Kategoria artykułu: Kultura

Mała rzecz, wielka sprawa. Czyli o cudeńkach, których ceny poszybowały

Meblościanka przez lata była chyba najbardziej niedocenionym postumentem w historii polskiej sztuki. Dźwigały bowiem jedną z najciekawszych opowieści o… powojennej polskiej rzeźbie. Dopiero dziś, gdy porcelanowe figurki osiągają na aukcjach ceny współczesnych dzieł sztuki, okazuje się, że to nie były żadne „kurzołapy”. I o tym właśnie opowiada wystawa „Rzeźba na meblościankę”.

wystawa
Wystawa „pyta”, czym właściwie jest rzeźba i gdzie przebiega granica między dziełem sztuki a przedmiotem użytkowym. Fot. Łukasz Gazur

Z tego artykułu dowiesz się…

  1. Która figurka porcelanowa z czasów PRL-u jest obecnie najdrożej sprzedanym obiektem w tej kategorii.
  2. Kto stworzył projekt „meblościanki dla zwykłego Kowalskiego”.
  3. Dlaczego niektóre projekty mogą wydać się zaskakujące i w kontrze do naszego myślenia o PRL-u.
Loading the Elevenlabs Text to Speech AudioNative Player...

Projekty, które widzimy na wystawie „Rzeźba na meblościankę” w warszawskiej Króilikarni, zostały opracowane w połowie lat 50. XX wieku w Instytucie Wzornictwa Przemysłowego w Warszawie przez zespół projektantów, w skład którego wchodzili: Henryk Jędrasiak, Mieczysław Naruszewicz, Hanna Orthwein i Lubomir Tomaszewski. I to ich prace oglądamy na wystawie. Te „kameralne rzeźby” szybko trafiły nie tylko do polskich mieszkań, ale także na eksport i zrobiły wręcz furorę za granicą.

Wybór miejsca nie jest przypadkowy. Nie pokazano jej w muzeum designu ani w galerii poświęconej historii codzienności, ale trafiła do oddziału Muzeum Narodowego w Warszawie, który od początku poświęcony jest rzeźbie. To pozornie drobna decyzja, ale zmienia niemal wszystko. Tym samym ta wystawa „pyta”, czym właściwie jest rzeźba i gdzie przebiega granica między dziełem sztuki a przedmiotem użytkowym.

Modernizm w wersji kieszonkowej

Już pierwsza sala ustawia całą narrację. Niewielkie porcelanowe obiekty stoją na klasycznych kawaletach rzeźbiarskich. Takich samych, na których od pokoleń prezentuje się monumentalne modele pomników. To prosty, ale niezwykle inteligentny zabieg. Zapomnij na chwilę o meblościance i najpierw patrz jak na rzeźbę. Okazuje się, że przez dziesięciolecia patrzyliśmy na te obiekty nie z tej strony, z której należało, bo wystawa bardzo skutecznie przypomina, że projektanci porcelanowych figurek doskonale rozumieli język sztuki swoich czasów. W ich realizacjach nie ma przypadkowych uproszczeń. Jest syntetyczna forma wywiedziona z powojennej rzeźby. To ta sama wrażliwość, którą odnajdziemy w monumentalnej rzeźbie lat 50. I 60., tyle że zamknięta w kilkunastu centymetrach porcelany. Taki modernizm w wersji niemal kieszonkowej.

Świetnie pokazuje to jedna z najbardziej udanych części ekspozycji poświęcona ptakom. Ich siła nie wynika przecież z realistycznego oddania skrzydeł czy dziobów. Dynamika rodzi się z napięcia pomiędzy pełnią a pustką, z przenikających się przestrzeni wewnętrznych i zewnętrznych, z otworów, przez które dosłownie przepływa światło. Kuratorka Kaja Muszyńska subtelnie to podbija, ustawiając je przy dużym oknie. Za porcelanowymi sylwetkami pojawia się park Królikarni. Zieleń staje się kolejną warstwą kompozycji. Natura dopowiada rzeźbę, a rzeźba kadruje krajobraz. To jeden z tych momentów, kiedy aranżacja nie próbuje być mądrzejsza od eksponatów. Raczej pozwala im przemówić własnym językiem.

Nylonowa kurtyna

Cała wystawa została zresztą zaplanowana właśnie w ten sposób. Nie znajdziemy tu multimediów, teatralnych efektów ani scenograficznych fajerwerków. Narrację budują same obiekty i dobrze przemyślany podział na motywy, które fascynowały projektantów: zwierzęta, człowiek czy egzotyka. To ostatnie może być chyba najbardziej zaskakujące. PRL zwykliśmy przecież kojarzyć z zamknięciem za żelazną kurtyną.

Tymczasem półki polskich mieszkań zaludniały Sudanki, afrykańskie maski, egzotyczne ptaki, gazele czy postacie inspirowane kulturami spoza Europy. Paradoksalnie więc w epoce ograniczonych paszportów wyobraźnia projektantów podróżowała całkiem swobodnie. Egzotyka była może bardziej marzeniem niż doświadczeniem, ale właśnie dlatego tak mocno obecnym w estetyce tamtych lat. I po raz kolejny okazuje się, że w kulturze żelazna kurtyna była raczej nylonową zasłoną. Dało się zauważać kształty, wychwytywać tendencje i do nich nawiązywać lub z nimi dyskutować.

Bardzo ciekawym dopełnieniem ekspozycji są także prezentowane wzory tkanin. Nie pełnią roli dekoracyjnego tła. Przypominają, że nowoczesne mieszkanie projektowano jako spójną całość i że porcelanowa figurka nie funkcjonowała w próżni, lecz współtworzyła estetyczny ekosystem z tkaniną, ceramiką, grafiką, meblem i kolorem ścian. To właściwie domowa odmiana Gesamtkunstwerku, idei dzieła totalnego przeniesionej z architektury XIX wieku i secesji do realiów blokowego M-2.

wystawa w Królikarni
Bardzo ciekawym dopełnieniem ekspozycji są także prezentowane wzory tkanin. Fot. Łukasz Gazur

Rekordowy lot „Gołębi”

Najlepszym dowodem na to, że historia zatoczyła koło, jest rynek kolekcjonerski. Jeszcze kilkanaście lat temu porcelanowe figurki kupowano na bazarach i pod halami targowymi za kilkanaście czy kilkadziesiąt złotych, gdy ktoś „wietrzył” dom po dziadkach czy rodzicach, a w „kurzołapach” widział tylko pozostałość przebrzmiałej epoki. Dziś należą do najbardziej pożądanych obiektów polskiego designu.

Rozpiętość cen jest ogromna. Zależy od rzadkości modelu, wariantu malatury, wytwórni, stanu zachowania i proweniencji. Na aukcji z 19 kwietnia 2024 roku porcelanowy „Dzik” Naruszewicza osiągnął niemal 2,6 tys. zł, ponad dziesięciokrotność ceny wywoławczej.

W październiku tego samego roku „Zebra” Naruszewicza została sprzedana za 2,9 tys. zł. Szczególny, pochodzący z likwidowanej wzorcowni ćmielowskiej egzemplarz „Łabędzia” Hanny Orthwein poszedł przy trzecim uderzeniu aukcyjnego młotka za około 6 tys. zł – dwukrotnie przebijając cenę wywoławczą. W marcu 2025 roku „Meksykanka” Lubomira Tomaszewskiego została sprzedana za ok. 7,2 tys. zł. Prawdziwym rekordowym lotem okazały się natomiast „Gołębie” Henryka Jędrasiaka. W marcu 2023 roku na aukcji DESA Unicum osiągnęły około 45 tys. zł.

Tak gwałtowny wzrost cen najlepiej pokazuje zmianę sposobu myślenia. Kolekcjonerzy nie kupują już nostalgii za PRL-em. Kupują po prostu dobrą rzeźbę. Z pewnością nie bez znaczenia jest także moda na vintage, powrót estetyki z czasów PRL-u, który zaczęto doceniać za pomysły projektowe i wzornictwo.

Kowalscy dla „zwykłego Kowalskiego”

Warszawska ekspozycja nie jest pierwszą próbą odzyskania tej historii. Kilka lat temu podobny, znacznie skromniejszy pokaz przygotowało Muzeum Narodowe we Wrocławiu. Królikarnia idzie jednak o krok dalej. Nie opowiada wyłącznie o polskim designie ani o sentymentalnych wspomnieniach z mieszkań naszych dziadków. Przepisuje historię polskiej rzeźby, pokazując, że jej ważny rozdział rozgrywał się nie tylko na placach miast i w parkach, ale również na półkach meblościanek.

I tu dochodzimy do największego rozczarowania: niestety, słynnych „Kowalskich” (czyli mebla zaprojektowanego przez małżeństwo Bogusławę i Czesława Kowalskich dla „zwykłego Kowalskiego”) niestety na wystawie nie ma. Do ostatniej sali liczyłem, że to się zmieni. Szkoda, że ten najbardziej demokratyczny cokół dla rzeźby nie pojawił się na wystawie. Natomiast mimo to ta wystawa pokazuje, że jeśli coś rzeczywiście wymaga dziś odkurzenia, to nie porcelanowe figurki, lecz nasze wyobrażenia o tym, gdzie kończy się design, a zaczyna sztuka.

Wystawa jest czynna do 25 października 2026 r.

Główne wnioski

  1. Projekty, które widzimy na wystawie „Rzeźba na meblościankę”, zostały opracowane w połowie lat 50. XX wieku w Instytucie Wzornictwa Przemysłowego w Warszawie przez zespół projektantów, w skład którego wchodzili: Henryk Jędrasiak, Mieczysław Naruszewicz, Hanna Orthwein i Lubomir Tomaszewski. I to ich prace oglądamy na wystawie. Te „kameralne rzeźby” szybko trafiły nie tylko do polskich mieszkań, ale także na eksport i zrobiły wręcz furorę za granicą.
  2. Rozpiętość cen jest ogromna. Zależy od rzadkości modelu, wariantu malatury, wytwórni, stanu zachowania i proweniencji. Na aukcji z 19 kwietnia 2024 roku porcelanowy „Dzik” Naruszewicza osiągnął niemal 2,6 tys. zł, ponad dziesięciokrotność ceny wywoławczej. W październiku tego samego roku „Zebra” Naruszewicza została sprzedana za 2,9 tys. zł. Szczególny, pochodzący z likwidowanej wzorcowni ćmielowskiej egzemplarz „Łabędzia” Hanny Orthwein poszedł przy trzecim uderzeniu aukcyjnego młotka za około 6 tys. zł – dwukrotnie przebijając cenę wywoławczą. W marcu 2025 roku „Meksykanka” Lubomira Tomaszewskiego została sprzedana za ok. 7,2 tys. zł. Prawdziwym rekordowym lotem okazały się natomiast „Gołębie” Henryka Jędrasiaka. W marcu 2023 roku na aukcji DESA Unicum osiągnęły około 45 tys. zł.
  3. Tak gwałtowny wzrost cen najlepiej pokazuje zmianę sposobu myślenia. Kolekcjonerzy nie kupują już nostalgii za PRL-em. Kupują po prostu dobrą rzeźbę. Z pewnością nie bez znaczenia jest także moda na vintage, powrót estetyki z czasów PRL-u, który zaczęto doceniać za pomysły projektowe i wzornictwo.