Od Lagos do pałacu Buckingham. DJ Cuppy, gwiazda – afrykańskiej muzyki (WYWIAD)
Studiowała na Oksfordzie i w King's College London, współpracowała z Wyclefem Jeanem, Remą i Fireboyem DML, a doświadczenie zdobywała w firmie Jaya-Z. Poznała też króla Karola III. DJ Cuppy to jedna z najbardziej nietuzinkowych postaci afrykańskiej sceny muzycznej. Z Lagos, przez Londyn, trafiła także do Warszawy.
Ten artykuł jest częścią GQ The Business Issue powered by XYZ.
Przeczytaj inne tekstyAudio generowane przez AI. Może zawierać błędy.
Cuppy to pseudonim nigeryjskiej didżejki i filantropki Florence Ifeoluwy Otedoli, która w tym roku była muzyczną gwiazdą gali Top Charity Art w Warszawie. Mówi nam o swojej miłości do Afryki, tamtejszych ludzi i kultury. Rozmawiamy też o potędze filantropii, determinacji i edukacji. A także o tym, jak skutecznie łączyć liczne obowiązki i wciąż spełniać marzenia – swoje i innych.
Lech Podhalicz, GQ Poland: Uosabiasz ideę współczesnej kobiety renesansu: łączysz muzykę, filantropię, kulturę, edukację i działalność społeczną. Jak udaje ci się funkcjonować na tak wysokich obrotach?
Florence Ifeoluwy Otedoli: Odpowiedź jest prosta: wszystko zaczyna się od pasji. W mojej kulturze i w mojej tożsamości jest głęboko zakorzenione przekonanie, że jeśli coś jest warte zrobienia, trzeba zrobić to jak najlepiej. Zaczynałam jako didżejka, a muzyka dała mi scenę, występy, kontakt z publicznością. Oczywiście nie jestem niezniszczalna i też się męczę, ale kiedy staję za konsoletą, zapominam o wszystkim. I tak samo jest, kiedy wchodzę do klasy pełnej dzieci i rozmawiam z młodą afrykańską dziewczyną o istocie edukacji. Dziś to filantropia i zmienianie świata dają mi poczucie sprawczości. Przeszłam drogę od występowania do działania z misją, a pasja znajduje się dokładnie pośrodku.
Twój ojciec Femi Otedola jest jednym z najważniejszych nigeryjskich przedsiębiorców i inwestorów. Czego cię nauczył? Korzystasz z jego doświadczenia czy podążasz własną drogą?
Jedne z moich najwcześniejszych wspomnień to przejażdżki z tatą po Lagos, podczas których słuchaliśmy Feli Kutiego. Zanim dowiedziałam się czegokolwiek o biznesie, połączyła nas miłość do muzyki. Kiedy powiedziałam mu, że chcę zostać didżejką, wspierał mnie, ale nalegał, żebym skończyła studia. Nauczył mnie ciężkiej pracy, nieustannego rozwoju i wiary we własne pomysły. Do dziś korzystam z jego rad, choć działamy w różnych branżach. Edukacja, którą mi zapewnił, była wielkim przywilejem. Dlatego przez Cuppy Foundation chcę dawać młodym ludziom podobne możliwości. A najbardziej bawi nas to, że kiedyś byłam córką Femiego Otedoli, a dziś to on jest tatą Cuppy.

Czym jest dla ciebie działanie z misją, filantropia?
To coś więcej niż samo dawanie. Chodzi o przełamywanie cykli. Możesz pomóc jednej dziewczynce pójść do szkoły, ale prawdziwe pytanie brzmi: jak sprawić, żeby kolejne pokolenia też miały taką szansę?
Urodziłam się w Lagos, mieście pełnym energii, koloru i życia. Różnica między mną a młodą dziewczyną dorastającą dziś w tej metropolii często sprowadza się do jednego słowa: możliwości. Ja dostałam szansę, żeby realizować marzenia, więc moim obowiązkiem jest zostawić otwarte drzwi dla innych.
Jestem prawdopodobnie jedyną didżejką na świecie z czterema dyplomami uczelni wyższych. Pamiętam, jak uczyłam się za kulisami festiwali. Wierzę w słowa Nelsona Mandeli, że edukacja jest jednym z najpotężniejszych narzędzi zmieniania świata. Muzyka potrafi jednoczyć ludzi, ale edukacja daje im realną sprawczość. Chciałabym, żeby na świecie mogło być więcej takich dziewczyn jak ja – takich, które dostają szansę na szkołę, rozwój, a jeśli marzą o zostaniu globalną didżejką, również mają taką możliwość.
Co dało ci studiowanie na różnych kierunkach?
Nauczyłam się rzeczy, które przydają się przez całe życie: dyscyplinę, zarządzanie czasem, pracę z ludźmi, radzenie sobie z presją. Kiedy rozmawiam z młodymi dziewczynami, mówię im, że to, co studiują, nie ma aż tak wielkiego znaczenia. Najważniejsze, żeby nigdy nie przestawały się uczyć. Może dziś nie używam bezpośrednio wiedzy z ekonomii, którą studiowałam w Kolegium Królewskim, ani z politologii z Oksfordu, ale pewność siebie, którą dała mi edukacja, wykorzystuję codziennie. Każdy powinien mieć szansę zbudować w sobie taki fundament. Bycie międzynarodową didżejką nauczyło mnie z kolei adaptacji i rozumienia różnych kultur. Edukacja pokazuje, jak wielki jest świat i jak różnie można w nim żyć.
Jesteś światową ambasadorką afrykańskiej kultury. Co dziś najbardziej chcesz przekazać światu o tym kontynencie?
Jestem niezwykle dumna z tego, że pochodzę z Afryki. Dla mnie to najpiękniejsza część świata – nie tylko wizualnie czy estetycznie, lecz także wewnętrznie. Mam na myśli kulturę, kuchnię, modę, muzykę i filozofię życia. Najbardziej kocham w Afryce poczucie wspólnoty. Oczywiście nie wszystko działa tam idealnie, ale ludzie potrafią się jednoczyć niezależnie od okoliczności. Kiedy mówię o reprezentowaniu Afryki, nie mam na myśli tylko Nigerii, ale wszystkie 54 państwa tego kontynentu. Uważam, że bycie Afrykanką jest supermocą i świat dopiero zaczyna rozumieć, że Afryka jest przyszłością.
Po przylocie do Warszawy spotkałam na lotnisku Afrykanina, który poprosił mnie o selfie. To było piękne przypomnienie, że jesteśmy wszędzie. I gdziekolwiek jesteśmy, niesiemy ze sobą naszą wspólnotę. Afryka ma za sobą trudną historię, ale jej największą siłą są ludzie, a moje pokolenie pragnie napędzać przemianę. Widać to już dziś: afrykańscy projektanci zmieniają modę, nasi szefowie kuchni zdobywają międzynarodowe uznanie, muzycy biją rekordy streamingów i dostają nominacje do Grammy. Najważniejsze jest to, że pozostajemy sobą. Afrykańskości nie da się podrobić, bo jest w nas głęboko zakorzeniona.
Afrykańska moda jest jednym z kluczowych środków wyrazu twojej osobowości i nie odnosi się do samego poczucia stylu. Dlaczego to znacznie więcej?
Nie jestem didżejką, która po prostu gra muzykę: tworzę doświadczenie. I moda jest jego częścią. Ubrania powinny opowiadać historię, wyrażać człowieka i go wzmacniać. Styl jest dla mnie formą ekspresji, a ekspresja naturalnie się zmienia. Przez lata osią mojej tożsamości był róż. Ludzie pytają mnie, co się z nim stało – nie chciałam być zamknięta w jednym kolorze. Róż oznaczał dla mnie siłę, energię, odwagę, bezkompromisowość i kobiecość. To wszystko nadal mam w sobie, ale dziś umiem wyrażać się także z pomocą innych kolorów.
Kiedy 17 lat temu zaczynałam karierę, byłam młodą dziewczyną w branży zdominowanej przez mężczyzn. Róż pomagał mi zaznaczyć obecność i reprezentować kobiecość. Dziś przeszłam przez wiele drzwi, a niektóre sama wyważyłam, więc wiem, że mogę manifestować ją na wiele sposobów. Mój styl określiłabym jako żywy, zakorzeniony i autentyczny. Wiele osób kojarzy mnie z afrykańskimi projektantami. Zanim usłyszysz moją muzykę, zobaczysz moją kulturę w ubraniach, a ta jest pełna koloru. Nigeria leży blisko równika, słońce jest częścią naszego życia i naszej energii. Dlatego nasza moda jest kolorowa, muzyka jest przygodą, a jedzenie jest pikantne.
Których nigeryjskich projektantów warto dziś obserwować?
Jestem bardzo dumna z tego, co dzieje się teraz w Nigerii. Projektanci przesuwają granice i naprawdę zmieniają branżę mody. Wśród moich ulubionych są Lisa Folawiyo, Hertunba, Banke Kuku, Tsemaye Binitie i Sisi Jola, ale świetnych twórców jest znacznie więcej. Nie mogę się doczekać, żeby zobaczyć, gdzie afrykańska moda będzie za kilka lat.
Dziś bycie didżejką oznacza znacznie więcej niż tylko granie muzyki.
Czułam to od początku. Kiedy wydałam swój pierwszy album „Original Copy”, chciałam zabrać ludzi w podróż. W życiu didżeja przychodzi moment, kiedy samo granie cudzej muzyki przestaje wystarczać i chcesz tworzyć własną.
Praca nad albumem była dla mnie ważnym krokiem. Miałam na nim Wyclefa Jeana i Remę. Studio było dla mnie czymś zupełnie innym niż scena didżejska: zamiast konsolety – mikrofon. To było stresujące, ale wierzę, że trzeba się rozwijać i wypychać siebie poza strefę komfortu. Dziś didżej musi umieć wyrażać się także poza muzyką. Kiedy zaczynałam, kobiet za konsoletą było bardzo mało. Teraz jest ich coraz więcej i jestem dumna, że wchodzą do tej branży z taką siłą. Czy to jest proste? Nie. Bycie didżejką to zarwane noce, nieustanne podróże i życie, które potrafi być zaskakująco samotne. Z zewnątrz wygląda towarzysko, ale czasem jesteś tylko ty.
Mimo wszystko ta praca daje coś niezwykłego: możliwość wpływania na emocje ludzi. Na parkiecie widzisz, jak ich problemy na chwilę znikają. To uzależniająca moc muzyki, która jest jedną z najsilniejszych form komunikacji. Nawet kiedy nie występuję na żywo, często kuratoruję muzykę dla wydarzeń i tworzę atmosferę za pomocą dźwięków. Robiłam to m.in. dla The King’s Trust, gdzie miałam okazję grać dla samego króla Karola III. Muzyka nadaje wydarzeniu ton, nawet jeśli nie da się jej dotknąć. Kiedy przychodzę na event, zawsze najpierw przysłuchuję się, co gra w tle – to sygnalizuje mi, dokąd zmierza wieczór. Społeczność didżejska jest wyjątkowa, bo tworzą ją osoby, które naprawdę kochają muzykę i chcą ją głębiej rozumieć. Dzięki tej pracy poznałam ludzi z całego świata i zobaczyłam, jak muzyka zmienia lokalne społeczności. Nie zamieniłabym jej na nic innego.
Według ciebie nic nie dzieje się przypadkiem.
Mówię dużo o filantropii i o byciu didżejką, ale najbardziej dumna jestem z tego, że żyję swoją wiarą. Ludzie znają mnie jako Cuppy i widzą różne rzeczy, które osiągnęłam, ale myślę, że największym darem, jaki mogę ofiarować światu, jest moja wewnętrzna energia.
Nie wierzę, że rzeczy dzieją się przypadkiem. Nawet moja platforma jest dla mnie częścią celu danego przez Boga. Im więcej osiągam, tym bardziej rozumiem, że nie chodzi o rzeczy materialne, tylko o zmianę na lepsze. Jestem dumna ze swojej wiary i podekscytowana tym, że mogę robić znacznie więcej niż tylko grać muzykę. Mogę naprawdę wpływać na ludzi i nieść światu dobro – dzięki bożej łasce.
