Od Addis Abeby do Biennale w Wenecji. Jak Tegene Kunbi podbija świat sztuki

Gdy Tegene Kunbi postanowił zostać artystą, musiał przekonać rodzinę, że z malowania można żyć. Dziś reprezentuje Etiopię na prestiżowym Biennale w Wenecji, a jego obrazy trafiają do międzynarodowych kolekcji, także w Polsce. Opowiada o drodze z Addis Abeby do Berlina, wspomnieniach zapisanych w kolorach i tkaninach oraz o tym, dlaczego cisza potrafi powiedzieć więcej niż słowa.

Tegene Kunbi
Tegene Kunbi. Fot. Alexandra Dolny

Ten artykuł jest częścią GQ The Business Issue powered by XYZ.

Przeczytaj inne teksty
Loading the Elevenlabs Text to Speech AudioNative Player...

Audio generowane przez AI. Może zawierać błędy.

Jeszcze dwie dekady temu współczesna sztuka Afryki pozostawała dla zachodniego świata niemal terra incognita. Artyści tworzyli, powstawały lokalne środowiska i sceny twórcze, ale ich obecność na międzynarodowym rynku była marginalna. Kilka lat później sytuacja zaczęła się zmieniać w imponującym tempie. Pojawiły się aukcje poświęcone sztuce z całego kontynentu, potem galerie, targi, kolejne wystawy muzealne i międzynarodowi kolekcjonerzy.

Zachód zaczął odkrywać historię, której przez dekady nie dostrzegał: bogatą sztukę afrykańską XX wieku i całe pokolenie współczesnych artystów mówiących własnym głosem, często funkcjonujących między kontynentami, tradycjami i językami wizualnymi. Internet i media społecznościowe skróciły dystans, międzynarodowe galerie i instytucje otworzyły kolejne drzwi. Dziś nie można mówić o współczesnej sztuce globalnej, pomijając artystów z Afryki i diaspory.

Tym bardziej, że zmienia się sam kontynent. Afryka jest młoda, dynamiczna i coraz silniej obecna w globalnej gospodarce i kulturze. Jej szybko rosnąca populacja oznacza także przyszłą publiczność, kolekcjonerów i mecenasów. Potencjał tego kontynentu nie znajduje jeszcze pełnego odzwierciedlenia na międzynarodowym rynku sztuki, ale wydarzenia takie jak Accra Cultural Week w Ghanie przyciągają przedstawicieli najważniejszych instytucji sztuki.

Twórczość Kunbiego trafia też do polskich kolekcji. Podczas TOP CHARITY Venice Experience jego dzieło wylicytował Dariusz Gałęzewski, współtwórca marki OSHEE. Wenecka odsłona wydarzenia czerpała inspirację z dziedzictwa kulturowego i królewskiej historii Etiopii, a wśród gości znaleźli się przedstawiciele etiopskiej rodziny królewskiej.

Samo Biennale jest jednym z miejsc, w których rosnącą obecność Afryki na światowej scenie sztuki widać szczególnie wyraźnie. Koncepcję tegorocznej wystawy głównej przygotowała Koyo Kouoh, pierwsza Afrykanka powołana na kuratorkę tej ekspozycji. Po jej śmierci projekt zrealizował jej zespół. To tutaj spotykam Tegene Kunbiego, artystę urodzonego w Etiopii, od lat mieszkającego i pracującego w Berlinie, który reprezentuje swój kraj w pawilonie narodowym na 61. Biennale Sztuki w Wenecji. Rozmawiamy w Wenecji, ale w opowieści Kunbiego przemieszczamy się między kontynentami: wracamy do Addis Abeby, do domu jego dzieciństwa przy ogromnym targowisku Mercato i do kościoła, który nazywa swoim pierwszym muzeum, a potem przenosimy się do Berlina i jego pracowni. Kunbi opowiada obrazami, nawet kiedy nie maluje. Jedno wspomnienie uruchamia następne.

– W mojej kulturze cisza nie oznacza bycia cicho – mówi w pewnym momencie. – Cisza jest kolorowa. Kiedy milczę, dużo myślę. Zdarza się, że chcę coś powiedzieć, ale cisza jest dla nas czymś ważnym. Nauczyłem się tego od mamy. Bywało, że słyszałem od niej: „Porozmawiamy o tym jutro. Zostaw trochę przestrzeni, żeby pomyśleć, poczuć. Nie wszystko trzeba wypowiedzieć”. Czasem jesteśmy razem i rozumiemy się bez słów – mówi Tegene Kunbi.

Cisza w jego opowieści ma wiele znaczeń. Jest ciszą domu i relacji z matką, a także ciszą kościoła. Kunbi dorastał w Addis Abebie bez regularnego kontaktu z muzeami. Pierwszą przestrzenią, w której doświadczył siły obrazu, był kościół.

– Wchodzisz do środka. Jest trochę chłodno, ogromna przestrzeń, obrazy. Patrzysz. Nie dorastałem, chodząc do muzeów. Chodziłem do kościoła i tam widziałem dzieła – wspomina Tegene Kunbi.

Kościół odegrał też dość nieoczekiwaną rolę w jego decyzji, żeby zostać artystą.

– Kiedy byłem w szkole podstawowej, wiedziałem, że chcę nim zostać. Nauczycielom trudno było to zaakceptować, rodzinie też. Znalazłem więc rozwiązanie: namalowałem Marię i podarowałem obraz kościołowi. Ludzie zaczęli się przed nią modlić, a moja mama była ze mnie dumna. I zaakceptowała, że chcę być artystą – dodaje.

Tegene Kunbi
Tegene Kunbi. Fot. Alexandra Dolny

Pozostał jeszcze bardziej przyziemny problem: chciał udowodnić matce, że z malowania można żyć. Pomogła Coca-Cola. W czasach, kiedy reklam nie drukowało się jeszcze tak łatwo cyfrowo, Kunbi ręcznie malował szyldy, samochody i materiały reklamowe firmy.

– Zarobiłem dużo pieniędzy i przyniosłem je mamie. Spojrzała: „O, teraz to już ma sens”. Zobaczyła, że jako artysta też mogę pracować – mówi Tegene Kunbi.

Kunbi wybrał studia malarskie w Addis Abebie. Opowiada o nauczycielach wykształconych w Moskwie, rosyjskich książkach i solidnym przygotowaniu warsztatowym. Historię zachodniej sztuki poznawał wtedy z reprodukcji. Próbował grafiki i fotografii, szukając medium, które najlepiej pozwoli mu się wypowiedzieć. Ostatecznie wybrał malarstwo, ale równie ważna okazała się edukacja artystyczna.

Paradoks polega na tym, że chłopiec, któremu w szkole kazano odłożyć ołówek i zająć się matematyką, sam został nauczycielem sztuki.

– Naprawdę lubię uczyć. Lubię się dzielić, przekazywać coś następnej osobie, następnemu pokoleniu. Gdy jesteś dzieckiem, próbujesz znaleźć dorosłego, który rozumie to, czego potrzebujesz. Właśnie o to chodzi – przekonuje Tegene Kunbi.

Czego szukał w Europie, kiedy przyjechał na studia do Berlina?

– Przyjechałem do Niemiec, żeby zobaczyć sztukę nowoczesną, o której wcześniej się uczyłem. I oczywiście zobaczyłem sztukę Zachodu, ale zobaczyłem też mój dom. Jego formy, kolory, geometryczne struktury, tekstury. Zobaczyłem związki między abstrakcją tutaj i tam. Stopniowo przeszedłem od figuracji do abstrakcji. Szukałem własnej formy i własnego koloru. Chciałem dojść do momentu, w którym czuję: to jest prawdziwe. To jestem ja – mówi Tegene Kunbi.

Kolor w obrazach Kunbiego trudno oddzielić od rytmu. W berlińskiej pracowni często towarzyszy mu muzyka: klasyczna, jazz, wszystko, co uruchamia pamięć.

– Kiedy jesteś daleko od domu i nagle słyszysz muzykę, wraca dzieciństwo, szkoła, jakaś osoba, nastrój. Muzyka łączy mnie z domem. Daje mi energię – dodaje artysta.

Ale energia w jego malarstwie jest ujęta w geometryczne ramy.

– Interesuje mnie to, gdzie rzeczy się spotykają. Co znajduje się pomiędzy – mówi Tegene Kunbi.

Po pandemii do farby dołączyła tkanina. Nieprzypadkowo właśnie wtedy, gdy fizyczny kontakt z drugim człowiekiem był ograniczony, wiązał się z ryzykiem zachorowania.

– W czasie COVID-19 ludzie bali się wszystkiego. Nie mogłeś spotkać ojca, matki, rodziny. I zaczęliśmy zwracać uwagę na dotyk, na fakturę. Na ekranie wszystko wygląda dobrze, ale kiedy możesz czegoś dotknąć, poczuć powierzchnię, wracasz do rzeczywistości – mówi Tegene Kunbi.

Tegene Kunbi
Tegene Kunbi. Fot. Alexandra Dolny

Kunbi zbiera tkaniny podczas podróży. Senegal, Mauretania, Maroko, Madagaskar, Ghana, Bośnia. Nie interesuje go jednak wyłącznie ich uroda. Pyta o pochodzenie wzorów, słucha historii, traktuje materiał jak zapis przemieszczania się ludzi i kultur.

– Materiał jest dla mnie również mapą. Pokazuje geografię, a także przeszłość: jak wyglądały śluby, ubrania, codzienne życie. To jest archiwum. Zabieram te historie do studia i zastanawiam się, co mogą zrobić razem z moim malarstwem – mówi Tegene Kunbi.

Tkaniny prowadzą go jednak przede wszystkim do wspomnienia matki.

– Kiedy byłem dzieckiem, mama pracowała w domu, szczególnie nocami. W dzień miała inne zajęcie, a nocą robiła rzeczy, które potem sprzedawała, żeby kupić nam jedzenie, zapłacić rachunki. Ja siedziałem w kącie i rysowałem. Ona pracowała i opowiadała historie. Tak dorastałem. Kiedy dzisiaj patrzę na materiał, wraca do mnie tamta cisza. Ona mówiła przez ten materiał. Niosła w sobie coś, co chciała nam przekazać – dodaje.

Pamięć zapisana w tkaninie nie zawsze jest niewinna. Wax print, który stał się jednym z najbardziej rozpoznawalnych wzorów kojarzonych z Afryką, sam jest produktem skomplikowanej historii handlu, kolonializmu i przepływu wzorów między kontynentami. Kunbiego interesuje więc pytanie, które powraca w naszej rozmowie: gdzie właściwie znajduje się oryginał?

Tegene Kunbi
Tegene Kunbi. Fot. Alexandra Dolny

Od wędrówki tkanin i wzorów przechodzimy do map – i do pytania, kto wyznacza linie dzielące świat.

– Kto zdecydował, że coś ma wyglądać właśnie tak? Mówimy: tutaj jest granica. Ale wcześniej tej granicy tam nie było. Ktoś przychodzi i stwierdza: ten kawałek dla mnie, ten dla ciebie. To jest geometria, ale jednocześnie polityka. To jest moja abstrakcja – mówi Tegene Kunbi.

Cisza ma jednak także znaczenie bliższe jego codzienności. Kiedy Kunbi opowiada o życiu w Europie, abstrakcyjne granice stają się konkretnymi sytuacjami: kontrolą na dworcu, wizytą w urzędzie, koniecznością tłumaczenia, kim jest.

– Na dworcu policja podchodzi właśnie do mnie i prosi o dokument. To trudne uczucie. Zaczynasz się zastanawiać: dlaczego? Czasami jest mi smutno, czasami budzi to złość. Nie zgadzam się z tym. To nie jest sprawiedliwe – mówi Tegene Kunbi.

W jego opowieści milczenie nie oznacza więc zgody.

– Nie mamy prawa mówić o polityce, uczestniczyć w niej. Jesteśmy w ciszy. Ale to nie znaczy, że jesteśmy nieobecni. Jesteśmy tutaj. Zbieram wszystkie te informacje, wszystkie doświadczenia. A potem przychodzę do studia. Tam jestem wolny – deklaruje.

Pod koniec rozmowy o pamięci, migracji, kolonializmie, granicach i doświadczeniu bycia czarnym mężczyzną w Europie Tegene Kunbi zmienia ton opowieści. Potrafi docenić to, co nas otacza.

– Ufam temu światu. Ufam naturze. Spójrz na zewnątrz, jaka piękna jest woda. Spójrz na Wenecję, na budynki, na ludzi. To jest dar. Czasem dzieje się coś trudnego, co zmienia twój kierunek, a następny krok okazuje się wspaniały – mówi Tegene Kunbi.