Kategorie artykułu: Polityka Społeczeństwo

„Niechęć wobec Ukraińców towarzyszyła nam przez cały czas". Politolog o napięciach polsko-ukraińskich (WYWIAD)

– To, że coś jest dopuszczalne w Ukrainie, nie znaczy, że jest dopuszczalne w Polsce – mówi dr Mateusz Kamionka, politolog z UJ. Wiele dzisiejszych napięć wynika jego zdaniem z różnic w codziennych normach. W rozmowie z XYZ tłumaczy przyczyny ostatnich ataków na Ukraińców i wskazuje na odpowiedzialność Kijowa za spór wokół UPA.

– Możemy dojść do momentu, w którym okaże się, że osoby uznawane za bohaterów nimi nie były – mówi o kwestii upamiętnienia Ukraińskiej Armii Powstańczej dr Mateusz Kamionka, politolog z Uniwersytetu Jagiellońskiego. Fot. PAP/Paweł Supernak

Z tego artykułu dowiesz się…

  1. Dlaczego niechęć wobec Ukraińców ujawniła się akurat w ostatnich tygodniach.
  2. Jaki warunek musiałaby spełnić Ukraina, żeby rozmowa o UPA w ogóle się zaczęła.
  3. Czego brakuje w polskiej polityce wobec dwóch milionów obywateli Ukrainy mieszkających w Polsce.
Loading the Elevenlabs Text to Speech AudioNative Player...

Krzysztof Figlarz: Ostatnie tygodnie przyniosły serię incydentów i aktów przemocy wobec obywateli Ukrainy. Czy mamy do czynienia z realną zmianą nastrojów w Polsce, czy raczej z ujawnieniem postaw, które istniały już wcześniej?

Dr Mateusz Kamionka: Niechęć wobec osób z Ukrainy, a szerzej wobec obcych, towarzyszyła nam przez cały czas. Widziałem ją już w 2022 roku, gdy sam działałem jako wolontariusz. W ostatnim okresie jej skala jednak wzrosła. Postawiłbym tutaj tezę, że wcześniej była ona w dużej mierze ukryta. Osoby nastawione negatywnie do obcych — niezależnie od tego, czy chodziło o Ukraińców, Niemców, czy o inne grupy — funkcjonowały we własnym gronie: na forach internetowych, w komentarzach, wśród zwolenników tej samej idei. Zresztą także w 2022 roku, u progu wojny, nie wszystkie komentarze były przychylne; dobrze to pamiętam. Rzecz w tym, że w większości przypadków ludzie ci obawiali się otwarcie ujawniać swoje poglądy, przez skale zaangażowania Polski, a przede wszystkim zwykłych Polaków, w pomoc Ukrainie.

Na zmianę złożyło się kilka czynników. Pierwszym była ubiegłoroczna kampania wyborcza w Polsce. Drugim - w mojej ocenie ważniejszym - decyzja prezydenta Wołodymyra Zełenskiego o odwołaniu się w nazwie jednej z jednostek wojskowych do tradycji UPA. Moim zdaniem trudno było nie przewidzieć, że decyzja ta zostanie w Polsce odebrana bardzo negatywnie. Tym bardziej, że w otoczeniu prezydenta znajdują się osoby dobrze znające polską debatę publiczną. Skoro prezydent Karol Nawrocki przez lata kierował Instytutem Pamięci Narodowej i już przy pierwszym spotkaniu wręczył Zełenskiemu książki dotyczące UPA, było jasne, że coś się wydarzy. Możliwe, że zaskoczyły ich jedynie tempo i skala, w jakich to nastąpiło.

W efekcie uaktywnili się ludzie o skrajnych poglądach. Zrozumieli, że nadszedł moment, w którym mogą powiedzieć głośno to, co dotąd zostawiali dla siebie. Że społeczeństwo polskie jest już w pewnym skrócie myślowym „zmęczone wojną” w Ukrainie. I wtedy wszystko wypłynęło na powierzchnię.

Nieprzypadkowy moment zmiany narracji

Wśród liberalnych publicystów pojawiały się niekiedy głosy tłumaczące tę decyzję Zełenskiego tym, że pochodzi z Krzywego Rogu i po prostu nie zna historii UPA. Czy to poważny argument w przypadku polityka, który od lat pełni najwyższy urząd i dysponuje całym zapleczem doradczym?

Warto wiedzieć

Dr Mateusz Kamionka

Polski politolog, specjalizujący się w stosunkach polsko-ukraińskich, w temacie bezpieczeństwa w Europie Środkowej i Wschodniej oraz analizie porównawczej świadomości politycznej młodzieży pracujący na Uniwersytecie Jagiellońskim. Stypendysta Fulbrighta w roku akademickim 2026/2027.

XYZ

Widzę tu dwa interesujące wątki. Po pierwsze, moment nie był w mojej ocenie całkiem przypadkowy. Niedługo wcześniej stało się jasne, że niektóre kraje zachodnie nie przyspieszą ścieżki akcesyjnej Ukrainy do Unii Europejskiej. A narracja szybkiej akcesji do struktur UE była dla Kijowa bardzo ważna, bo stanowiła element opowieści o przetrwaniu i lepszej przyszłości. Dawała nadzieję i dodatkową energię. Pozostawienie Ukrainy na zwykłej, „normalnej" wieloletniej drodze kandydata sprawiło, moim zdaniem, że musiała ona zmienić narrację wewnętrzną. Przesunąć się w stronę porzucenia opowieści czysto proeuropejskiej, bo ta wiąże się przecież z określonymi standardami. Ta korekta polityki pamięci i tak nastąpiłaby prędzej czy później: narracja historyczna w Ukrainie musiałaby zostać uszczegółowiona, gdyby państwo to miało wejść do Unii jako pełnoprawny członek. Dotyczyło to np. Rumunii, Chorwacji, a Macedonia Północna musiała nawet zmienić nazwę państwa, aby wejść do NATO. To nie jest więc nic nowego.

Przed Ukrainą nadal poważna dyskusja o historii

Po drugie, i to jest kwestia istotniejsza, mam wrażenie, że w Ukrainie nie doszło dotąd do równie szerokiej debaty nad własną polityką historyczną, jaka w różnym stopniu odbyła się w Polsce. Nie twierdzę, że Polska jest tu najlepszym przykładem, ale my znamy złe strony naszej historii — antysemityzm, akcję „Wisła", politykę II Rzeczypospolitej wobec mniejszości. Dokładnie to, co dziś mocno podkreśla strona ukraińska. W Polsce istnieje dość szeroki konsensus dotyczący oceny wielu trudnych kart naszej historii, choć oczywiście pozostają środowiska, które je interpretują inaczej. To efekt tego, że tę historię – lepiej lub gorzej – przerobiliśmy. Tymczasem strona ukraińska, jeśli chodzi o historię ruchów powstańczych, takiej debaty praktycznie w ogóle nie miała. Nie dokonała go nawet w najprostszym wymiarze: kto był dobry, a kto zły. Jest za to bardzo daleko idąca heroizacja, bez namysłu, czy na pewno wszystko powinno tak wyglądać.

Rozumiem, że czas wojny nie jest najlepszym momentem na taką dyskusję. Trzeba jednak pamiętać, że kiedyś ona nastąpić musi. Okazje już były. Za czasów Wiktora Juszczenki, cieszącego się ogromnym poparciem Lecha Kaczyńskiego, mieliśmy kryzys w relacjach związany z nadaniem Stepanowi Banderze tytułu bohatera Ukrainy. Potem przez pewien czas nie działo się nic, ale mieliśmy przecież rewolucję i wojnę na wschodzie. To były momenty, w których dałoby się coś z tym zrobić. Jak widać wybrano najgorszy, kiedy Ukraina odpiera rosyjską pełnoskalową ofensywę. Nie chodzi również o narzucanie przez którąkolwiek ze stron własnej interpretacji faktów, wydarzeń czy postaci historycznych. Chodzi o prowadzenie rzetelnych i obiektywnych badań historycznych nad tymi zagadnieniami (może nawet wspólnymi). To się nie wydarzyło i dziś jesteśmy w punkcie, w którym wszystko jest albo białe, albo czarne. To debacie nie sprzyja.

Historia wzmacnia spór o współczesność

Czy to znaczy, że spór o UPA jest dziś w istocie sporem o współczesną politykę, a nie o historię?

W dużej mierze tak. Dlatego kiedy ktoś mówi, że tę sprawę należy zostawić historykom, dodałbym, że do tej dyskusji trzeba włączyć również politologów. Mają oni nieco inne podejście, bo nie chodzi tu wyłącznie o ustalenia historyczne, ale o tak zwaną politykę pamięci. I widzą, jak ten konflikt wpływa na współczesne relacje bilateralne zarówno państwowe, biznesowe, jak i te między zwykłymi obywatelami. Z drugiej strony warto zauważyć, że w Ukrainie historycy i politycy zajmujący się tym tematem to często te same osoby. To jednak temat na inną rozmowę.

Jeszcze przed naszą rozmową zwrócił pan uwagę, że mamy bardzo niewielu ekspertów obecnych w ukraińskich mediach. Ukraińska perspektywa jest w naszej debacie właściwie nieobecna. Czy w ukraińskiej debacie publicznej pojawiają się głosy niuansujące własną historię mimo trwającej wojny i potrzeby podtrzymywania morale?

Trzeba rozdzielić dwie rzeczy. Po pierwsze, niewiele osób z Polski w ogóle mówi po ukraińsku i wypowiada się w tamtejszych mediach. Można je policzyć na palcach jednej, może dwóch dłoni. Większość osób komentujących sprawy ukraińskie w polskiej przestrzeni to obywatele Ukrainy mieszkający w Polsce. Część ekspertów również przez specyfikę pracy nie może wypowiadać się na polskie tematy wewnętrzne, jak OSW czy PISM. Tym samym w mojej ocenie mamy stanowczo za mało ekspertów, którzy naprawdę znaliby realia obu stron.

Po drugie, nie można zapominać, że mamy okres konfliktu zbrojnego i każda narracja może dziś zostać odebrana bardzo różnie. Rozumiem to. Pytanie brzmi jednak, czy nie jest to moment, w którym pewną debatę trzeba jednak zacząć. Bo o ile w naszych mediach bardzo wiele środowisk broni narracji ukraińskiej - paradoksalnie niekiedy mocniej niż sami Ukraińcy - o tyle w Ukrainie, przynajmniej z perspektywy osoby, która tę debatę śledzi, nie pojawiły się liczne głosy wspierające łagodniejsze podejście do relacji historycznych z Polską. Obraz jest zerojedynkowy.

Znacznie trudniejsza dyskusja o historii w warunkach wojny

Taka sytuacja nie sprzyja dialogowi. W Polsce funkcjonuje szerokie spektrum opinii – od jednoznacznie wspierających Ukrainę po bardzo krytyczne – co sprawia, że istnieje przestrzeń do dyskusji. W Ukrainie debata na ten temat wydaje się znacznie bardziej ograniczona. Z perspektywy osoby śledzącej ukraińskie media odnoszę wrażenie, że przestrzeń dla bardziej niuansujących głosów jest obecnie znacznie mniejsza niż w Polsce. Wynika to zapewne również z realiów państwa znajdującego się w stanie wojny. Często można spotkać się z przekonaniem, że Polska próbuje narzucać własną interpretację historii. Niekiedy pojawiają się także określenia odnoszące się do neokolonializmu czy polskiego imperializmu.

Wydaje się jednak, że takie spojrzenie nie zawsze uwzględnia realia współczesnej Europy, opartej na współpracy i poszukiwaniu kompromisów, w której państwa godzą własne interesy z dobrem wspólnoty. Ukraina – co zrozumiałe z perspektywy państwa stosunkowo młodego i doświadczonego trudną historią – w naturalny sposób kładzie duży nacisk na budowanie własnej tożsamości i podmiotowości. W warunkach wojny budowanie wspólnej narracji historycznej staje się dla władz elementem wzmacniania odporności społecznej. Dlatego dyskusja o trudnych kartach historii jest obecnie znacznie trudniejsza niż w czasie pokoju. Jednocześnie warto pamiętać, że Polska i Ukraina pozostaną sąsiadami, a obecność licznej społeczności ukraińskiej w Polsce sprawia, że długofalowy dialog i wzajemne zrozumienie leżą w interesie obu społeczeństw.

Ukraińska perspektywa narzucona Polakom

Problem polega na tym, że wielu obywateli Ukrainy  przyjeżdża do Polski albo bez jakiejkolwiek wiedzy o różnicach historycznych, albo z przekonaniem, że chcemy ich do czegoś nawracać. To z góry buduje negatywny stosunek i rodzi konflikty. Chodzi o to, żeby ta debata w ogóle zaistniała – po to, by Ukraińcy zrozumieli, że istnieje też inne podejście niż opozycja „nasze dobre kontra polskie neokolonialne". Zwłaszcza że w niektórych sprawach to strona ukraińska narzuca własną perspektywę Polakom. Choćby w kwestii formy „na Ukrainie": w języku rosyjskim ma ona wydźwięk negatywny, ale w polskim wcale go nie ma. Mówimy przecież „na Litwie", „na Łotwie", „na Słowacji", „na Węgrzech”. W języku polskim ta forma ma długą tradycję i nie jest powszechnie odbierana jako wyraz lekceważenia Ukrainy.

Czarno-biały wizerunek UPA w Ukrainie

Skoro z wewnętrznej perspektywy ukraińskiej nie widać ani woli, ani przestrzeni do takiej rozmowy, co musiałoby się wydarzyć, żeby ta myśl w ogóle się tam pojawiła?

Odszedłbym od myślenia zerojedynkowego i szukał odcieni szarości. Chodzi o rachunek sumienia: czy na pewno wszyscy członkowie ukraińskich formacji partyzanckich byli bohaterami. Z naszej własnej historii wiemy, że tak nie było również i wśród naszych partyzantów. Statystycznie byłoby to zresztą nierealne. Realnym sygnałem do rozpoczęcia dialogu byłoby więc gruntowne, rzetelne zbadanie historii ukraińskich ruchów narodowowyzwoleńczych z okresu II wojny światowej i pokazanie, czy wszyscy byli tacy biali. Czy mamy też do czynienia z osobami, które zabijały cywilów, i które w tym panteonie znaleźć się nie mogą.

Im dalej w czasie, tym będzie to trudniejsze do cofnięcia. Tak działają mitologizacja i heroizacja, tym bardziej że wśród żywych już nie ma praktycznie osób, które pamiętałyby te wydarzenia. Możemy dojść do momentu, w którym okaże się, że osoby uznawane za bohaterów nimi nie były. Co nie zmienia faktu, że wtedy bohaterami mogą okazać się inni. Bardzo mało wiemy na przykład o działalności ukraińskich ruchów narodowowyzwoleńczych poza terytorium byłej II Rzeczypospolitej. Choćby na obszarze dzisiejszej centralnej, południowej i wschodniej Ukrainy.

Kluczowa jest tu jednak wzajemność. Jeśli Ukraina taki rachunek sumienia przeprowadzi, Polska powinna to zrozumieć, docenić i zaakceptować. Jeżeli strona ukraińska przyzna, że nie wszyscy członkowie UPA byli bohaterami, to strona polska powinna przyjąć, że nie wszyscy członkowie UPA byli mordercami. Dopiero wtedy możliwa jest rozmowa.

Polska potępiła własne występki przeciwko Ukraińcom

Rozmawialiśmy dużo o odpowiedzialności strony ukraińskiej. Czy my, jako polskie społeczeństwo, również mamy coś na sumieniu - historycznie albo współcześnie?

Nie sądzę, żeby w Polsce znalazła się kompetentna osoba, która powiedziałaby, że akcja „Wisła" była w jakikolwiek sposób pozytywna. Zostało to zresztą przez polskie władze jasno potępione jeszcze na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Podobnie polityka II Rzeczypospolitej wobec mniejszości ukraińskiej nie była dobra i nie jest powodem do dumy. Trzeba pamiętać, że po drugiej stronie ówczesnej granicy na terytorium radzieckiej Ukrainy działy się rzeczy nieporównanie gorsze. Większość państw regionu miała w tym czasie charakter autorytarny, nie tylko Polska. Nie zmienia to jednak faktu, że jest to fragment historii, którego powinniśmy się wstydzić i którego nie powinniśmy w żaden sposób relatywizować. Oczywiście znajdą się osoby broniące tamtej polityki. Jednak ja nie jestem historykiem, tylko politologiem, więc nie będę wchodził w spory czysto historyczne.

Współcześnie sprawa jest prostsza: nie możemy wspierać pojawiającej się coraz częściej narracji, że wojna, ta od 2014 czy od 2022 roku, została w jakiś sposób sprowokowana przez Ukraińców. To narracja nieprawdziwa i szkodliwa. Nie chodzi o to, żeby całkowicie zamykać debatę, ale o to, żeby takiego wrogiego nam przekazu nie wzmacniać, co napędza rosyjska propaganda.

Polityka migracyjna, integracja...

Cztery lata temu wspieranie Ukrainy było w Polsce oczywistą racją stanu. Dziś więcej mówimy o dawnych, niezaleczonych ranach po zbrodniach niż współczesności. O całkowitym wspieraniu Ukrainy mówi dziś otwarcie niewielu polityków. Ostatnio otwartym tekstem mówiła o tym ze środowiska rządowego tylko ministra Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz. Jakie współczesne, codzienne problemy na linii Polska-Ukraina wymagają najpilniejszego rozwiązania?

Widzę tu kilka spraw. Po pierwsze, trzeba stworzyć albo przynajmniej dopracować politykę migracyjną, bo to jest obszar, który wyraźnie kuleje. Przykładem jest nauka języka polskiego. Wymagamy dziś określonych poziomów - B1, B2 czy C1, choćby w kontekście studiów. Ale nie mamy systemowego wsparcia w nauce polskiego. To przekłada się bezpośrednio na pozycję obywateli Ukrainy na rynku pracy i na brak integracji.

Po drugie, brakuje dużych projektów integracyjnych. Chcę być tu bardzo precyzyjny: nie chodzi o projekty kierowane do organizacji ukraińskich i realizowane w ich obrębie. Chodzi o rozwiązania systemowe, na przykład programy młodzieżowe adresowane do samych Ukraińców mieszkających w Polsce, pokazujące im, jak mogą tu funkcjonować np. wsparcie harcerstwa, kół gospodyń wiejskich, OSP, klubów sportowych czy urzędów pracy. Wielu obywateli Ukrainy w Polsce czuje się zagubionych, szczególnie w mniejszych ośrodkach i na wsiach. Żyją w Polsce jedną nogą, podczas gdy druga – informacja, rodzina, znajomi – pozostaje w Ukrainie. Siedzą w telefonach i realnie się odłączają, co prowadzi do alienacji, a to dla Polski jest zjawiskiem negatywnym. Trzeba też pokazywać, że są to potencjalnie osoby, które chcą się integrować z naszym społeczeństwem. Tego pozytywnego przekazu brakuje, zwłaszcza w kontekście negatywnych przypadków braku integracji, które obserwujemy na zachodzie Europy.

...oraz bezpieczeństwo i infrastruktura

Po trzecie, bezpieczeństwo. Ukraińska armia, przy wszystkich swoich ograniczeniach, ma dziś doświadczenie frontowe, od którego możemy się bardzo wiele nauczyć. Współpraca w tym obszarze jest potrzebna. Nie po to, by prowokować Rosję, ale po to, by w razie konfliktu być gotowym.

Po czwarte, powinniśmy znacznie lepiej wykorzystywać własne położenie geograficzne, przede wszystkim przez infrastrukturę. Pochodzę z Olkusza, gdzie praktycznie kończy się linia szerokotorowa; na początku pełnoskalowej wojny przyjeżdżały tam ukraińskie pociągi ewakuacyjne. Ta infrastruktura istnieje, a my z niej nie korzystamy w 100 proc. Obywatele Ukrainy stale narzekają na niedrożne przejścia graniczne i wielogodzinne kolejki. Można przecież zbudować węzły przeładunkowe czy przesiadkowe bliżej centrum Polski. Podobnie z zakładami przetwórstwa we wschodniej Polsce. Rynek ukraiński nie jest prosty. Wiele polskich firm ma dziś złe doświadczenia, to trzeba jasno podkreślić. Ale to rynek, który niedługo się otworzy i w którym na pewno będą uczestniczyć firmy zachodnie. To jest również nasza szansa, mimo potencjalnych wyzwań.

Ukraińcy zostaną w Polsce czy wrócą do kraju?

Czy biorąc pod uwagę te problemy strukturalne, ostatnie incydenty i akty przemocy wobec Ukraińców w Polsce oraz trudną perspektywę gospodarczą samej Ukrainy, to Ukraińcy wiążą swoją przyszłość z Polską, czy raczej planują powrót na wschód?

Z coraz liczniejszych badań wynika, że ci, którzy mieli wrócić, już wrócili. Coraz więcej osób, po długim pobycie w Polsce czy w innych krajach, planuje tu zostać. Dotyczy to zwłaszcza dzieci, które integrują się bardzo szybko.

Trzeba jednak pamiętać o jednym: Ukraina potrzebuje tych ludzi znacznie bardziej niż my. Według różnych szacunków na terytoriach nieokupowanych przebywa dziś od 22 do 25 mln osób - to mniej więcej połowa stanu z 1991 roku. Jeśli Ukraina ma się odbudowywać, nie ma innego wyjścia, jak zrobić to własnymi zasobami ludzkimi. Widzieliśmy zresztą, jak silne emocje wywołał w ukraińskim społeczeństwie stosunkowo niewielki napływ pracowników z krajów azjatyckich do zachodniej części kraju. Temat ucichł, ale reakcja była bardzo ostra.

Dlatego nie spodziewam się, żeby strona ukraińska aktywnie wspierała integrację swoich obywateli w Polsce. Jej interes jest odwrotny. Stąd nacisk na utrzymywanie więzi: treści internetowe, szkoły online, bardzo duża liczba wydarzeń organizowanych w Polsce przez organizacje ukraińskie i polskie. Chodzi o to, żeby poziom zaangażowania w sprawy ukraińskie pozostawał wysoki.

Problem powstających enklaw

Czy w takim razie, przy obecnym braku działań integracyjnych, rośnie nam w Polsce społeczeństwo funkcjonujące równolegle?

Użyłbym ostrożniejszych słów, ale problem istnieje. Znam osoby z Ukrainy, które mieszkają tu od kilku lat, pracują zdalnie dla ukraińskich pracodawców albo uczą się w ukraińskim systemie i praktycznie nie mówią po polsku. To jest problematyczne przede wszystkim dla nich samych. Jeśli taka osoba straci pracę zdalną albo skończy szkołę i będzie chciała iść na studia, nie zrobi tego, bo nie zna języka. Nie wejdzie też na polski rynek pracy, a wracać do Ukrainy nie zamierza, choćby przez strach przed mobilizacją.

Brakuje projektów nakierowanych na integrację w konkretnych społecznościach lokalnych. I chcę podkreślić: nie mówię wyłącznie o dużych miastach. To częsty błąd w rozmowie o Ukraińcach. Patrzymy na nich przez pryzmat wcześniejszych fal migracji, które kierowały się głównie do Warszawy, Wrocławia, Krakowa czy Poznania. Tymczasem osoby, które przyjechały po 2022 roku, mieszkają także w miastach powiatowych i na wsiach. Widzimy tam skrajne przypadki: od świetnej integracji po jej całkowity brak.

Polskie a ukraińskie normy kulturowe

Jakie zatem dostrzega Pan widoki na poprawę relacji polsko-ukraińskich, zwłaszcza w kontekście przyszłorocznych wyborów?

Zacznę od rzeczy, która moim zdaniem jest źle rozumiana. Wiele bieżących napięć nie ma podłoża politycznego, tylko wynika z różnic w codziennych normach. Rozmawiałem niedawno z kobietą, której mąż jest regularnie zgłaszany przez sąsiada na policję, bo rano rozgrzewa samochód przed wyjazdem do pracy. Powiedziałem jej wprost: w Polsce jest to niedozwolone i dlatego jej sąsiad to robi, nie przez ich narodowość. Odpowiedziała, że w Ukrainie tak można. I to jest sedno: to, że coś jest dopuszczalne w Ukrainie, nie znaczy, że jest dopuszczalne w Polsce.

Proszę zauważyć, skąd biorą się głośne skandale ostatnich miesięcy. Oczywiście ich nie usprawiedliwiam i gardzę przemocą, ale warto zrozumieć mechanizm. Wjazd samochodem w stronę Morskiego Oka: w Ukrainie tereny górskie są często mocno rozjeżdżone przez terenówki. Podobnie z historią złowienia i zabrania dużego suma w Warszawie. Albo z grillowaniem w parku, które w Ukrainie jest normą, a u nas nie, albo z głośnym słuchaniem muzyki w czasie ciszy nocnej. To nie jest złośliwość, tylko przeniesienie własnych przyzwyczajeń. Można tu powiedzieć, że czują się „jak w domu”. Niestety często to powoduje konflikt. To oczywiście pojedyncze przykłady, ale dobrze pokazują mechanizm przenoszenia własnych przyzwyczajeń do innego kraju. Niestety w Polsce mamy dużo przestępców –bo inaczej ich nie nazwę – którzy tylko czekają, aby w takim momencie „pokazać Ukraińcom, że nie są u siebie”.

Każdy migrant powinien pamiętać, że funkcjonuje w innym państwie, którego normy prawne i społeczne mogą różnić się od tych znanych z kraju pochodzenia. Polska jest krajem podobnym, ale to wciąż zagranica. My sami dobrze to znamy. Nawet aktualnie, kiedy nasze dzieci jadą na wycieczkę szkolną, nauczyciele przypominają im, że na Zachodzie nie mają pierwszeństwa na przejściu i trzeba przepuścić samochód. Wcześniej Polacy na drobne rzeczy przymykali oko, a teraz zaczyna to często nad wyraz wybuchać.

Instrumentalizacja Ukrainy w rodzimej polityce

A kwestia przyszłorocznych wyborów i wykorzystania stosunków polsko-ukraińskich w kampanii?

Temat obecności obywateli Ukrainy w Polsce z pewnością będzie pojawiał się w kampanii wyborczej i stanie się przedmiotem politycznych sporów. Istotne jest jednak, aby nie został sprowadzony wyłącznie do narzędzia bieżącej walki politycznej. Jeśli ma być obecny w debacie publicznej, powinien być omawiany w sposób merytoryczny i oparty na faktach. Mówimy o około dwóch milionach obywateli Ukrainy przebywających w Polsce. To kwestia istotna już dziś, a w przyszłości będzie nabierała jeszcze większego znaczenia. Część z tych osób uzyska pobyt stały, a niektórzy także polskie obywatelstwo.

Nie oznacza to, że należy pomijać wyzwania związane z migracją. Przeciwnie – warto je dostrzegać i otwarcie o nich rozmawiać, wyciągając wnioski z doświadczeń innych państw europejskich. Jednocześnie potrzebna jest polityka oparta na odpowiedzialności, długofalowym myśleniu i wzajemnym zrozumieniu, a nie na emocjach czy uproszczeniach. Można oczekiwać, że środowiska polityczne o bardziej radykalnych poglądach będą wykorzystywać ten temat do mobilizacji swoich wyborców. Tym bardziej ważne jest, aby nie pozostawiać całej dyskusji wyłącznie skrajnym narracjom, lecz prowadzić ją w sposób rzeczowy i odpowiedzialny.

Główne wnioski

  1. Zdaniem dr. Mateusza Kamionki niechęć wobec obywateli Ukrainy nie jest zjawiskiem nowym i w ostatnim czasie wzrosła tylko nieznacznie. Zmieniło się przede wszystkim to, że przestała być ukrywana. Dr Kamionka wskazuje dwa czynniki, które na to wpłynęły: ubiegłoroczną kampanię wyborczą w Polsce oraz decyzję prezydenta Wołodymyra Zełenskiego o odwołaniu się w nazwie jednej z jednostek wojskowych do tradycji UPA.
  2. Politolog stawia tezę, że Ukraina nie przeprowadziła rewizji własnej polityki historycznej nawet w podstawowym zakresie. Za realny sygnał do rozpoczęcia dialogu uznaje rzetelne zbadanie historii ukraińskich ruchów narodowowyzwoleńczych z okresu drugiej wojny światowej. Zastrzega przy tym warunek wzajemności: jeśli strona ukraińska przyzna, że nie wszyscy członkowie UPA byli bohaterami, strona polska powinna to docenić.
  3. Dr Mateusz Kamionka wskazuje na brak systemowej polityki integracyjnej jako problem o skutkach wykraczających poza sferę symboliczną. Polska wymaga od obywateli Ukrainy określonych poziomów znajomości języka, nie oferując systemowego wsparcia w jego nauce, a osoby pracujące zdalnie dla ukraińskich pracodawców pozostają poza polskim rynkiem pracy. Kamionka zaznacza, że zjawisko dotyczy również miast powiatowych, nie tylko największych aglomeracji.