Kategorie artykułu: Polityka Świat

Putin ma nowy plan na kraje bałtyckie. Odtwarza niebezpieczny schemat z Ukrainy

Kraje bałtyckie stały się w ostatnim czasie obszarem coraz intensywniejszych politycznych, dezinformacyjnych i dywersyjnych działań Rosji. Są sygnały, że Kreml może sięgnąć po wypróbowany w Ukrainie schemat polegający na tworzeniu tzw. republik ludowych.

Prezydent Rosji Władimir Putin z lornetką w towarzystwie wysokich rosyjskich oficerów.
Władimir Putin (w środku) obserwuje ćwiczenia wojskowe Zapad 2017 na poligonie Łużskim w pobliżu Petersburga. Manewry wzbudziły zaniepokojenie niektórych państw członkowskich NATO sąsiadujących z Rosją. Fot.Mikhail Svetlov/Getty Images

Z tego artykułu dowiesz się…

  1. Jakie swoje działania Kreml chce usprawiedliwiać propagandową narracją o „prześladowaniu Rosjan” mieszkających za granicą.
  2. Dlaczego część mieszkańców Łotwy i Estonii wciąż nie ma obywatelstwa tych państw.
  3. Co świadczy o tym, że znany z Ukrainy pomysł tworzenia samozwańczych „republik ludowych” może zostać wykorzystany również w krajach bałtyckich.
Loading the Elevenlabs Text to Speech AudioNative Player...

Rosyjska Duma Państwowa przyjęła właśnie (13 maja) ustawę, zgodnie z którą – w przypadku prześladowania Rosjan mieszkających za granicą – prezydent mógłby użyć sił zbrojnych. Przepisy wejdą w życie 10 dni po podpisaniu przez głowę państwa i opublikowaniu. Władimir Pastuchow, rosyjski politolog, który mieszka na emigracji w Wielkiej Brytanii, ocenił projekt już na etapie prac parlamentarnych. Jego zdaniem to próba zalegalizowania ewentualnych agresywnych działań Władimira Putina przeciwko całemu światu.

– To także element psychologicznego przygotowania do operacji dywersyjnych w państwach bałtyckich, ale także w Europie Wschodniej i Północnej – uważa ekspert.

Na to, że chodzi przede wszystkim o zastraszanie państw bałtyckich, wskazuje również wypowiedź przewodniczącego Dumy, Wiaczesława Wołodina. Stwierdził on przy tej okazji, że konieczne jest „schłodzenie bezmyślnych głów” właśnie w tych krajach. Za potrzebne uznał również wzięcie w obronę mieszkających tam „poniżanych i prześladowanych” Rosjan.

„Poniżani i prześladowani Rosjanie"

W ślady swojego szefa szybko poszli także inni deputowani. Zarzucili państwom bałtyckim, że – wbrew obietnicom złożonym po rozpadzie Związku Radzieckiego – nie zapewniają sprawiedliwych warunków życia ludności rosyjskiej. Konstantin Zatulin z komisji ds. kontaktów z rodakami za granicą stwierdził, że trzy byłe republiki „coraz bardziej pogrążają się w rusofobii”.

„Oszukali znaczną część swojego społeczeństwa, głównie jego rosyjską część” – mówił na początku maja rosyjski deputowany. Według niego problem dotyczy przede wszystkim Estonii i Łotwy. W tych krajach odsetek tzw. nieobywateli miał rzekomo sięgać odpowiednio 30 i 40 proc. ludności.

W rzeczywistości dane te są znacznie zawyżone. Odsetek mieszkańców bez obywatelstwa nigdy nie przekraczał tam 24 proc. Obecnie, według danych tamtejszych urzędów statystycznych, wynosi około 9 proc. na Łotwie i około 5 proc. w Estonii. Należy jednak odróżnić tę grupę od rosyjskiej mniejszości narodowej – osób deklarujących narodowość rosyjską jest znacznie więcej. W Estonii pod koniec ubiegłego roku stanowiły one ponad jedną piątą wszystkich mieszkańców.

Warto wiedzieć

Nieobywatele

Po odzyskaniu niepodległości w 1991 r. Łotwa i Estonia przyjęły zasadę ciągłości państwowości. Oznaczało to, że obywatelstwo otrzymali przede wszystkim ci mieszkańcy, którzy posiadali je przed radziecką aneksją w 1940 r., oraz ich potomkowie. Osoby, które osiedliły się na terytorium tych państw w okresie ZSRR, nie uzyskały obywatelstwa automatycznie.

W efekcie część mieszkańców Łotwy i Estonii, którzy nie posiadali obywatelstwa żadnego innego państwa powstałego po rozpadzie Związku Radzieckiego, uzyskała status tzw. nieobywateli: łot. nepilsoņi, est. kodakondsuseta isik. Na Łotwie w pierwszej połowie lat 90. status ten dotyczył około 800-900 tys. osób, natomiast w Estonii było to około 300-350 tys. osób – w większości pochodzenia rosyjskiego. Dziś jest ich znacznie mniej.

Uzasadnieniem takiego rozwiązania była m.in. obawa władz przed potencjalnym wpływem politycznym tej grupy i destabilizacją państwa w okresie transformacji oraz ryzyko wykorzystywania jej przez Rosję w polityce zagranicznej. Litwa przyjęła bardziej liberalne rozwiązanie – obywatelstwo było tam nadawane na znacznie łatwiejszych zasadach niż w Łotwie i Estonii. Automatycznie otrzymywały je także osoby pochodzenia rosyjskiego i polskiego.

W obu wspomnianych państwach możliwa jest jednak naturalizacja. Wymaga ona m.in. złożenia deklaracji lojalności wobec państwa oraz zdania egzaminu odpowiednio z języka łotewskiego lub estońskiego.

Nieobywatele mają prawo do pracy, edukacji i opieki zdrowotnej. Nie mogą jednak – lub mają ograniczone możliwości – m.in. głosować i kandydować w wyborach, pełnić niektórych funkcji publicznych, wykonywać części zawodów związanych z administracją i bezpieczeństwem państwa ani służyć w siłach zbrojnych i policji. Nie przysługują im również automatycznie wszystkie przywileje, jakie mają obywatele państw UE i strefy Schengen.

xyz

Na granicy zerowej i pierwszej fazy

Zdaniem analityków amerykańskiego Instytutu Studiów nad Wojną (ISW) w Rosji trwa „zerowa faza” przygotowań do ewentualnego konfliktu z NATO. Obejmuje ona m.in. reorganizację okręgów wojskowych, tworzenie baz przygranicznych oraz działania dywersyjne, takie jak zakłócanie sygnału GPS. Elementem tego etapu jest również dezinformacja i presja polityczna – czyli działania, które wobec państw bałtyckich mają obecnie podejmować rosyjscy politycy. Według tej analitycznej gradacji kolejne etapy mogłyby obejmować eskalację działań. „Faza trzecia” oznaczałaby ograniczony, m.in. terytorialnie, konflikt zbrojny, a „czwarta” – wojnę pełnoskalową.

W przypadku państw bałtyckich mamy jednak do czynienia nie tylko z presją polityczną. Chodzi tu także o transgraniczne prowokacje i testowanie reakcji NATO. To zaś – według klasyfikacji ISW – są elementy „pierwszej fazy” przygotowań do ewentualnego starcia, czyli presji hybrydowej. Nie chodzi już wyłącznie o „zbłąkane” drony, choć i one stanowią istotny element oddziaływania Kremla.

Rosyjski wywiad wojskowy w akcji

Rosja gra zresztą tą kartą na różne sposoby. Niedawno oskarżyła Litwę, Łotwę i Estonię, że udostępniają swoje terytorium siłom zbrojnym Ukrainy, aby te mogły atakować bezzałogowcami rejon Petersburga i znajdujące się nieopodal miasta porty bałtyckie. Wilno, Ryga i Tallinn kategorycznie zaprzeczyły tym rosyjskim oskarżeniom.

W kwietniu litewskie służby udaremniły kilka rosyjskich akcji dywersyjnych oraz planowanych zamachów. Zagrożone było życie Rusłana Gabbasowa – rosyjskiego opozycjonisty i lidera baszkirskiego ruchu narodowego – oraz Valdasa Bartkevičiusa, działacza społecznego wspierającego Ukrainę. Jak poinformował zastępca szefa litewskiej policji kryminalnej Saulius Briginas, osoby podejrzane o przygotowywanie ataków były powiązane z rosyjskim wywiadem wojskowym GRU. Zarzuty postawiono 13 osobom.

„W ostatnim czasie mamy do czynienia z szeregiem przestępstw o charakterze hybrydowym. Są one faktycznie wymierzone przeciwko państwom Unii Europejskiej, ich interesom bezpieczeństwa narodowego oraz osobom wspierającym Ukrainę. Charakter i cele tych działań odpowiadają celom Rosji” – powiedział, cytowany przez agencję BNS, prokurator Martynas Jovaiša.

Przypomnijmy, że według litewskich władz nie była to pierwsza akcja zorganizowana przez GRU. W styczniu tego roku oskarżyły rosyjski wywiad wojskowy o przygotowania do podpalenia zakładu dostarczającego sprzęt dla armii ukraińskiej.

Internetowa prowokacja separatystów

Wiosną tego roku w estońskich mediach społecznościowych uaktywnił się istniejący już od kilku miesięcy profil propagujący utworzenie separatystycznej „Narwskiej Republiki Ludowej”. Sprawa stała się na tyle głośna, że zainteresowały się nią także władze w Tallinnie. Zlokalizowane w północno-wschodniej Estonii, przy granicy z Rosją, Narwa to trzecie co do wielkości miasto w kraju (52,5 tys. mieszkańców). Ponad 85 proc. Narwian i Narwianek ma rosyjskie pochodzenie (Estończyków jest tam około 5 proc.). Jednocześnie aż jedna trzecia mieszkańców miasta to obywatele Rosji. Tamtejsi wyborcy częściej niż reszta Estończyków głosują więc na mniej lub bardziej prorosyjskie ugrupowania. Trudno jednak powiedzieć, jak liczni są tu sympatycy Putina – takich badań się nie prowadzi.

Administratorzy profilu nie ujawniają swojej tożsamości. Jednak w rozmowie z jednym z lokalnych mediów zapewnili, że nie mają żadnych związków z Rosją. W opinii Estończyków, z którymi rozmawiali dziennikarze Deutsche Welle, „Narwska Republika Ludowa” – czymkolwiek by miała być – jest rosyjską prowokacją.

Warto wiedzieć

Republiki ludowe

Pierwsze samozwańcze republiki ludowe powstały w 2014 r. na wschodzie Ukrainy, w obwodach ługańskim i donieckim, zamieszkanych w dużej mierze przez ludność rosyjskojęzyczną. Zostały proklamowane przez prorosyjskich separatystów i były politycznie oraz finansowo wspierane przez Kreml. Działające tam uzbrojone formacje również otrzymywały wsparcie militarne od wschodniego sąsiada. Tzw. republiki ludowe zostały uznane jedynie przez Rosję oraz zależne od niej Syrię i Koreę Północną.

W 2014 r. pojawiały się także próby lub koncepcje tworzenia kolejnych republik ludowych, np. charkowskiej, odeskiej czy dniepropetrowskiej. Zostały one jednak szybko zlikwidowane przez legalne władze Ukrainy albo w ogóle nie wyszły poza sferę deklaracji.

Ługańska Republika Ludowa (ŁRL) i Doniecka Republika Ludowa (DRL) funkcjonowały równolegle i ściśle współpracowały, jednak formalnie nie doszło do trwałego i powszechnie uznawanego ich zjednoczenia w ramach tzw. Federacyjnej Republiki Noworosji. Był to raczej projekt polityczny i propagandowy, zakładający objęcie przez separatystów całego wschodu i południa Ukrainy.

Po pełnoskalowej agresji Rosji na Ukrainę w 2022 r. w ŁRL i DRL przeprowadzono nieuznawane przez społeczność międzynarodową referenda, w których mieszkańcy mieli rzekomo opowiedzieć się za przyłączeniem do Federacji Rosyjskiej. W efekcie Rosja ogłosiła aneksję tych terytoriów i włączyła je do swojej struktury administracyjnej, co również nie jest uznawane przez większość państw świata. W latach 2022–2023 Ukraina odzyskała część terytoriów kontrolowanych wcześniej przez separatystów.

xyz

Nie był to zresztą pierwszy tego typu pomysł w krajach bałtyckich. Pod koniec 2024 r. na platformie Telegram pojawił się kanał „Łatgalskiej Republiki Ludowej”. Łatgalia to jedna z kilku krain historycznych Łotwy, położona we wschodniej części kraju. Stolicą regionu jest 78-tysięczny Dyneburg, drugie co do wielkości miasto na Łotwie. Dla czterech na pięciu jego mieszkańców ojczystym językiem jest rosyjski. Twórcy kanału otwarcie deklarowali, że chcą przyłączenia regionu do Rosji. Później okazało się, że profil „Łatgalskiej Republiki Ludowej” był administrowany z Rosji i Białorusi. Obecnie jest już zamknięty.

Wszystkie powyższe działania Rosji są elementami narastającej w ostatnich miesiącach presji hybrydowej na kraje bałtyckie. Zdaniem wielu analityków właśnie jedno z tych trzech państw może być polem, na którym Putin będzie chciał przetestować reakcję NATO na swoje działania militarne.

Główne wnioski

  1. Rosja intensyfikuje działania hybrydowe wobec państw bałtyckich. Propagandowy przekaz o „prześladowaniu Rosjan za granicą” stał się podstawą do zmian w rosyjskim prawie. Dzięki nim Władimir Putin mógłby potencjalnie użyć sił zbrojnych w sytuacjach, które uzna za stosowne. W praktyce przepisy te są postrzegane przede wszystkim jako narzędzie nacisku na kraje bałtyckie.
  2. Rosja powiela schemat tworzenia „republik ludowych”. W 2014 r. na wschodzie Ukrainy prorosyjscy separatyści utworzyli samozwańcze, nieuznawane na świecie i wspierane przez Rosję quasi-państwa. Później Rosja anektowała Ługańską i Doniecką Republikę Ludową. Podobny scenariusz Kreml może próbować wykorzystywać także wobec Łotwy i Estonii. Pierwsze sygnały tego typu narracji już się pojawiają.
  3. Kraje bałtyckie pozostają dla Rosji potencjalnym polem testowania reakcji NATO. Litwa, Łotwa i Estonia mierzą się z operacjami dywersyjnymi przypisywanymi GRU oraz coraz intensywniejszymi kampaniami dezinformacyjnymi. Poprzez tego typu działania hybrydowe Rosja sprawdza odporność Sojuszu na różnego rodzaju prowokacje.