Założył Booksy, ale pilnuje swojego ego. „Nie chciałbym, żeby przekreśliło to, na co pracowałem przez lata”

Stefan Batory lubi długie dystanse. W biznesie i sporcie. Biegał w ultramaratonach, ale odpuścił, gdy zbyt mocno zawiązane sznurówki uszkodziły ścięgno i musiał zejść z trasy. Tak jak w Booksy. Swojemu zespołowi powiedział: „jeśli kiedykolwiek stanę się przeszkodą dla rozwoju firmy, chcę o tym usłyszeć”. 

Stefan Batory, prezes Booksy
Stefan Batory, współzałożyciel i prezes Booksy, wprowadził startup na międzynarodowe rynki. Nie była to łatwa i spokojna droga – były sukcesy, ale także błędy i kryzysy. Fot. Michał Szlaga, stylizacja Dagmara Łojek

Ten artykuł jest częścią GQ The Business Issue powered by XYZ.

Przeczytaj inne teksty
Loading the Elevenlabs Text to Speech AudioNative Player...

Audio generowane przez AI. Może zawierać błędy.

Dziś trudno w to uwierzyć, ale jeszcze ponad dekadę temu słowo „startup” rzadko pojawiało się w polskim języku. Własny biznes technologiczny częściej kojarzył się z eksperymentem niż przemyślaną ścieżką kariery. Świat współczesnych innowacji dopiero się rodził. Przyciągał. Tych, którzy mieli pomysły. I tych, którzy byli gotowi postawić na nie pieniądze.

Stefan Batory, wówczas trzydziestoparolatek, świetnie odnajdywał się w tej przestrzeni – pomysłów mu nie brakowało. Ani chęci do łamania schematów. Współtworzył dwie znane spółki i zarządzał nimi. W iTaxi namawiał Polaków by, zamiast dzwonić po taksówkę, zamawiali ją przez aplikację, w Booksy – by zarezerwowali wizytę u fryzjera, kosmetyczki czy fizjoterapeuty. Dziś jest skoncentrowany wyłącznie na Booksy, które wyrosło już z fazy startupu.

Pracuję z domu w Miami

Spotykamy się w warszawskim biurze firmy, na 28. piętrze jednego z nowoczesnych, przeszklonych biurowców. Z każdej strony obłędny widok na stolicę. Przy recepcji na ścianie wiszą plakaty z hasłami: „Learn fast”, „Challenge limits”, „Take ownership”. Bliższe są amerykańskiej niż polskiej mentalności. Wita mnie Claire.

Przyjechała ze względu na wizytę Stefana. To ona organizuje jego kalendarz i „zarządza jego energią”.

Booksy jest dziś firmą międzynarodową. Działa m.in. w Wielkiej Brytanii, Francji, Hiszpanii, Polsce, Brazylii, Australii i oczywiście USA. Z aplikacji korzysta ponad 60 milionów ludzi. Dla blisko 200 tysięcy salonów beauty jest narzędziem do organizacji pracy i kontaktu z klientami.

– Biuro w Warszawie powstało po pandemii. Miejsce wybrał polski zespół. Pierwszy raz widziałem je pół roku po otwarciu. W USA nie mamy biura, funkcjonujemy zdalnie. Ja pracuję z domu w Miami. Zatrudniamy międzynarodowy zespół, a biuro ograniczałoby dostęp do talentów. W Polsce spędzam dwa miesiące w roku – wyjaśnia Stefan Batory.

Wyznaje zasadę, że zarząd powinien być tam, gdzie firma jest najbardziej aktywna. Pozwala to wyłapywać nowe trendy. A to, co rodzi się w Ameryce, zwykle rozlewa się potem na resztę świata.

– Trzeba się zanurzyć w kulturze i codzienności lokalnej społeczności, żeby wiedzieć, czym żyje w danym momencie. Obecność w USA to także jasny przekaz – amerykański rynek jest dla nas kluczowy – mówi Stefan Batory.

Jak na tamte czasy byłem dość butny.

Kiedyś kupię Treatwella

– Celem jest wygrać Stany Zjednoczone. Wyznacznik: przewaga nad największymi konkurentami. Jesteśmy numerem jeden, ale z wciąż niedużą przewagą – mówi Stefan Batory.

Kolejna akwizycja?

– Do tanga trzeba dwojga. Na razie na rynku nie ma firmy, która pasowałaby do naszego profilu i skali działania, a jednocześnie byłaby wystawiona na sprzedaż – mówi Stefan Batory.

Booksy powstało w pierwszej fali inwestycji w polskie startupy. Ponad dekadę temu „american dream” chciał spełnić każdy startupowiec, ale brakowało doświadczenia w rozwijaniu technologicznych firm za granicą, kontaktów i kapitału. Z dzisiejszej perspektywy ówczesne wyobrażenia o tym, jak może wyglądać sukces, były skromne.

– Jak na tamte czasy byłem dość butny. Po jednej z konferencji w Niemczech, na której krótko prezentowałem startup Booksy, prezeska tamtejszej firmy notowanej na giełdzie zapytała, czy moją ambicją jest sprzedać biznes brytyjskiemu Treatwellowi. Wtedy była to największa platforma rezerwacji usług beauty. Odpowiedziałem: „Nie! To ja kiedyś kupię Treatwella” – wspomina Stefan Batory.

Po latach na wspólnych rynkach Booksy znacząco wyprzedziło rywala. Czy przejęcie nadal wchodzi w grę? Niekoniecznie. Treatwell działa też w krajach, które nie wpisują się w strategię rozwoju Booksy.

Rozmawiając z globalnymi funduszami, zaniżaliśmy nasze prognozy sprzedaży, tempo wzrostu i skalę zagranicznej ekspansji. A amerykańskie startupy entuzjastycznie kreśliły wizje rozwoju.

Ludzie, kultura, rekrutacja

W USA Stefan Batory i jego zespół musieli wiele się nauczyć. Różnice kulturowe. Inny styl pracy. Odmienne podejście do wykonywania zadań. Silna koncentracja na specjalizacjach.

– Źle rekrutowaliśmy, ściągaliśmy niewłaściwe osoby, źle budowaliśmy zespoły. Ludzie albo nie byli w stanie realizować projektów, albo sami od nas odchodzili, widząc, co nie działa – przyznaje Stefan, który Booksy współtworzył z Konradem Howardem, podobnie jak wcześniej iTaxi i dwa software house’y – mówi Stefan Batory.

W kontaktach z inwestorami brakowało im amerykańskiego „the sky is the limit”. Polskie fundusze patrzyły wówczas na spółki przez pryzmat możliwego do zrealizowania minimum, a nie maksimum. 

– Przyzwyczailiśmy się do tego. Rozmawiając z globalnymi funduszami, zaniżaliśmy nasze prognozy sprzedaży, tempo wzrostu i skalę zagranicznej ekspansji. A amerykańskie startupy entuzjastycznie kreśliły wizje rozwoju. Przegrywaliśmy, nawet jeśli to my byliśmy bliżej realnych możliwości – przyznaje Stefan Batory.

Z czasem, przy wsparciu poznawanych w USA osób, spółka zaczęła zdobywać zaufanie rynku i inwestorów. Rosła. Skalowanie firmy wymagało jednak nie tylko zmiany myślenia o rynku. Stefan Batory musiał zmienić także siebie.

Stefan Batory, prezes Booksy
Stefan Batory, prezes Booksy, zapowiada, że kolejna runda finansowania będzie rozważana tylko wówczas, jeśli nie pojawi się okazja do przejęcia rywala z rynku. Nie ma w planie także sprzedaży firmy. Fot. Michał Szlaga, stylizacja Dagmara Łojek

Kto czyta w myślach

W swoich pierwszych firmach miał opinię szefa wymagającego, a w oczach niektórych wręcz zamordysty. Teraz patrzy na ten etap z dużym dystansem i pokorą.

– Byłem wobec siebie bardzo krytyczny. Oprócz tego nie potrafiłem motywować ludzi ani wspierać ich w rozwoju zawodowym. Do dziś nie zawsze umiem jasno powiedzieć, czego oczekuję. Czasem chyba zakładam, że będą czytać mi w myślach. Trochę przerysowuję, ale rzeczywiście niełatwo się ze mną pracuje. Najtrudniej jest oceniać samego siebie. Wciąż uczę się balansu. Z kogoś, kto był zamordystą, stałem się kimś, kto daje ludziom zbyt dużo wolności i przestrzeni do popełniania błędów. Nie zmienia to faktu, że muszę reagować, gdy Booksy zbacza z kursu – mówi Stefan Batory. 

Mieli przed sobą jedną z trzech dróg: kolejną dużą pulę kapitału pozyskaną od inwestorów, giełdę albo sprzedaż biznesu. To naturalne w życiu firmy, która przez lata korzystała z pieniędzy inwestorów. W końcu oczekują zwrotu z włożonego kapitału. Dotąd Booksy pozyskało od globalnych inwestorów około 120 mln dolarów.

Dwa lata temu firma miała szczęście. Fundusze wzrostowe – kanadyjski Inovia Capital i norweski Verdane – odkupiły pakiety udziałów od inwestorów, którzy weszli do spółki na wcześniejszym etapie jej rozwoju.

Z kogoś, kto był zamordystą, stałem się kimś, kto daje ludziom zbyt dużo wolności i przestrzeni do popełniania błędów.

– Dość dobrze uporządkowaliśmy cap table [strukturę udziałową spółki – przyp. red.], więc decyzji o wyborze dalszej drogi nie musimy podejmować już dziś. Zyskaliśmy kilka lat – mówi Stefan Batory.

Jednym z niegdyś zapowiadanych scenariuszy była giełda w USA. Na razie Booksy jest jednak na to za małe.

– Pewnie na polskiej giełdzie bylibyśmy grubszą rybą, w USA raczej planktonem – mówi Stefan Batory.

Choć w USA spółka weszła na poziom lidera, walczy o wzrost, nawet dziesięciokrotny. Booksy od trzech lat jest rentowne.

– Kiedyś myślałem, że ten rozwój będzie szybszy. I nie szukam nabywcy dla Booksy. Kolejna runda finansowania? Tylko jeśli na horyzoncie pojawi się szansa na dużą akwizycję – podkreśla Stefan Batory.

Kilka miesięcy temu ze spółki wycofał się Konrad Howard. Sprzedał już swoje udziały jednemu z jej inwestorów. Przygotowywali się do tego od trzech lat.

Pewnie na polskiej giełdzie bylibyśmy grubszą rybą, w USA raczej planktonem.

Ile dźwiga organizm

Stefan Batory nauczył się już, że po intensywnym biegu przychodzi czas na regenerację. Takie samo podejście ma do prowadzenia firmy. Doświadczył wyczerpania, kiedy na początkowym etapie Booksy rozwijał je równolegle z zarządzaniem iTaxi. Inwestorzy naciskali, by skupił się na jednym przedsięwzięciu – każdy wskazywał swoje.

– Mój organizm tego nie udźwignął. Przez trzy miesiące ograniczyłem pracę do połowy etatu. Konrad przejął większość moich obowiązków w Booksy – opowiada Stefan Batory.

Potem pojawiały się konflikty i napięcia.

– Jeden z inwestorów powiedział mi: „Stefan, wiesz, jak ten układ działa? My dajemy pieniądze, ty dajesz krew, pot i łzy, a ja nie widzę wystarczająco dużo krwi, potu i łez. Dociśnij mocniej”. Ta relacja z czasem stała się męcząca dla nas obu. Ostatecznie sprzedał swoje udziały i nasze drogi się rozeszły – mówi przedsiębiorca.

Kolejna próba przyszła w 2022 roku. Wybuch wojny w Ukrainie, wzrost stóp procentowych i gwałtowne pogorszenie warunków na rynku finansowania startupów zmieniły oczekiwania inwestorów. Stefan Batory liczył na kolejny zastrzyk kapitału, ale w tamtym okresie Booksy nie miało na to szans.

Stefan, wiesz, jak ten układ działa? My dajemy pieniądze, ty dajesz krew, pot i łzy, a ja nie widzę wystarczająco dużo krwi, potu i łez. Dociśnij mocniej.

– Napięcie z inwestorami było duże. W efekcie musieliśmy zredukować zespół o blisko 40 proc. Część menedżerów wróżyła koniec firmie i odeszła, z częścią sam się pożegnałem. Musiałem przebudować zarząd. Przez półtora roku praktycznie sam prowadziłem spółkę. Doszedłem do własnej fizycznej i psychicznej granicy. Opanowałem kryzys i wziąłem trzymiesięczny urlop – opowiada Stefan Batory.

Postawiłem na rentowność

To nie był pierwszy raz, kiedy Booksy musiało zmierzyć się z falą zwolnień. W czasie pandemii pracę straciło 75 proc. zespołu. Lockdown objął właściwie wszystkie rynki, na których działała firma. Z dnia na dzień zamknęły się salony fryzjerskie, studia kosmetyczne i inne miejsca, których klienci umawiali wizyty przez Booksy. 

Historia Booksy pokazuje jednocześnie szansę i pułapkę modelu finansowania startupów przez inwestorów. A Stefan Batory niejednokrotnie przyznawał, że wzrost Booksy bywał zbyt agresywny. Z perspektywy czasu wskazuje też na własne błędy w zarządzaniu.

– Wybuch pandemii uznałem za niezwykle rzadkie zjawisko. Napompowałem balonik kolejną, dużą rundą finansowania. Wnioski wyciągnąłem po 2022 roku, gdy balonik pękł. Cykle koniunkturalne są powtarzalne, a przy obecnej skali naszej działalności szarżowanie jest już nierozsądne. Postawiłem na rentowność. Inwestujemy „punktowo” z własnych środków i szybko wracamy na tor przychodowy. Mamy też pewną rezerwę finansową – zaznacza Stefan Batory.

We wrześniu 2026 r., kilka tygodni po naszej rozmowie, Stefan Batory na swoim profilu na LinkedIn poinformował jednak o kolejnej reorganizacji w firmie. W biznesie postawił akcent m.in. na rozwój nowych technologii, w tym sztucznej inteligencji. W efekcie polski zespół, obsługujący także zagraniczne rynki, zredukował o 20 proc. Z Booksy pożegnało się około 200 osób.   

– Zmieniły się oczekiwania i profile osób, które chcemy zatrudniać – mówi Stefan Batory.

Stefan Batory, prezes Booksy
Zdaniem Stefana Batorego, prezesa Booksy, dziś młodzi założyciele firm startują z innego poziomu. Szybciej osiągają wyniki. Czy im zazdrości? Nie, dobrze czuje się w punkcie, w którym jest obecnie. Fot. Michał Szlaga stylizacja Dagmara Łojek

Przejście od startupu do scaleupu

Stefan Batory określa spółkę mianem scaleupu – nadal rosnącego szybciej niż tradycyjne przedsiębiorstwa, choć nie w tempie charakterystycznym dla firm nowej generacji, takich jak ElevenLabs. Jak mówi, dekadę temu tak samo Booksy, Docplannera czy Brainly trudno było porównywać z tradycyjnymi firmami. Międzynarodowy rozwój długo nie był dla Booksy oczywistością. Stefan Batory wielokrotnie słyszał, że spółce się nie uda. W USA walczył więc także z echem tych opinii i poczuciem szklanego sufitu.

– W Polsce wierzył w nas tylko fundusz Inovo.vc – mówi Stefan Batory.

Fundusz spieniężył już swoje udziały w spółce. Ile zarobił? Tego nie ujawniono. U zarządzających daje się jednak wyczuć zadowolenie. 

Według Stefana Batorego przedsiębiorcy jego pokolenia przecierali szlaki młodszym. Sami mieli trudniejszy dostęp do zagranicznego wykształcenia, specjalistów czy kontaktów. Dziś młodzi założyciele startują z innego poziomu. Szybciej osiągają wyniki.

– Nie da się cofnąć czasu i nie ma co zazdrościć... Tak samo w sporcie – jestem przed pięćdziesiątką i nie będę już biegał jak dwudziestolatek. Taka jest kolej życia i ja dobrze się czuję we własnej skórze – mówi Stefan Batory.

W biurze Booksy, przy recepcji, wisi plakat z grafiką bazującą na analizie startupowej społeczności Endeavor. Można na nim znaleźć firmy założone lub współtworzone przez byłych pracowników Booksy, a także te powstałe dzięki różnego rodzaju powiązaniom ze spółką. Na wzór „mafii PayPala” zjawisko to w środowisku określa się mianem „mafii Booksy”.

Nie da się cofnąć czasu i nie ma co zazdrościć... Tak samo w sporcie – jestem przed pięćdziesiątką i nie będę już biegał jak dwudziestolatek. Taka jest kolej życia i ja dobrze się czuję we własnej skórze.

– Cieszy mnie to bardzo. To oznaka naszego sukcesu – mówi Stefan Batory.

Nie podaje, ile obecnie warte jest Booksy. Nieformalnie mówiło się, że od dawna jest „jednorożcem” – a więc ponad miliard dolarów.

W młodości miałem słomiany zapał

Rodzice Stefana Batorego wierzyli, że zostanie naukowcem. Był przełom lat 80. i 90., komunizm mieszał się z raczkującym kapitalizmem. Jako nastolatek zaczął eksperymentować z komputerami. Tworzył „aplikacje”: cyfrową książkę adresową czy fiszki do nauki angielskiego.

– W młodości miałem słomiany zapał, ale dość wcześnie nauczyłem się konsekwentnie realizować projekty. Dyscyplina i cierpliwość to zasługa sportu. Trenowałem bez względu na deszcz, śnieg czy mróz. Zrozumiałem, że nawet mały postęp po każdym treningu z czasem przekłada się na lepszy wynik. Tak samo jest z biznesem i rozwojem osobistym – mówi Stefan Batory.

Jeśli nie mam już siły biec, to idę. Bo stanie w miejscu nie przybliża mnie do mety.

Czy jest dobrze zorganizowany?

– Zatrudniłem asystentkę. Claire zarządza moim czasem, spotkaniami, pracą, a przede wszystkim energią. Kiedy jestem przemęczony, a pogoda w Miami sprzyja, organizuje mi okno czasowe na surfowanie. I znów wrócę do sportu – współpracując z trenerem, osiągałem lepsze wyniki, niż ćwicząc samodzielnie – mówi Stefan Batory.

Z wyczynowego biegania w ostatnich latach zrezygnował. Przeszkodą okazała się choroba autoimmunologiczna. Znalazł jednak nową sportową pasję – foil, a właściwie kilka jego odmian: wing foil, wake foil i pump foil. Jeden bieg z przeszłości zapamiętał szczególnie – 212 kilometrów dookoła Balatonu. Nie ukończył go – zszedł z trasy między 140 a 150 kilometrem z powodu kontuzji. 

– Zbyt mocno zasznurowane buty uszkodziły ścięgno. Stan zapalny był tak silny, że nie mogłem już podnieść stopy. Nie chciałem rezygnować. Ciągnąłem za sobą nogę. W punkcie kontrolnym usłyszałem, że w takim tempie nie zdążę przed zamknięciem trasy. Wtedy odpuściłem – opowiada przedsiębiorca.

Bieganie nauczyło go dyscypliny i rutyny. Także tego, jak radzić sobie z dystansem, który na początku wydaje się niewyobrażalny.

– Stałem na starcie biegu na 212 kilometrów i myślałem: „To nierealne wyzwanie”. Pomagało dzielenie dystansu na mniejsze odcinki: sprawdzę, czy przebiegnę 50 kilometrów, potem może 60, a może 70. Kiedy już czułem zmęczenie, powtarzałem sobie: „Jeszcze tylko do następnego punktu kontrolnego”.

Nie ścigał się z innymi. Rywalizował z sobą. Miał prostą zasadę na najtrudniejsze momenty.

– Jeśli nie mam już siły biec, to idę. Bo stanie w miejscu nie przybliża mnie do mety – mówi Stefan Batory.

Przez blisko 12 lat biegania pokonał podczas treningów, jak szacuje, około 40 tys. kilometrów.

 – Pewnie obiegłem już Ziemię – podsumowuje Stefan Batory.

Dziś mówi, że w tej dyscyplinie czuje się spełniony. Sportową pasję przeniósł na wodę. W foilu pociąga go przede wszystkim nauka: doskonalenie techniki i zdobywanie nowych umiejętności. 

Podobnie patrzy dziś na Booksy. Zapewnia, że mógłby odejść ze spółki już teraz z poczuciem spełnienia.

Wie, że z czasem może stracić energię czy siłę potrzebną do dalszego prowadzenia firmy. Swojemu zespołowi powiedział: „Jeśli kiedykolwiek stanę się przeszkodą dla rozwoju Booksy, chcę o tym usłyszeć”.

– Odejdę i będę obserwował rozwój firmy z boku. Nie chciałbym, żeby moje ego przekreśliło to, na co pracowałem przez lata – mówi Stefan Batory.

Na razie jednak nie zamierza schodzić z trasy. Wciąż widzi przed Booksy kolejne 10 lat rozwoju i ma pomysł na to, jak je wykorzystać.

Meta, przynajmniej na razie, jest jeszcze daleko.

Dziękujemy centrum eventowo-konferencyjnemu LookUp! Events i Grupie Karimpol, właścicielowi biurowca Skyliner w Warszawie, za pomoc w realizacji sesji.