Niebieskie tsunami zmiotło republikanów. Jakie będą konsekwencje triumfu demokratów w Kongresie USA?
Demokraci odnieśli spektakularne zwycięstwo w wyborach do obu izb Kongresu USA. Dotkliwa porażka republikanów stawia pod znakiem zapytania przebieg dalszej kadencji Donalda Trumpa. Wraz z ekspertami omawiamy konsekwencje wtorkowych wyborów.
Z tego artykułu dowiesz się…
- Dlaczego Amerykanie odwrócili się od republikanów w wyborach połówkowych.
- Czy po porażce w Partii Republikańskiej może dojść do rozliczeń z Trumpem.
- Jak nowa większość w Kongresie może wpływać na decyzje prezydenta.
Audio generowane przez AI. Może zawierać błędy.
Teksas po 38 latach, Kansas po 94 latach, odzyskane mandaty w Ohio, Iowa i Maine. To bilans bezprecedensowych zdobyczy demokratów w amerykańskim Senacie po wyborach połówkowych. Demokraci zgodnie z oczekiwaniami uzyskali większość w Izbie Reprezentantów, ale skala ich wygranej, zwłaszcza w Senacie, przerosła przewidywania nawet najbardziej sprzyjających im analityków.
Historyczna większość demokratów
W południe czasu polskiego demokraci mogą być pewni 54 mandatów w Senacie (stan na godz. 14). Wciąż ważą się miejsc w Missisipi i na Alasce, gdzie do zakończenia liczenia głosów nie będzie wiadomo, kto zdobędzie mandat senatorski. Nie zmienia to jednak faktu, że demokraci zapewnili już sobie większość. Jest to większość wyraźna, ale bez perspektyw na dokończenie procedury impeachmentu. O ile rozpoczęcie procedury przez nową Izbę Reprezentantów jest prawdopodobne, o tyle jego dokończenie w postaci skazania i usunięcia prezydenta ze stanowiska wymagają dwóch trzecich obecnych senatorów. Tylu mandatów demokraci nie zdobędą.
Demokraci zwyciężyli także w Izbie Reprezentantów, gdzie wywalczyli już co najmniej 231 mandatów. Do większości potrzeba 218. Według dziennika „The New York Times” prawdopodobne jest uzyskanie przez demokratów największej liczby mandatów w Izbie od 2008 r, kiedy to demokraci mieli 257 miejsc w Izbie.
„Głosujcie jakbym był na karcie wyborczej”
To także klęska przede wszystkim samego Donalda Trumpa. Amerykański prezydent aktywnie uczestniczył w kampanii republikanów i zachęcał wyborców do głosowania tak, jakby jego nazwisko było na karcie wyborczej.
– To było coś naprawdę imponującego, pokazującego skalę zmiany, która nastąpiła w elektoracie. Faktycznie wydaje się, że tak jak Donald Trump mówił, iż należy głosować tak, jakby on sam był na karcie wyborczej, ludzie dokładnie tak zagłosowali. I trzeba powiedzieć, że chyba nie są zadowoleni – mówi dr Jan Misiuna, politolog ze Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie.
Amerykańskie stacje telewizyjne opublikowały sondaże powyborcze (exit polls), pokazujące nie tylko preferencje wyborców, lecz także ich nastroje i ocenę sytuacji w kraju. Większość ankietowanych wskazywała na rosnące koszty życia jako główny problem trapiący społeczeństwo.
Dr Jan Misiuna nie jest tym zaskoczony.
– Jest to problem odczuwalny w całych Stanach Zjednoczonych i w tym momencie, przed nadchodzącą zimą, bardzo mocno uderza ludzi po kieszeni. Amerykanie nie uwierzyli w to, co cała administracja Trumpa robiła w ostatnich tygodniach. Nie uwierzyli, że jedynym powodem wzrostu cen paliwa w Stanach są ukraińskie ataki na rosyjskie rafinerie oraz że amerykańska wojna z Iranem nie ma na to żadnego wpływu – analizuje politolog.
Niewiarygodne zapowiedzi na ostatnią chwilę
W dniu wyborów Donald Trump zapowiedział wstrzymanie pomocy wojskowej dla Izraela z końcem roku. Deklaracja była zaskakująca, ponieważ Trump konsekwentnie wspierał Izrael, mimo rosnącego sprzeciwu Amerykanów. W ocenie dr. Misiuny zapowiedź prezydenta nie była jednak wiarygodna dla wyborców.
– Mam wrażenie, że ten ruch ze strony amerykańskiej administracji dokonany w ostatniej chwili, czyli wstrzymanie pomocy wojskowej dla Izraela, co było jak najbardziej wiązane z amerykańskim udziałem przeciwko Iranowi, nie wpłynął na ogólną opinię publiczną co do tego, kto jest odpowiedzialny za wzrosty kosztów życia i że amerykańska administracja nic z tym konkretnie nie zrobiła – komentuje dr Jan Misiuna.
Rosnące koszty życia z dużym prawdopodobieństwem przyczyniły się do tak zdecydowanego zwycięstwa demokratów w wyborach do obu izb Kongresu. Ich kandydaci, mimo wielu dzielących ich różnic, zgodnie obarczali prezydenta Trumpa odpowiedzialnością za wzrost kosztów utrzymania.
Ekspertka: Trump trzyma republikanów za gardło
Czy tak dotkliwa porażka może doprowadzić do rozliczeń i ruchów odśrodkowych w Partii Republikańskiej?
Jak jednak podkreśla Magdalena Górnicka-Partyka, autorka podcastu „Stan wyborczy” oraz książki „Co po Trumpie? Ameryka na rozdrożu”, w obecnym kierownictwie Partii Republikańskiej na razie próżno szukać przeciwników Donalda Trumpa.
– W Partii Republikańskiej nie ma ludzi, którzy byli za czasów Ronalda Reagana czy Busha. To są niedobitki. W tym kontekście przez lata, żeby zbudować pozycję w Partii Republikańskiej, trzeba było być sojusznikiem Donalda Trumpa. Paradoksalnie być może sprawi to, że będzie bardzo trudno wygrywać kolejne wybory republikanom, skoro prezydent jest tak skrajnie niepopularny, skoro przegrał w tak znaczący sposób i przegrali przede wszystkim kandydaci, których popierał Donald Trump – mówi ekspertka.
Magdalena Górnicka-Partyka wyklucza także możliwość powrotu Partii Republikańskiej do kształtu sprzed lat.
Pytanie jest inne: czy republikanie aktywni w sferze publicznej, w Kongresie, będą chcieli wykonać taką woltę przeciwko Trumpowi. Jest to ryzykowne, jeśli myślą o nominacji prezydenckiej, ale być może w kontekście ochrony swojego miejsca w Kongresie na kolejne lata będą próbować się na to zdecydować. Natomiast ogłaszanie politycznej śmierci Donalda Trumpa jest przedwczesne, bo on ciągle trzyma Partię Republikańską za gardło i nie chce jej puścić – podsumowuje Magdalena Górnicka-Partyka.
Paradoksy demokratów
Paradoksalnie, mimo tak dobrego wyniku w wyborach połówkowych, również Partię Demokratyczną czeka dyskusja o jej przyszłości.
– To jest koniec Partii Demokratycznej, jaką znamy z czasów Joe Bidena czy Kamali Harris. To koniec partii, która idzie środkiem. Będzie to partia szukająca poparcia po prawej i po lewej stronie, bo mieliśmy kandydatów bardzo progresywnych, jak Alexandria Ocasio-Cortez, oraz kandydatów z prawej strony, jak pastor Adam Hamilton z Kansas czy James Talarico w Teksasie, co również okazało się skuteczną drogą – zwraca uwagę ekspertka.
W tych wyborach Partia Demokratyczna, w zależności od stanu, stawiała na kandydatów bardziej konserwatywnych lub progresywnych. Przed wyborami prezydenckimi w 2028 r. będzie jednak musiała wyłonić jednego kandydata.
– Demokraci będą mieli zbyt duży wybór, obfitość opcji, co może doprowadzić do wewnętrznych tarć w samej partii. Zobaczymy, co z tego wyniknie. Muszą jeszcze raz przyjrzeć się sobie i zobaczyć, co zadziałało najlepiej, aby opracować jedną strategię przed wyborami prezydenckimi. Inaczej trudno im będzie mierzyć się z tym, co powstanie po Donaldzie Trumpie i jak przeobrazi się ruch MAGA, gdy Donald Trump będzie schodził ze sceny politycznej – kwituje ekspertka.
Narzędzia nacisku na Trumpa
Na te pytania na razie nie poznamy odpowiedzi. W najbliższej perspektywie demokraci z pewnością będą wywierać nacisk na prezydenta Trumpa, który jeszcze w trakcie nocy wyborczej na platformie Truth Social zapowiedział wetowanie inicjatyw demokratów uchwalanych przez Kongres.
To efektowna deklaracja, ale nowa demokratyczna większość w Kongresie nie pozostanie bez narzędzi nacisku na prezydenta.
– Najważniejsza i bezpośrednia stawka tych wyborów dotyczy tego, czy demokraci będą mogli wpływać na budżet, czyli także na politykę zagraniczną, na przykład wymuszając, żeby konkretna liczba żołnierzy była umiejscowiona w Europie kontynentalnej i poniżej tej liczby Pentagon nie mógł zejść. Poza tym demokraci mogą uznać, że chcą w ramach ustawy budżetowej np. zakazać umów międzynarodowych z Rosją dotyczących importu energii. Donald Trump musi respektować takie postanowienia. A jeśli nie podpisze, to może dojść do zamknięcia rządu – mówi ekspert ds. amerykańskiej polityki Rafał Michalski.
Michalskiemu wtóruje także dr Misiuna.
– Do tej pory Donald Trump działał na zasadzie takiej, że Kongres brał i robił to, co on chciał, natomiast w tym momencie prezydent nie będzie miał kontroli nad Kongresem. W efekcie nie będzie dostawał na przykład pieniędzy. On może mówić, że będzie wetował ustawy Kongresu, to prawda, natomiast Kongres po prostu nie da mu środków na coś innego, na czym jemu zależy. I wtedy powstanie pat – podsumowuje politolog z SGH.
Donald Trump odniósł się do porażki swojej partii. Zrobił to w charakterystycznym dla siebie stylu.
– Nie było mnie na karcie wyborczej, ale gdybym na niej był, wygralibyśmy MIAŻDŻĄCĄ PRZEWAGĄ! Dziękuję za poświęcenie uwagi tej sprawie. Prezydent DONALD J. TRUMP – napisał na platformie Truth Social.
Nowy kongres rozpocznie swoją kadencję najwcześniej 3 stycznia 2027 r. Do tego czasu w obu izbach Kongresu większość ma Partia Republikańska.
Główne wnioski
- Demokraci przejęli obie izby Kongresu USA. W Senacie mają co najmniej 54 mandaty, a w Izbie Reprezentantów 231, przy progu większości wynoszącym 218. Skala wygranej w Senacie, m.in. w Teksasie i Kansas, przerosła oczekiwania analityków. Do większości dwóch trzecich, która pozwalałaby usunąć prezydenta z urzędu, demokratom jednak zabrakło.
- Eksperci uznają wynik przede wszystkim za porażkę Donalda Trumpa, który prosił wyborców, by głosowali tak, jakby jego nazwisko było na karcie. W sondażach powyborczych Amerykanie najczęściej wskazywali rosnące koszty życia jako główny problem, a kandydaci demokratów obarczali za nie odpowiedzialnością prezydenta. Dr Jan Misiuna ocenia, że wyborców nie przekonały ani tłumaczenia administracji, ani zapowiedź zakończenia pomocy wojskowej dla Izraela.
- Magdalena Górnicka-Partyka nie widzi w kierownictwie Partii Republikańskiej przeciwników Trumpa i uważa, że ogłaszanie jego politycznej śmierci jest przedwczesne. Przed demokratami, mimo sukcesu, stoi wybór jednej strategii przed wyborami w 2028 r. W najbliższym czasie nowa większość może naciskać na prezydenta za pomocą instrumentów budżetowych. Spór z Białym Domem może się jednak skończyć patem i zamknięciem rządu.