Odwiedził wszystkie kraje świata i zdobył oba bieguny. Teraz organizuje ekstremalne wyprawy dla najbogatszych (WYWIAD)

Johan Ernst Nilson jako pierwszy człowiek na świecie zdobył Koronę Ziemi, dotarł na nartach na oba bieguny i odwiedził wszystkie kraje świata. Dziś organizuje luksusowe wyprawy dla milionerów, członków rodzin królewskich i prezesów korporacji, łącząc ekstremalne przygody z filantropią. W rozmowie z Olivierem Janiakiem opowiada o biznesie, który zbudował wokół podróży, i cenie, jaką zapłacił za życie w drodze.

Johan Ernst
Johan Ernst. Fot. Jacek Poremba

Ten artykuł jest częścią GQ The Business Issue powered by XYZ.

Przeczytaj inne teksty
Loading the Elevenlabs Text to Speech AudioNative Player...

Audio generowane przez AI. Może zawierać błędy.

Kim jest człowiek, który widział wszystko? W 2007 r. szedł na Everest z norweskim zespołem, przez 54 godziny pokonując w głębokim śniegu trasę od bazy na szczyt i z powrotem, także przez strefę śmierci. Kilka lat później wrócił w rejon najwyższej góry świata z projektem „Saving Everest”. Uczestnicy akcji znieśli stamtąd ponad osiem ton śmieci.

W 2011 r., kiedy wyruszył z bieguna północnego w kierunku Kanady, ciągnąc za sobą sanie, lód załamał się pod nim, ale zdołał wypełznąć na krawędź grubej pokrywy lodowej, zanim doszło do hipotermii. W Cieśninie Drake’a przeżył ośmiodniowy, potężny sztorm. W 2015 r. w Nepalu, w czasie katastrofalnego trzęsienia ziemi, zawaliły się nad nim ściany buddyjskiego klasztoru. Wygrzebał się spod gruzów i przez kolejne cztery miesiące pomagał w poszukiwaniu rannych, a następnie w odbudowie wsi.

Chciałby naprawić świat. Powstrzymać zmiany klimatu. Zachować dla wszystkich piękno dzikiej natury. Widziałem jego zdjęcia na Instagramie. W polarnej kurtce albo w koszuli khaki, kiedy pieszo przemierza Serengeti. Ale dziś ma na sobie smoking. Uszyty na miarę. Bo jak mało kto potrafi łączyć światy. Ten codzienny, prawdziwy, często naznaczony biedą i ukryty w odległych zakątkach globu, z tym wytwornym, eleganckim, bogatym i dla większości niedostępnym. Jaki ma na to sposób? Co pragnie osiągnąć, żyjąc pomiędzy tymi – zdawałoby się – skrajnymi rzeczywistościami?

Spotykamy się w Wenecji, dwa lata po tym, jak ukończył swój projekt Grand Slam. Szczupły, niebieskooki blondyn o ujmującym uśmiechu nie ma w sobie na pozór nic ze zwalistych brodaczy Nansena czy Amundsena, którzy otworzyli ludzkości drogę do biegunów Ziemi. Stanął przed chwilą na tle pomarańczowej ściany z jednym tylko napisem: „TOP CHARITY 2026”. Po pięciu polskich odsłonach aukcji dzieł sztuki, które przyniosły łącznie 230 mln zł dla potrzebujących, przyszedł czas na pierwszą światową edycję. Johan Ernst Nilson wystawił na tej aukcji kameralną wyprawę do Etiopii i Erytrei, organizowaną z jego udziałem. Licytacja przyniosła 390 tys. euro.

Pomyślałem, że to dobre miejsce, żeby porozmawiać z kimś, kto pokonał drogę z bieguna na biegun, wykorzystując przede wszystkim siłę własnych mięśni i natury – na nartach, z psim zaprzęgiem, na rowerze, pieszo przez dżunglę czy łodzią wiosłową. I nie robi tego wszystkiego tylko dla siebie.

Olivier Janiak, GQ: Ile już lat żyjesz w podróży?

Johan Ernst Nilson: Zaczęło się w 1994 r. Byłem niepewnym siebie chłopakiem, któremu nie szło zbyt dobrze na lekcjach wychowania fizycznego. Grałem za to nieźle na fortepianie. Przyjaciel skomentował, że mam do tego talent. Odpowiedziałem, że nie chodzi o talent, ale o ćwiczenie, skupienie i motywację. Nie zgodził się, uznał, że to nie wystarczy, żeby ktoś słaby z WF pojechał rowerem do Afryki. Założyliśmy się. Sam sobie chciałem udowodnić, że jestem supermenem. Nigdy nim nie byłem, ale nie poddawałem się. Ruszyłem w drogę i odkryłem, jaki piękny jest świat. I jaki jest kruchy. Zrozumiałem, jak łatwo go zniszczyć, i zapragnąłem o tym opowiedzieć. Zacząłem kręcić filmy, robić zdjęcia, organizować wystawy, a potem uświadomiłem sobie, że chcę zabierać ludzi w najpiękniejsze miejsca w nadziei, że kiedy to zobaczą, zrozumieją i zrobią coś, żeby lodowce przestały znikać. Zabrałem dwadzieścia osób na Kilimandżaro. Plecaki, namioty, kurtki Fjällräven... W czasie tej wyprawy pojąłem, że to niczego nie zmieni, że muszę dotrzeć do innych osób, takich, które mają realny wpływ na rzeczywistość: do polityków, koronowanych głów, najważniejszych dziennikarzy, osobistości świata kultury. Tylko oni mogą coś zmienić. Zabrałem na wyprawę do Afryki pewnego milionera, a on przekazał 7 mln dolarów na rzecz ochrony dzikich zwierząt. Zabrałem innego i przekonał rząd tego kraju do zmiany przepisów dotyczących ochrony przyrody. Odtąd skupiłem się na pracy z ludźmi, którzy naprawdę mogą przyczynić się do zmian. Media nazwały mnie przygodowym aktywistą, bo łączę filantropię i działalność charytatywną z przygodą w ekstremalnych warunkach, w których zapewniam swoim partnerom luksus i bezpieczeństwo. Wystawiam takie podróże na licytację podczas najważniejszych wydarzeń charytatywnych na świecie. Takich jak gale amfAR, organizowane na rzecz badań nad AIDS. Zbierają nawet po 20 mln dolarów w ciągu wieczora.

A ty? Zarabiasz podczas tych imprez?

Nie, ale rozbudowuję sieć kontaktów. Dla kogoś, kto wylicytuje wyprawę ze mną, to będzie taka przygoda, że odezwie się wkrótce i zapyta: „Może znowu byśmy coś wspólnie przeżyli?”. W ten sposób staje się moim klientem. 

Zanim doszedł do tego miejsca, Johan dokonał kilku niesamowitych wyczynów. Wyruszył w podróż z bieguna północnego na południowy 6 kwietnia 2011 r., w 102. rocznicę daty, w której Robert Peary miał dotrzeć do bieguna północnego. Do celu dotarł w styczniu 2012 r., sto lat po wyprawie Roberta Scotta. Już na Antarktydzie, rzucony na lód przez huraganowy wiatr, połamał żebra i odmroził palce. Ale doszedł. Podróż trwała dziesięć miesięcy. Przemieszczał się na nartach, psim zaprzęgiem, na rowerze z Kanady na południe przez obie Ameryki, szedł pieszo przez dżunglę, żeglował, płynął łodzią wiosłową i zjeżdżał z lodowca ciągnięty przez latawiec.

Swoje wyczyny dedykuje planecie Ziemia. Powstrzymanie globalnego ocieplenia traktuje jak misję. Pierwszy film o wpływie działalności człowieka na klimat nakręcił w 1997 r. – dziewięć lat przed premierą „Niewygodnej prawdy” z udziałem Ala Gore’a.

Dlaczego to dla ciebie ważne?

Wszystkie globalne zagrożenia: zmiany klimatu, ubóstwo, groźbę wojny nuklearnej, głód, brak dostępu do wody pitnej, łączy człowiek. My tworzymy zagrożenie. I my możemy uczynić różnicę, ale zwykle oczekujemy, że zrobi to ktoś inny, że ktoś inny rozwiąże problem plastiku. Rozumiem, że nie każdy może wszystko, ale każdy może pomóc starszej osobie ponieść walizkę.

Albo zacząć znosić śmieci z Everestu.

8 mld ludzi nie może pojechać w Himalaje, ale każdy może zrobić coś dobrego wokół siebie. Moja misja to nie czyszczenie Everestu, ale komunikacja, informacja i edukacja. Musimy się komunikować, żeby się nawzajem rozumieć. Musimy mieć wiedzę o tym, jak naprawdę jest. Kiedy ruszyłem w moją pierwszą podróż, do Maroka, w 1994 roku, koledzy ostrzegali, że tam wszyscy kradną, a ja nie spotkałem ani jednego złodzieja. Prawda jest inna niż wyobrażenia. Odwiedziłem wszystkie kraje świata i za każdym razem było podobnie. Słyszałem, jaka to jest Korea Północna, jaki Turkmenistan, jak niebezpieczny jest Afganistan, ale było inaczej.

Zawsze są to pozytywne zaskoczenia?

Bywam rozczarowany wpływem globalizacji. Jestem na Karaibach. Jaką mają walutę? Dolary amerykańskie. Lokalne potrawy? Burgery i pizza. A język? Wszyscy mówią po angielsku. Wszędzie są te same hotele globalnych sieci. Bardzo lubię Kubę czy Wenezuelę. Są ubogie, ale prawdziwe. Korea Północna też jest prawdziwa, ale tam jest też prawdziwe zło. Afganistan ma mnóstwo problemów, ale chciałem przyjrzeć się mu z bliska. Tajlandia jest ciekawa, ale bardzo nowoczesna. Nie ma już śladów po dawnym Syjamie. We wsiach Kambodży czy Laosu wciąż możesz zobaczyć prawdziwe życie.

Zabierasz bogatych ludzi w prawdziwe miejsca. Czego oni oczekują?

Przygody, luksusu i okazji, żeby mogli czynić dobro. Jeśli ze mną wyruszysz, zadbam, żebyś był bezpieczny, miał osobistą asystę, prywatny samolot, opiekę medyczną na najwyższym poziomie. Jadę na każdą wyprawę, do miejsca, które wcześniej sam sprawdziłem. Weryfikuję też organizacje, które mogą otrzymać darowizny. Kiedyś pojechaliśmy w Himalaje z grupą prezesów korporacji, którzy zlekceważyli kwestie filantropii. Obchodziła ich jedynie luksusowa przygoda. Przyszliśmy do wsi, otworzyliśmy drzwi, a tam stały dzieci z ich imionami na tabliczkach, pełne wdzięczności, bo wcześniej przelałem tej właśnie szkole pieniądze na cały rok działalności. Prezesi zaczęli wtedy płakać. Zrozumieli, że to nie jest to samo co przelew na Czerwony Krzyż, kiedy nie masz pojęcia, na co zostanie przeznaczona darowizna. Kiedy popatrzysz w oczy ludziom, którym pomagasz, to wszystko się zmienia.

Co to znaczy, że wcześniej przelałeś pieniądze?

Część charytatywna jest zawsze uwzględniona w cenie wyprawy. Jeśli kosztuje to np. 1 tys. euro, płacisz 1300 euro. Różnica trafia na cel dobroczynny. W trakcie wyprawy odwiedzasz więc miejsce, do którego trafiły twoje pieniądze, a kiedy wracasz, opowiadasz znajomym właśnie o tym, gwarantuję ci. Za każdym razem scenariusz jest taki sam.

Czego ludzie z listy najbogatszych potrzebują w luksusowej podróży?

Zaspokojenia swoich potrzeb. W Himalajach ręczniki zawsze są wilgotne, a ja zawsze podaję swoim ludziom suche. Przychodzisz do kantyny po kilku godzinach marszu w pyle i kurzu, a tam czeka na ciebie ktoś z czystym, gorącym ręcznikiem. To robi różnicę. Ludzie nie byliby szczęśliwi, gdyby ich nie dostali. Mamy dla nich zawsze zapasowe okulary, jeśli je zgubią, buty, jeśli je zniszczą. Myślę o wielu, wielu drobnych sprawach, o których nikt inny w Himalajach nie myśli. Uczestnicy innych wypraw jedzą owsiankę, a nam śmigłowiec dowozi codziennie świeże warzywa i owoce. Widzisz, co jedzą inni wokół ciebie, i rozumiesz, że w całych Himalajach tylko ty jeden masz taki luksus.

A względy bezpieczeństwa?

Kiedy zabierasz na wyprawę członków rodziny prezydenta Kazachstanu czy rodziny królewskiej, musisz być świadomy zagrożeń. Musisz być na wszystko gotowy, a klienci muszą mieć pewność, że o nic nie muszą się martwić. Ostatnio miałem takich ludzi w Nowej Zelandii i w Australii. Dziesięć osób przyleciało do Sydney. Miałem dla nich wszystko przygotowane, w odpowiednich rozmiarach i ulubionych kolorach. Chcieli wspinać się drogą, na której nikogo nie będzie. Podjąłem 22 próby, żeby znaleźć taką trasę, która jednocześnie miałaby odpowiedni stopień trudności. Przygotowałem asekurację. Musieliśmy też zbudować luksusowe obozowisko z własnym systemem uzdatniania wody. Ten biznes bywa skomplikowany.

Jakie kierunki są teraz modne?

Klienci lubią nieoczywiste kierunki. Kirgistan, Tadżykistan, Uzbekistan. Możesz obcować z dziką przyrodą, jeść z ceramiki, która ma 500 lat, i nie zobaczyć ani jednego T-shirtu ze Spider-Manem. Są jeszcze takie miejsca. W Omanie, Arabii Saudyjskiej czy Bhutanie, choć tam nie wolno się wspinać, ciągle towarzyszy ci miejscowy „przewodnik” i zmiana trasy jest zakazana. Jeśli połączysz to z trekkingiem w Nepalu, przelotem śmigłowcem dookoła Everestu i relaksem w kurorcie sieci Six Senses lub Aman, to będzie wspaniale.

Jaką cenę ty płacisz za takie życie?

Nie miałem czasu założyć rodziny. Spędziłem trzy tysiące nocy pod namiotami. Osiem i pół roku w podróży w ciągu ostatnich dziesięciu lat. Są też drobiazgi – złamałem kręgosłup, mam odmrożenia na nosie, na palcach. Cierpią relacje z przyjaciółmi. Kiedy wracam do Szwecji, którą opuściłem 30 lat temu, nie jestem częścią żadnej paczki szkolnych kolegów. Gdziekolwiek się pojawię, mam mnóstwo znajomych, ale naprawdę bliskich tylko w Sztokholmie – kilku gości, z którymi zawsze mógłbym wyskoczyć na drinka, ale przecież co weekend jestem w innym miejscu na świecie.

Od czego w twoim fachu zależy poczucie szczęścia?

Odkrywcy mają słabą pamięć. Zapominają o trudnościach, nawet jeśli to, co przeżyli na górze, było naprawdę granicznym doświadczeniem. Szczęście ze zdobycia szczytu też trwa krótko. Moim szczęściem jest obserwowanie szczęścia innych ludzi. Moja rodzina zajmuje się filantropią od ponad 100 lat. Pradziadek był naprawdę zamożny i przekazał swój majątek na cele dobroczynne. Jako dziecko spotykałem lekarzy, profesorów, badaczy. Rozumiałem, czym są laboratoryjne badania medyczne i jak cenne jest ich wspieranie. Kiedy zacząłem przygodę z podróżami, było oczywiste, że będą powiązane z działalnością filantropijną, choć nie spodziewałem się, że zaangażowane kwoty sięgną milionów dolarów.