Kategoria artykułu: Sport

Nie reprezentują kraju urodzenia. Jak globalizacja zmieniła reprezentacje na mundialu?

Jeszcze kilkadziesiąt lat temu regułą było, że piłkarz zakładał koszulkę kraju, w którym się urodził, wychował i stawiał pierwsze piłkarskie kroki. Dziś ten obraz jest o wiele bardziej złożony. Futbol stał się odbiciem współczesnego świata: migracji i wielokulturowych rodzin.

Nie reprezentują kraju urodzenia. Jak globalizacja zmieniła reprezentacje na mundialu?
Michael Olise, jeden z liderów reprezentacji Francji na tym mundialu, składa się do strzału przewrotką. Gracz, który mógłby reprezentować także Anglię, Algierię i Nigerię, omal nie zdobył gola turnieju Fot. Getty Images

Z tego artykułu dowiesz się…

  1. Jak wielu piłkarzy reprezentuje inny kraj niż ten, w którym się urodzili.
  2. Na czym polegał fenomen Curaçao. 
  3. Czym, oprócz nietuzinkowych umiejętności, Michael Olise przykuł uwagę mediów.
Loading the Elevenlabs Text to Speech AudioNative Player...

Tegoroczny mundial pokazał tę zmianę najdobitniej. Raport „Development, talent, nationality and identity: how global football is reshaping national squads”, przygotowany przez LTT Sports, wskazuje, że aż 289 spośród 1248 graczy powołanych do 48 reprezentacji narodowych urodziło się poza krajem, który reprezentują. Oznacza to, że 23 proc. wszystkich uczestników mistrzostw świata przyszło na świat w innym państwie niż to, którego barw broniło na mundialu.

Jeszcze bardziej wymowny jest inny wskaźnik. Spośród 48 uczestników turnieju tylko osiem reprezentacji nie miało ani jednego piłkarza urodzonego za granicą. W pozostałych czterdziestu przypadkach selekcjonerzy korzystali z futbolistów wychowanych na obczyźnie.

Karaibski fenomen

Najbardziej spektakularnym przykładem pozostaje Curaçao. Spośród 26 piłkarzy powołanych na mundial aż 25 urodziło się... w Holandii. Nie jest to jednak efekt masowych naturalizacji, lecz konsekwencja historii. Curaçao jest autonomicznym krajem wchodzącym w skład Królestwa Niderlandów, a liczna diaspora od pokoleń mieszka właśnie w Europie.

Pod względem liczby zawodników urodzonych poza granicami kraju czołówka wygląda następująco:

Curaçao – 25

Demokratyczna Republika Konga – 20

Maroko – 19

Bośnia i Hercegowina – 17

Haiti – 17

Algieria – 16

Za tymi liczbami kryją się jednak zupełnie różne historie. O ile w przypadku Curaçao zdecydowana większość piłkarzy wychowała się w Holandii, Maroko z kolei korzysta z niezwykle rozproszonej diaspory. W jego kadrze znajdują się piłkarze urodzeni we Francji, Hiszpanii, Belgii, Holandii, a nawet Kanadzie. Każdy z nich przeszedł własną drogę do reprezentacji, ale wspólnym mianownikiem pozostają rodzinne korzenie.

Jak podkreśla Olivier Jarosz z LTT Sports, współautor raportu, właśnie to odróżnia współczesny futbol od prostego pojęcia naturalizacji.

– To nie jest historia o piłkarzach kupowanych przez federacje. Większość tych zawodników ma autentyczne więzi rodzinne z krajem, który reprezentuje. Mówimy o dzieciach i wnukach imigrantów, którzy dorastali w różnych częściach świata, ale zachowali silną więź z krajem swoich rodziców lub dziadków. Globalizacja sprawiła, że coraz więcej futbolistów ma dziś nie dwa, lecz trzy albo nawet cztery możliwe wybory reprezentacyjne. To zupełnie nowa rzeczywistość w światowym futbolu.

Wbrew pozorom to nie jest nowe zjawisko

Choć liczby osiągnęły bezprecedensowy poziom, sama możliwość gry dla różnych reprezentacji nie narodziła się w XXI wieku. Wręcz przeciwnie. Powojenna Europa znała wiele podobnych przypadków. Ferenc Puskás, legenda węgierskiego futbolu, po wybuchu powstania węgierskiego w 1956 roku zakończył reprezentacyjną karierę na Węgrzech i później występował już wyłącznie w barwach Hiszpanii.

Jeszcze bardziej niezwykła była historia László Kubali. Jeden z najwybitniejszych piłkarzy swojej epoki reprezentował kolejno Czechosłowację, Węgry i Hiszpanię. Dzisiaj byłoby to praktycznie niemożliwe, ale w latach czterdziestych i pięćdziesiątych FIFA nie miała jeszcze precyzyjnych regulacji dotyczących zmiany barw narodowych. Podobnie wyglądała droga Alfredo Di Stéfano. Urodzony w Buenos Aires napastnik strzelał gole dla Argentyny, następnie Kolumbii, a ostatecznie został graczem reprezentacji Hiszpanii. W tamtych czasach futbol dopiero wdrażał się do funkcjonowania w powojennej Europie, gdzie pojawiło się zjawisko migracji.

Olivier Jarosz zwraca uwagę, że współczesny mundial nie stworzył nowego zjawiska – raczej nadał mu zupełnie nową skalę.

– Kiedy porównaliśmy dane z obecnego mundialu z turniejami sprzed II wojny światowej, okazało się, że udział piłkarzy urodzonych poza krajem przez nich reprezentowanym wynosił wówczas zaledwie około 3-4 proc. Dzisiaj mówimy już o dwudziestu trzech procentach. To pokazuje tempo zmian i skalę globalizacji piłki nożnej. Samo zjawisko istniało wcześniej, ale nigdy nie było tak powszechne – podkreśla ekspert LTT Sports.

Mundial to lustro współczesnego świata

Dzisiejszy futbol jest odbiciem procesów zachodzących od dziesięcioleci. Rodziny migrowały na przestrzeni lat z Afryki do Europy Zachodniej czy z Karaibów do Holandii. Dzieci imigrantów dorastały już w nowych krajach, chodziły do tamtejszych szkół, trenowały w lokalnych akademiach, mówiły innym językiem niż ich rodzice. Jednak w domu nadal funkcjonowała druga kultura, druga historia i często drugi paszport.

Dlatego obecnie piłkarz aspirujący do gry w drużynie narodowej coraz częściej staje przed jednym z najtrudniejszych wyborów w karierze? Nie chodzi wyłącznie o sport. To decyzja dotycząca własnej tożsamości.

– Coraz częściej federacje nie konkurują już o piłkarzy mających dwa obywatelstwa. Mamy futbolistów, którzy mogą wybierać spośród trzech albo nawet czterech reprezentacji. To pokazuje, jak bardzo zmienił się świat. Paradoks polega na tym, że w epoce globalizacji mistrzostwa świata pozostają turniejem narodowym. Dlatego pytanie o tożsamość zawodników staje się jeszcze bardziej aktualne – zauważa Olivier Jarosz.

Od Luisa Montiego do Michaela Olise

Na pierwszy rzut oka może się wydawać, że piłkarze wybierający dziś spośród kilku reprezentacji są produktem globalizacji. Jednak sama możliwość zmiany barw narodowych ma historię niemal tak długą jak mistrzostwa świata.

Kiedy FIFA powstała w 1904 roku, w ogóle nie było przepisów regulujących kwestie reprezentowania państw. Organizacja zajmowała się przede wszystkim nadzorowaniem rozgrywek, natomiast sprawy obywatelstwa pozostawiano krajowym federacjom. W praktyce oznaczało to, że przez pierwsze dekady XX wieku piłkarze mogli reprezentować kraj, który po prostu wybrali. Najbardziej spektakularnym przykładem pozostaje Luis Monti.

Argentyński pomocnik był jedną z największych gwiazd pierwszego mundialu w 1930 roku. Doprowadził Argentynę do finału, w którym „Albicelestes” ulegli Urugwajowi. Cztery lata później świat zobaczył jednak coś niewyobrażalnego z dzisiejszej perspektywy. Monti ponownie wystąpił w finale mistrzostw świata, ale już w koszulce... faszystowskich Włoch. Tym razem zdobył złoty medal. Do dziś pozostaje jedynym piłkarzem w historii, który zagrał w finałach mistrzostw świata dla dwóch różnych reprezentacji.

FIFA powiedziała stop

Rosnąca liczba podobnych przypadków sprawiła, że FIFA zdecydowała się uporządkować sytuację. Przełom nastąpił w 1962 roku. Wtedy wprowadzono zasadę, zgodnie z którą piłkarz musi mieć obywatelstwo kraju, który reprezentuje. Jednocześnie odebrano możliwość swobodnego przechodzenia pomiędzy reprezentacjami w trakcie kariery.

Od tej pory zawodnik mógł zagrać tylko dla jednej seniorskiej reprezentacji. Wyjątki dotyczyły jedynie sytuacji niezależnych od piłkarza. Po rozpadzie Związku Radzieckiego czy Jugosławii gracze mogli wybrać nowo powstałe państwa, ponieważ zmieniła się ich sytuacja prawna. Na tym jednak ewolucja przepisów się nie zakończyła. W 2004 roku FIFA ponownie zmodyfikowała regulacje. Futbolistom pozwolono zmieniać reprezentację po występach w drużynach młodzieżowych. Jednocześnie wprowadzono pojęcie „wyraźnego związku z państwem”.

Takim związkiem mogło być:

  • urodzenie jednego z rodziców w danym kraju,
  • miejsce narodzin dziadków,
  • albo kilkuletnie zamieszkanie na jego terytorium.

Początkowo wymagany okres pobytu wynosił dwa lata, później wydłużono go do pięciu. Obecnie zawodnik może również zmienić reprezentację po rozegraniu maksymalnie trzech meczów seniorskich przed ukończeniem 21. roku życia, o ile spełnia pozostałe kryteria. Przepisy miały zapobiegać sztucznym naturalizacjom, jednocześnie uwzględniając realia coraz bardziej mobilnego świata.

Powołanie przez... LinkedIna

Globalizacja futbolu pisze historie, których nie wymyśliłby żaden scenarzysta. Jedna z nich wydarzyła się w amerykańskim mundialu. Roberto Lopes, obrońca Shamrock Rovers, urodził się w Dublinie. Jego ojciec pochodzi z Republiki Zielonego Przylądka (Cabo Verde). W 2018 roku selekcjoner Rui Águas postanowił skontaktować się z nim w najbardziej nieoczywisty sposób. Napisał wiadomość na... LinkedInie. Lopes, który wtedy pracował w banku, był przekonany, że to internetowy spam. Nie odpisał. Minęły miesiące. Dopiero później zorientował się, że rzeczywiście kontaktowała się z nim federacja piłkarska Cabo Verde.

– Pomyślałem wtedy, że zachowałem się okropnie niegrzecznie – wspominał później w rozmowie z BBC Sport.

Ostatecznie przyjął powołanie. Kilka lat później został jednym z bohaterów bezbramkowego remisu Cabo Verde z mistrzami Europy – Hiszpanią – podczas World Cup 2026. Jeszcze kilkanaście lat temu taka historia byłaby niemożliwa. Dziś jest symbolem futbolu epoki mediów społecznościowych.

Rodziny podzielone przez reprezentacje

Jeszcze bardziej niezwykłe bywają historie rodzin. Podczas tegorocznego mundialu pojawiły się aż cztery pary braci reprezentujących różne państwa. Najgłośniejszy był przypadek Désiré i Guéla Doué. Pierwszy wybrał Francję, drugi Wybrzeże Kości Słoniowej. Podobnie wygląda sytuacja Nico i Iñakiego Williamsów. Jeden zdecydował się na Hiszpanię, drugi reprezentuje Ghanę.

Harry Souttar gra dla Australii, natomiast jego brat John wybrał Szkocję. Do tego dochodzą przyrodni bracia Derrick Luckassen i Brian Brobbey, którzy reprezentują odpowiednio Ghanę i Holandię. Jeszcze przed obecnym mundialem podobna sytuacja zdarzyła się zaledwie dwa razy. Oba przypadki dotyczyły braci Boatengów. Kevin-Prince reprezentował Ghanę. Jérôme grał dla Niemiec. Co więcej, podczas mundiali w 2010 i 2014 roku stanęli naprzeciw siebie na boisku. Jeszcze kilkanaście lat temu wydawało się to wydarzeniem wyjątkowym. Dzisiaj staje się kolejnym dowodem na to, jak bardzo zmienił się świat piłki nożnej.

Nie tylko paszport. Chodzi o tożsamość

Jak podkreśla Olivier Jarosz, w debacie o reprezentacjach zbyt często sprowadza się temat wyłącznie do kwestii obywatelstwa. Tymczasem większość graczy wychowuje się między kilkoma kulturami.

– To nie jest wybór między dwoma paszportami, lecz między dwoma domami, dwoma językami, dwiema rodzinami i dwiema historiami. Dlatego nie można patrzeć na takie decyzje wyłącznie przez pryzmat sportowy. Dla wielu piłkarzy jest to jedna z najtrudniejszych decyzji w życiu – uważa ekspert LTT Sports.

Jednocześnie Olivier Jarosz zauważa, że rozszerzenie mundialu do 48 drużyn oraz Pucharu Narodów Afryki do 24 uczestników zmieniło sposób myślenia wielu piłkarzy.

– Dziś gracz mający korzenie w Beninie, Kongu czy Komorach widzi znacznie większą szansę występu w wielkim turnieju niż jeszcze kilkanaście lat temu. To także wpływa na decyzje o wyborze reprezentacji. Mundial i Puchar Narodów Afryki stały się bardziej dostępne dla wielu federacji, a więc również bardziej atrakcyjne dla futbolistów mających kilka obywatelstw.

I właśnie dlatego w XXI wieku federacje przestały biernie czekać na zgłoszenia piłkarzy. Zaczęły aktywnie walczyć o talenty rozsiane po całym świecie.

Jak inspiruje Maroko?

Jeżeli jest jedna reprezentacja, która najlepiej pokazuje, jak bardzo zmienił się światowy futbol, to jest nią Maroko.

– Maroko było pierwszym krajem afrykańskim, który postanowił nie opierać się wyłącznie na diasporze. Z inicjatywy króla Mohammeda VI powstała Akademia Mohammed VI, czyli centralny ośrodek szkolenia młodzieży. To nie była inicjatywa federacji, lecz element szerszej strategii państwa dotyczącej rozwoju futbolu. Efekty takiego projektu pojawiają się dopiero po latach, ale dziś widać, że była to decyzja przełomowa.

Akademia Mohammed VI od początku miała przypominać najlepsze europejskie ośrodki szkolenia. Nieprzypadkowo przy jej tworzeniu korzystano z doświadczeń francuskiej Clairefontaine. Jedną z najważniejszych postaci projektu został Nasser Larguet – szkoleniowiec od lat pracujący we Francji, później związany również z federacją saudyjską.

Celem było stworzenie miejsca, które będzie „produkowało” własnych reprezentantów, zamiast wyłącznie liczyć na piłkarzy wychowanych za granicą. Po kilkunastu latach efekty są widoczne. Coraz więcej piłkarzy reprezentacji Maroka wywodzi się właśnie z krajowego systemu szkolenia. Jednocześnie federacja nie zrezygnowała z drugiego filaru swojej strategii. Wręcz przeciwnie. Jeszcze mocniej go rozbudowała.

– Maroko stworzyło jedną z najlepiej funkcjonujących baz danych piłkarzy pochodzenia marokańskiego na świecie. Federacja dokładnie wie, którzy gracze mają marokańskich rodziców, dziadków czy dalsze korzenie. Skauci pracują przede wszystkim we Francji, Belgii i Holandii, ale również w innych krajach Europy. To nie jest przypadkowa działalność, lecz bardzo profesjonalny system obserwacji – mówi Olivier Jarosz.

Niesamowita skuteczność

Nasz rozmówca zwraca uwagę na istotny aspekt.

– Marokańska federacja potrafi kontaktować się z rodzinami, które od pokoleń mieszkają w Holandii i których podstawowym językiem jest już niderlandzki. To pokazuje skalę przygotowania całego projektu. Nie chodzi wyłącznie o obserwowanie piłkarza. Chodzi również o zrozumienie jego środowiska i przekonanie całej rodziny.

Dotarcie do półfinału mundialu w Katarze sprawiło, że Maroko przestało być egzotycznym wyborem.

– Sukces w Katarze miał ogromne znaczenie. Wielu młodych piłkarzy zobaczyło, że reprezentowanie Maroka nie oznacza rezygnacji z najwyższego poziomu sportowego. Wręcz przeciwnie – może być drogą do wielkich sukcesów – uważa Olivier Jarosz.

Jednym z najgłośniejszych nazwisk ostatnich miesięcy został Ayyoub Bouaddi. Jeszcze w marcu był kapitanem reprezentacji Francji do lat 21. Przeszedł pełne szkolenie w systemie francuskiej federacji.

Przez ekspertów był uznawany za jednego z kandydatów do gry w seniorskiej reprezentacji „Trójkolorowych”. Mimo to wybrał seniorską kadrę Maroka i błysnął także w tegorocznym mundialu. Bouaddi był jednym z obiecujących graczy we francuskich kadrach młodzieżowych. Jednak Guy Stéphan, drugi trener reprezentacji Francji, pytany o tego piłkarza, powiedział, że niestety nie było miejsca dla niego w składzie dorosłej drużyny narodowej „Trójkolorowych”.

– Były selekcjoner Walid Regragui wielokrotnie podkreślał, że nie chciał piłkarzy wybierających Maroko wyłącznie dlatego, że nie mieli już szans na grę dla Francji czy Hiszpanii. Federacja stara się przekonywać futbolistów jak najwcześniej. Chodzi o autentyczne poczucie przynależności, a nie sportowy oportunizm – mówi Olivier Jarosz.

Nigdy nie będę żałował tej decyzji

Podobny proces obserwujemy również w Senegalu. Jednym z najbardziej znamiennych przykładów jest Ibrahim Mbaye. Jeszcze do niedawna przechodził wszystkie szczeble reprezentacji młodzieżowych Francji. Uważano go za przyszłego reprezentanta „Les Bleus”. W wieku zaledwie siedemnastu lat ogłosił jednak, że będzie reprezentował Senegal – kraj swojej matki.

– Nigdy nie będę żałował tej decyzji. To był wybór serca – tłumaczył później w rozmowie z senegalską telewizją RTS.

Na mundialu historia dopisała do tego wyjątkowy rozdział. W meczu z Francją Mbaye zdobył bramkę właśnie przeciwko krajowi swojego urodzenia. Senegal przegrał 1:3, ale symbolika tego trafienia była ogromna.

Oczarował Francuzów, a jest... Londyńczykiem

Michael Olise zachwyca cały świat łatwością, z jaką kreuje okazje bramkowe i finezją oraz brawurą, która wpędza w tarapaty jego rywali. Język francuski nie jest jednak jego mocną stroną. Mówi poprawnie, ale z wyraźnym zakłopotaniem. Szuka słów, czasami przechodzi na angielski. Naturalnym językiem jednej z największych gwiazd mundialu pozostaje angielski.

Olise urodził się w londyńskiej dzielnicy White City, wychował się w Hayes, na zachodzie stolicy Anglii, a pierwsze piłkarskie kroki stawiał w akademii Reading. To właśnie tam kształtował się jako zawodnik, zanim trafił do Crystal Palace, a później, broniąc barw Bayernu Monachium, stał się jednym z najbardziej pożądanych skrzydłowych Europy.

Jego droga do reprezentacji Francji nie była jednak oczywista. Wręcz przeciwnie. Olise jest uosobieniem współczesnego futbolu. Matka piłkarza pochodzi z Francji i ma również algierskie korzenie. Ojciec wywodzi się z Nigerii. Sam piłkarz, jako się rzekło, urodził się i wychował w Anglii. W praktyce oznaczało to, że mógł reprezentować aż cztery państwa – Francję, Anglię, Algierię oraz Nigerię.

Jak zauważa Olivier Jarosz, jeszcze kilkanaście lat temu podobne historie należały do rzadkości. Dziś są codziennością.

– Michael Olise jest jednym z najlepszych przykładów współczesnego futbolu. Dorastał w Anglii, angielski jest jego pierwszym językiem, francuskiego cały czas się uczy, a mimo to wybrał reprezentację Francji. Mógł przecież zdecydować się również na Anglię, Nigerię czy Algierię. Dzisiaj coraz więcej piłkarzy ma przed sobą nie dwa, lecz trzy albo cztery możliwe wybory reprezentacyjne. To pokazuje, jak bardzo zmienił się świat. A Francuzi żartują, że Olise uwielbia angielski rap i fish and chips.

Nie bez znaczenia była również determinacja rodziny. Jak przypomina nasz rozmówca, matka Olise sama kontaktowała się z francuską federacją, zabiegając o to, by syn znalazł się w kręgu zainteresowań skautów.

Na boisku nikt już nie zastanawia się, gdzie urodził się Olise. Niewiele brakowało, by zapisał się również w historii turnieju. W jednym z meczów oddał efektowny strzał przewrotką, po którym piłka minimalnie minęła bramkę. Wielu ekspertów zgodnie przyznało, że gdyby futbolówka znalazła drogę do siatki, byłby to kandydat do gola całego mundialu.

Francja już się do tego przyzwyczaiła

Z raportu LTT Sports wynika, że nadzwyczajna koncentracja talentów w regionie paryskim wynika ze szczególnej sytuacji. Île-de-France, a zwłaszcza Seine-Saint-Denis, jest często opisywane jako opuszczone terytorium naznaczone nierównością i miejskimi gettami, ale rzeczywistość jest inna. Ze sportowego punktu widzenia jest też wiele obiektów, boisk, siłowni, basenów i dobrych wychowawców.

Dane „The Athletic” pokazują również, że największym „eksporterem” reprezentantów na mundial pozostaje Francja. Aż 98 piłkarzy uczestniczących w turnieju urodziło się właśnie tam, choć wielu z nich występuje dla innych reprezentacji. Na kolejnych miejscach znalazły się Holandia (67 zawodników), Niemcy (49), Anglia (48), Belgia (36), Hiszpania (36) i Szwecja (34) co dobrze obrazuje skalę emigracji oraz znaczenie europejskich systemów szkolenia dla światowego futbolu.

Liczby nie kłamią

– Francuska federacja zaakceptowała, że nie jest w stanie zatrzymać wszystkich swoich talentów. Skala szkolenia jest tak ogromna, że część piłkarzy będzie wybierała inne reprezentacje. Dla Francji najważniejsze jest utrzymanie tych absolutnie najlepszych. Reszta staje się naturalnym elementem współczesnego futbolu – tłumaczy Olivier Jarosz.

Nie oznacza to jednak, że temat całkowicie zniknął. Francja nadal traci zawodników. Część wybiera Maroko, a inni Algierię, Senegal, Wybrzeże Kości Słoniowej czy Demokratyczną Republikę Konga. Luca Zidane, syn legendarnego Zinédine'a Zidane'a, to bramkarz reprezentacji Algierii, który w jednym z wywiadów przyznał, że od zawsze czuje się Algierczykiem. A przecież urodził się w pobliżu Marsylii, wychowywał w Hiszpanii, z Algierią łączą go przede wszystkim rodzinne, kabylskie korzenie.

Główne wnioski

  1. Jednym z najbardziej charakterystycznych obrazów mundialu 2026 jest różnorodność reprezentacji narodowych. Aż 289 z 1248 piłkarzy, czyli 23 proc. wszystkich uczestników turnieju, wystąpiło dla kraju innego, niż miejsce swojego urodzenia. Co więcej, tylko osiem z 48 reprezentacji nie miało w kadrze ani jednego zawodnika urodzonego poza granicami państwa, którego barw bronił.
  2. Najbardziej niezwykłym przykładem pozostaje Curaçao. Spośród 26 piłkarzy powołanych na mundial aż 25 urodziło się w Holandii. Na pierwszy rzut oka może to wyglądać jak efekt masowych naturalizacji, jednak rzeczywistość jest zupełnie inna. Curaçao jest autonomicznym krajem wchodzącym w skład Królestwa Niderlandów, a przez dziesięciolecia tysiące mieszkańców wyspy wyemigrowały do Europy. Ich dzieci i wnuki dorastały już w holenderskich miastach, przechodziły przez tamtejsze akademie piłkarskie, ale zachowały prawo do reprezentowania kraju swoich rodzin. W praktyce oznacza to, że reprezentacja Curaçao jest w dużym stopniu drużyną holendersko wychowanych piłkarzy o karaibskich korzeniach. To właśnie dzięki tej diasporze niewielka wyspa licząca niespełna 150 tysięcy mieszkańców może rywalizować z dużo większymi piłkarskimi nacjami.
  3. Olise zwrócił uwagę mediów nie tylko znakomitą grą, ale również swoją nietypową historią. Choć jest dziś jedną z największych gwiazd reprezentacji Francji, znacznie swobodniej posługuje się językiem angielskim niż francuskim. W pomeczowych wywiadach często szuka odpowiednich słów, a czasem odruchowo przechodzi na angielski. We Francji podchodzi się do tego z dużym dystansem. Dziennikarze żartują, że bardziej niż z francuską kulturą kojarzy się z londyńskim stylem życia – słucha brytyjskiego rapu, uwielbia fish and chips i wciąż zdradza akcent chłopaka wychowanego w zachodnim Londynie. Mimo to właśnie on stał się jedną z twarzy francuskiej reprezentacji podczas mundialu, co najlepiej pokazuje, jak bardzo zmieniło się pojęcie piłkarskiej tożsamości.