Od didżeja do medialnego imperium. Bola Ray o błędach w biznesie i „samotności wizjonera” (WYWIAD)

Bola Ray, właściwie Nathan Kwabena Anokye Adisi, to jeden z najbardziej rozpoznawalnych ludzi ghańskich mediów i szef EIB Network. Po latach budowania własnej grupy medialnej, kryzysie i restrukturyzacji firmy, znów myśli o międzynarodowej ekspansji – i o tym, jak Afryka może sama opowiadać światu swoją historię.

Bola Ray
– Chciałem mieć biura w Dubaju, Londynie i Nowym Jorku, nadawać wiadomości właśnie stamtąd. To była piękna idea. Problem polegał na tym, że nie wszyscy byli tak ambitni jak ja mówi – Bola Ray. Fot. Jacek Poremba

Ten artykuł jest częścią GQ The Business Issue powered by XYZ.

Poznaj inne teksty
Loading the Elevenlabs Text to Speech AudioNative Player...

Audio generowane przez AI. Może zawierać błędy.

Omenaa Mensah: Wszyscy znają cię jako Bola Ray. Skąd ten pseudonim?

Bola Ray: Narodził się, kiedy miałem 11 lat i trafiłem do Accra Academy. „Bola” jest akronimem: brilliant, outstanding, loving, ambitious, a „Ray”: religious, ambitious, young. I tak już zostało. Szkoła bardzo mocno mnie ukształtowała. Później studiowałem zarządzanie na University of Ghana.

A jednak zamiast klasycznej kariery absolwenta zarządzania wybrałeś radio.

Zaczęło się jeszcze na uniwersytecie. Miałem około 20 lat i zostałem wolontariuszem w studenckim Radio Universe. Wcześniej chciałem być prawnikiem, potem przedsiębiorcą, ale zawsze kochałem media i rozrywkę. Chciałem zostać największym didżejem w Ghanie. I pierwszym didżejem z dyplomem. Wtedy panowało przekonanie, że didżejem czy prezenterem radiowym zostaje ktoś bez wykształcenia. Chciałem zmienić ten stereotyp. Później trafiłem do Top Radio. Radio miało ogromną siłę – wsiadałem do taksówki i ludzie rozpoznawali mój głos.

Dzisiaj trudno wyobrazić sobie gwiazdę radia, której odbiorcy nie znają z Instagrama czy YouTube. Jak bardzo zmienił się ten biznes?

Całkowicie. Smartfony i media społecznościowe stały się integralną częścią mediów. Nasze programy radiowe są transmitowane na YouTube, Instagramie czy Facebooku. Kiedyś ludzie znali tylko głos prezentera – mógłbym przyjść do radia w piżamie i nikt by o tym nie wiedział. Dziś radio stało się trochę telewizją. Jeśli nie przeszedłeś od tradycyjnych mediów do świata cyfrowego, zostajesz w tyle.

Bola Ray
– Kiedyś ludzie znali tylko głos prezentera – mógłbym przyjść do radia w piżamie i nikt by o tym nie wiedział. Dziś radio stało się trochę telewizją – mówi Bola Ray. Fot. Jacek Poremba

Jaki jest dzisiaj model biznesowy EIB Network? Która część grupy przynosi najlepsze wyniki?

Powiedziałbym, że telewizja, szczególnie GHOne Television. Media społecznościowe mają ogromne znaczenie, ale obraz nadal ma wyjątkową siłę. Jeśli historią dnia jest kobieta, która urodziła czworaczki, chcę pokazać dzieci i ich matkę. Obraz tworzy emocjonalną więź z odbiorcą.

Jak chronisz niezależność redakcji, kiedy duży reklamodawca albo partner biznesowy nie jest zadowolony z tego, co pokazujecie?

Takie sytuacje się zdarzają. Możesz przygotować materiał o złych warunkach sanitarnych w jakiejś społeczności, a jej mieszkańcy czy politycy zapytają: „Dlaczego to nagłaśniacie?”. Ale traktujemy to jako część naszej odpowiedzialności. Dziennikarstwo ma trzy podstawowe funkcje: informować, edukować i dostarczać rozrywki. Dwie pierwsze są niezwykle ważne.

Zwłaszcza teraz, kiedy mierzymy się z AI i fake newsami. Czy rola mediów jest dziś ważniejsza niż wcześniej?

Zdecydowanie. Media są czwartą władzą. Muszą patrzeć na ręce tym, którzy rządzą, ale same też muszą pozostać obiektywne. Szczególnie widać to podczas wyborów, kiedy różne strony próbują wpływać na narrację.

O EIB Network słyszeliśmy już, że jest związana z partią A, B albo C. Dla mnie to dobra wiadomość. Jeżeli ludzie nie potrafią powiedzieć, po której stronie stoimy, oznacza to, że wykonujemy swoją pracę właściwie.

Jaki był największy błąd biznesowy w twojej karierze?

Byłem wtedy młody, miałem 37 lat. Chciałem zbudować globalne imperium i dałem się ponieść młodzieńczemu entuzjazmowi. Zatrudniłem wielu przyjaciół i znajomych, zakładając, że wszyscy będą myśleli podobnie jak ja, będą mieli tę samą ambicję i podzielą moją wizję. Wydawało mi się, że razem ruszymy w świat.

Chciałem mieć biura w Dubaju, Londynie i Nowym Jorku, nadawać wiadomości właśnie stamtąd. To była piękna idea. Problem polegał na tym, że nie wszyscy byli tak ambitni jak ja. Nie wszyscy utożsamiali się z tą wizją. Niektórzy wręcz próbowali sprowadzić moje marzenia na ziemię.

W pewnym momencie zatrudnialiśmy około 720 osób. Później musieliśmy ograniczyć skalę działalności. Pojawiły się problemy finansowe, bo zwyczajnie nie miałem wystarczających środków, żeby zrobić wszystko, co sobie wymarzyłem.

Musiałeś pogodzić się z odejściem ludzi, z którymi zaczynałeś?

Tak. Kiedy nadeszły trudne czasy, część osób odeszła w poszukiwaniu lepszych możliwości. Nie mam im tego za złe. Dziś niektórzy chcą wrócić. Po 10 czy 12 latach mówią: „Teraz rozumiemy, co wtedy chciałeś zrobić”.

Wierzę w coś, co nazywam samotnością wizjonera. Kiedy masz własną wizję, musisz być przygotowany na to, że czasami zostaniesz z nią sam. Jednocześnie musisz przekonać innych, żeby pomogli ci ją zrealizować.

Właśnie. Niektórzy we mnie wierzyli, inni musieli odejść. Ale jedziemy dalej. To rozpędzony pociąg, lokomotywa. Nikt już tego pociągu nie zatrzyma.

Spójrzmy więc szerzej. Gdzie widzisz dziś największe możliwości dla afrykańskich mediów?

Jest ich bardzo wiele. Afryka wciąż pozostaje w ogromnym stopniu nieodkryta. Jest tutaj mnóstwo fascynujących historii, które możemy opowiedzieć. Uważam, że zagraniczne media powinny zwrócić na kontynent znacznie większą uwagę.

Zbyt często słyszymy historie o głodzie, wojnach, biedzie, chorobach i problemach rozwojowych. Tymczasem Afryka jest klejnotem o ogromnym potencjale. Dlaczego nie opowiadamy historii afrobeatu, który podbił świat? Dlaczego nie mówimy więcej o muzyce i przemysłach kreatywnych? Afryka może być źródłem nadziei i inspiracji.

Ale CNN czy BBC są przecież globalnymi platformami i bardzo dużo uwagi poświęcają Afryce. Nie widzę aż tylu dodatkowych programów o innych częściach świata. Musi być jakiś powód, dla którego Afryka budzi takie zainteresowanie.

Afryka rośnie. Są raporty i badania, w których mówi się, że Africa „is the next big thing”. Ja się z tym nie zgadzam. Nie uważam, że Afryka jest następną wielką rzeczą. Afryka jest teraz.

Spójrz na surowce. Lit potrzebny do produkcji baterii znajduje się w Afryce. Kakao? Ghana i Wybrzeże Kości Słoniowej należą do jego największych producentów.

Koltan, złoto, diamenty – wszystko tu jest.

Właśnie. Ale wiesz, na czym polega problem? Nie tworzymy wystarczającej wartości dodanej. Dlatego apeluję do przemysłowców i przedsiębiorców: budujcie fabryki w Afryce. Dlaczego mamy eksportować nasze kakao do Szwajcarii czy Belgii, tam zwiększać jego wartość, a później kupować gotową czekoladę?

Sama odkryłam sztukę afrykańską dzięki artykułowi w polskim magazynie o El Anatsuim. To od niego zaczęło się moje kolekcjonowanie. Jest w tym paradoks: o ważnym ghańskim artyście dowiedziałam się z europejskich mediów.

I właśnie stąd pytanie: dlaczego afrykańskie media same nie opowiadają tych historii? Afrykańska sztuka, muzyka, teatr – mamy tutaj niezwykłe rzeczy, które powinien zobaczyć świat. Dlaczego nie mielibyśmy pokazywać ghańskiego czy – szerzej – afrykańskiego teatru na europejskich scenach? Wystawiać tych sztuk i opowiadać ludziom naszych historii? Musimy robić to świadomie i konsekwentnie. Musimy powiedzieć sobie: nadszedł czas, żeby Afryka sama opowiadała swoją historię.

Własnym głosem.

Tak. Z afrykańskiej perspektywy, a nie wyłącznie oczami mediów z zewnątrz.

Jak oceniasz perspektywy afrykańskiego rynku medialnego? Czego chce dziś afrykańska publiczność?

Perspektywy są ogromne. Chciałbym zobaczyć prawdziwą współpracę między afrykańskimi firmami medialnymi – partnerów w Nigerii, Ghanie, RPA czy Kenii, którzy wspólnie wybierają najważniejszą afrykańską historię tygodnia i pokazują ją swoim odbiorcom.

Jednocześnie media to już nie tylko tradycyjne firmy. Każdy z telefonem może opowiadać historie swojej społeczności, kultury czy miejsca.

Dla mnie bardzo ważne jest też pokazywanie ludzi sukcesu z Afryki i diaspory. Chcę, żeby młode osoby poznawały historie przedsiębiorców.

Właśnie dlatego stworzyłem program telewizyjny „Revealed”. Pokazujemy w nim styl życia ludzi i to, czym się zajmują, ale również duże firmy i organizacje stworzone przez Afrykanów mieszkających w diasporze. Chodzi o to, żeby mogli opowiedzieć własną historię.

W NASA pracują Afrykanie. Mamy profesorów robiących niezwykłe rzeczy, mamy świetnych przedsiębiorców działających na całym świecie. Dlaczego nie znamy ich historii? Media powinny je pokazywać.

Nie możemy bez końca mówić tylko o polityce, jednej partii, drugiej partii i kolejnych konfliktach. Musimy opowiadać również pozytywne historie.

Dlaczego tak rzadko słyszymy historie ludzi sukcesu z Afryki?

To częściowo kwestia kultury. Afrykanów przez lata uczono, żeby nie mówić zbyt wiele o własnych osiągnięciach. Kiedy opowiadasz o sukcesie, ludzie mogą uznać, że się przechwalasz albo jesteś arogancki. Wielu tych, którzy odnieśli sukces, woli więc o nim nie mówić. A to wpływa również na biznes, bo nie przekazują swojej wiedzy następnemu pokoleniu.

Mieliśmy podobny problem w Polsce. Kiedy pięć lat temu tworzyłam TOP CHARITY, wielu bardzo skutecznych przedsiębiorców również nie chciało publicznie mówić o swoim sukcesie. Dziś coraz częściej dzielą się doświadczeniem i inspirują innych.

Właśnie tego potrzebujemy w Afryce. Czasami odnoszę wrażenie, że wielu ludzi uważa, że ich sukces naprawdę się liczy dopiero wtedy, kiedy opowiedzą o nim zachodnie media. Chciałbym, żeby najbardziej doświadczeni afrykańscy przedsiębiorcy podróżowali po kontynencie i opowiadali młodym ludziom swoje historie. Oczywiście dobrze jest pojawić się w zachodnich mediach, ale równie ważne jest opowiadanie tych historii tutaj.

Pod koniec października otwieram w Ghanie Omenaa Sport & Art Campus. Zależy mi, żeby młodzi ludzie spotykali tam artystów, przedsiębiorców i osoby, które mogą stać się dla nich wzorem. Nie chodzi o przechwalanie się sukcesem, tylko o pokazanie im możliwości.

Właśnie. Potrzebujemy ludzi, którzy pokażą kolejnemu pokoleniu, że można osiągnąć sukces, i podzielą się wiedzą o tym, jak to zrobili.

Podobny zwrot ku temu, co afrykańskie, widać chyba również w modzie.

Zdecydowanie. Jeszcze 10 czy 15 lat temu pojechałbym na Savile Row w Londynie po garnitur albo wybrał zachodnią markę. Dzisiaj mogę pójść do projektanta w Ghanie i zamówić coś świetnego, co jednocześnie jest nasze. Tradycyjny afrykański strój jest też coraz bardziej akceptowany w profesjonalnym otoczeniu. Powinniśmy być z tego dumni.

A jaki jest kolejny etap dla EIB Network? Kiedy miałeś 37 lat, chciałeś zbudować globalne imperium i sam przyznajesz, że zrobiłeś to zbyt szybko. Dziś znowu myślisz o świecie. Co się zmieniło?

Marzenie się nie zmieniło. Od początku chcieliśmy być nie tylko grupą medialną, lecz także globalnym information service providerem. Po 12 latach i trudnych doświadczeniach ustabilizowaliśmy biznes i jesteśmy gotowi na kolejny etap. Myślimy o Polsce, Mediolanie i Londynie, ale dziś znacznie bardziej wierzę w partnerstwa. Nie wszystko trzeba robić samemu.

Chciałbym też, żeby media z różnych części Afryki połączyły siły i wspólnie opowiadały światu historie naszego kontynentu. Nadal wierzę w wielkie rzeczy. Chcę, żeby historie z Ghany i całej Afryki docierały do globalnej publiczności.

Ten pociąg nadal jedzie.