony, a następnie wrócił do klubu już jako ukształtowany piłkarz.
Miniwywiad
Największy hit transferowy? Przyjście Cucurelli
Patrząc na to, że Real zarobił w tym oknie transferowym około 200 mln euro ze sprzedaży graczy, których sam ukształtował, można przecierać oczy ze zdumienia?
Wojciech Anyszek, kibic Realu Madryt od 24 lat: Jeśli mowa o zarobkach dotyczących wychowanków Realu z La Fábrica, to nie jest to dla mnie wielkie zaskoczenie, ponieważ model działania tejże szkółki polega właśnie na promowaniu młodzieży na rynek międzynarodowy kosztem gry w pierwszym zespole Realu Madryt. Nieprzypadkowo mówi się bowiem o La Fábrice, że jest to najbardziej produktywna szkółka piłkarska świata.
W poprzednim sezonie dobre występy w pierwszym zespole Realu zanotował Gonzalo Garcia, jednak konkurencja w ataku Los Blancos jest ogromna. Zatem przenosiny na Wyspy Brytyjskie to dla niego dobra opcja?
W kwestii rozwoju Gonzalo transfer do Fulham czy klubu o podobnej jakości powinien mieć miejsce 2-3 lata wcześniej, by takiej klasy młody napastnik miał dużo większą przestrzeń do gry. Natomiast prawo pierwokupu przez Real może zadziałać jak płatne wypożyczenie gotowego czołowego napastnika, który rozwinie się spokojniej pod okiem Arbeloi.
Który letni transfer Realu jest szczególnie ciekawy?
Dla mnie największym hitem transferowym jest przyjście Cucurelli z prostej przyczyny. Był to transfer zupełnie nieoczekiwany, a jednocześnie mamy do czynienia z transferem o palącej potrzebie, gdyż Real w praktyce miał jednego lewego obrońcę (Alvaro Carreras), choć formalnie było ich trzech (Álvaro Carreras, Ferland Mendy, Fran García – przyp.red.), którzy nie wnosili do gry Los Blancos nic wartościowego.
Główne wnioski
- Real Madryt tego lata urządził prawdziwą wyprzedaż wychowanków, zamieniając zawodników związanych z La Fábricą w ogromny zastrzyk gotówki. 42 mln euro, przyniosła sprzedaż Gonzalo Garcii do Fulham, 60 mln euro wpłynęło z transferu Nico Paza do Como, a 20 mln euro za Víctora Muñoza zapłacił Liverpool. Do tego doszły transfery Mario Gili do AC Milan i Álvaro do Bournemouth po 15 mln euro, 10 mln za Césara Palaciosa, 8 mln za Víctora Valdepeñasa, 3,5 mln za Mario Martína oraz 4 mln za Fran Garcíę.
- Tak ogromne wpływy ze sprzedaży wychowanków pozwoliły Realowi Madryt działać na rynku transferowym wyjątkowo aktywnie. „Królewscy” nie tylko uzupełnili kadrę, ale zdecydowali się na kilka bardzo znaczących ruchów. Najwięcej, 120 mln euro, kosztował Yan Diomandé sprowadzony z RB Lipsk, kolejne 55 mln euro przeznaczono na transfer Marca Cucurelli z Chelsea, a 25 mln euro kosztował Carlos Espí z Levante. Do tego Real za 20 mln euro pozyskał Denzela Dumfriesa z Interu Mediolan, natomiast Ibrahima Konaté z Liverpoolu i Bernardo Silva z Manchesteru City dołączyli do zespołu na zasadzie wolnych transferów. Taki bilans pokazuje, że pieniądze wygenerowane przez La Fábricę nie pozostają wyłącznie po stronie księgowej – pomagają finansować przebudowę pierwszego zespołu i pozwalają Realowi reagować na potrzeby kadry bez konieczności ograniczania się na rynku.
- Różnica między oboma klubami sprowadza się przede wszystkim do sposobu postrzegania wychowanka. FC Barcelona traktuje La Masię jako fundament tożsamości i element budowania pierwszego zespołu: wychowanek ma być nie tylko utalentowanym piłkarzem, ale również częścią filozofii klubu. Real Madryt podchodzi do La Fábriki znacznie bardziej pragmatycznie: oczywiście chce zatrzymywać najlepszych, ale jeśli zawodnik nie ma realnych szans na regularną grę, klub stara się odpowiednio go wypromować, sprzedać za możliwie wysoką kwotę i często zachować kontrolę nad jego przyszłością przez klauzule odkupu czy procent od kolejnego transferu. W uproszczeniu można więc powiedzieć, że dla Barcelony wychowanek jest przede wszystkim elementem tożsamości sportowej, podczas gdy dla Realu może być zarówno przyszłym zawodnikiem pierwszego zespołu, jak i wartościowym aktywem transferowym.