Kategoria artykułu: Biznes

Polak szefem najpotężniejszej biznesowej organizacji w Europie. Mówi, co zrobić, by kontynent wrócił do gry

Maciej Witucki od lipca pokieruje BusinessEurope, organizacją zrzeszającą 20 mln firm. Przekonuje, że Europa wciąż ma ogromne atuty, ale musi lepiej wykorzystać kapitał, przemysł i technologie. Ostrzega przed stagnacją, populizmem i nadmiarem barier na wspólnym rynku. Alternatywa? Europa jako piękny skansen.

Od 2022 roku Maciej Witucki reprezentował Konfederację Lewiatan w BusinessEurope jako wiceprezydent tej największej europejskiej organizacji przedsiębiorców i jej specjalny wysłannik ds. współpracy z Ukrainą. Fot. PAP

Z tego artykułu dowiesz się…

  1. Jak Maciej Witucki został szefem BusinessEurope i dlaczego jego wybór to sygnał rosnącej pozycji Polski w Europie.
  2. Jakie reformy – jego zdaniem – mają pomóc Europie wrócić do globalnej gry.
  3. Jakie są największe zagrożenia dla europejskiego biznesu i jak można im się przeciwstawić
Loading the Elevenlabs Text to Speech AudioNative Player...

Grzegorz Nawacki, XYZ: Jak to się stało, że Polak został prezydentem największej i najbardziej wpływowej organizacji biznesowej w Europie?

Maciej Witucki, od 1 lipca prezydent BusinessEurope: Nie chcę, żeby to zabrzmiało nieskromnie, ale to nie był przypadek. Na ten sukces złożyło się 25 lat inwestowania Konfederacji Lewiatan w Brukseli. To Henryka Bochniarz wpadła na pomysł, by otworzyć tam biuro, gdy Unia Europejska dla Polski była jeszcze pieśnią przyszłości. Drugi powód to fakt, że Polska jest dziś po prostu „na fali”. Awans do G20 sprawił, że nasz kraj jest na ustach całego świata. Do Lewiatana od dwóch lat przyjeżdżają „wycieczki”, z całej Europy, żeby podziwiać jakość infrastruktury, rozmach inwestycji czy rzadko spotykany na kontynencie fakt, że pociągi jeżdżą i się nie spóźniają. Jesteśmy modni, a wybór mnie to dowód na to, że nasz soft power wreszcie działa. Ale to była też ciężka praca – rok kampanii i odwiedzenie niemal wszystkich stolic europejskich.

Czym tak naprawdę jest BusinessEurope? Brzmi jak kolejna brukselska instytucja.

To organizacja reprezentująca ponad 20 milionów firm poprzez krajowe konfederacje. W przeciwieństwie do polskiego „rozbicia dzielnicowego”, gdzie mamy w radzie dialogu społecznego siedem organizacji pracodawców, w Europie to BusinessEurope jest jedynym reprezentantem zapisanym w Traktacie z Maastricht. Kierownictwo BusinessEurope ma regularne spotkania w cztery oczy z przewodnicząca Komisji Europejskiej, jesteśmy też członkiem delegacji UE podczas oficjalnych wizyt. Siła wpływu jest więc ogromna.  

Najbardziej jednak podoba mi się określenie z jednego z artykułów sprzed lat: „BusinessEurope – Gwiazda Śmierci korporacyjnego lobbingu”. I to jest komplement! Naszym zadaniem jest prosta rzecz: walka o legislację przyjazną dla biznesu.

Warto wiedzieć

Bank, telekomunikacja i Bruksela

Maciej Witucki to jeden z najbardziej rozpoznawalnych polskich menedżerów. Inżynier z wykształcenia – absolwent Politechniki Poznańskiej i paryskiej École Centrale. Karierę w polskim biznesie zaczynał w latach 90. od banku Cetelem, by następnie zostać prezesem Lukas Banku. Od 2006 r., przez 7 lat stał na czele Telekomunikacji Polskiej i Orange Polska. W latach 2016-2019 był prezesem giełdowej spóki Work Service. W czerwcu 2019 r. został prezydentem Konfederacji Lewiatan i kierował tą organizacją przez 6 lat. I to właśnie jako jej członek został szefem BusinessEurope.

BusinessEurope to największa organizacja biznesowa w Europie, zrzeszająca 42 federacje pracodawców z 36 krajów, która reprezentuje interesy przedsiębiorców wobec instytucji Unii Europejskiej. Reprezentuje ponad 20 milionów firm.

Jaki jest pana cel w nowej roli, co uzna pan za sukces?

Jestem wybrany na dwuletnią kadencję z opcją wydłużenia o kolejną. Zakładając więc, że dane mi będzie pełnić funkcję przez cztery lata, to sukcesem będzie zmiana myślenia w Europie. Jeśli nie pokażemy obywatelom Francji czy Niemiec, że gospodarka rośnie dzięki deregulacji, to oni uwierzą populistom typu Marine Le Pen czy Farage. Musimy potrząsać Brukselą, udrożnić wspólny rynek. Czy pan wie, że przez lokalne lobby kontrolerów lotów 30 proc. europejskiego nieba jest „pustą dziurą”, której nie wykorzystujemy? I takich przykładów, gdy w imię ochrony jakiejś małej grupy ogranicza się wolny rynek w UE, jest mnóstwo. Moim celem jest sprawić, by „Stara Europa” przestała normalizować kolejne kryzysy, złapała oddech i działała dużo szybciej niż dotychczas.

Albo jesteśmy odważni, albo przegrani. Nie chcę mówić, że „bój to jest nasz ostatni”, ale jesteśmy blisko granicy.

Czego potrzebuje Europa?

Udrożnienia wolnego rynku. Mimo że wspólny rynek istnieje od 40 lat, wciąż jest dławiony przez lokalne bariery chroniące drobne interesy narodowe. To tak naprawdę ukryte cła, sięgają od 40 proc. do nawet 100 proc. Europa traci na tym gigantyczne pieniądze.

Zamiast tworzyć kolejne bariery, Unia musi postawić na deregulację, która pozwoli gospodarce rosnąć, to jedyna skuteczna odpowiedź na rosnący populizm.

I trzeba stworzyć warunki do konsolidacji. Lata temu zablokowano fuzję Alstomu z Siemensem i teraz nawet w Brukseli słychać, że to był błąd. Europa musi tworzyć „europejskich czempionów” na wzór Airbusa, zwłaszcza w sektorze zbrojeniowym, energetyce, telekomunikacji i sektorze cyfrowym.

Tylko czy w dobie, gdy populizm popłaca w polityce, można oczekiwać od polityków odważnych reform?

Albo jesteśmy odważni, albo przegrani. Nie chcę mówić, że „bój to jest nasz ostatni”, ale jesteśmy blisko granicy.

Polak będzie pilnował polskich interesów czy europejskich?

Moim zadaniem jest pilnowanie wspólnego interesu, bo polskie interesy to są interesy europejskie. Jeśli europejski projekt się zawali, Polska nie przetrwa jako samotna wyspa.

Wspomniał pan o „rozbiciu dzielnicowym” polskich organizacji biznesowych. Ale czy w tak gigantycznej organizacji jak BusinessEurope w ogóle da się wypracować wspólne stanowisko? Interesy Niemców, Francuzów czy Polaków bywają przecież sprzeczne. Interesy branż często też. A na końcu – interesy konkurujących firm.

To nieustająca negocjacja, jak na konklawe – ugniatamy konsensus, aż pojawi się biały dym. Niestety ubocznym efektem tej metody jest częste wybieranie „najniższego wspólnego mianownika”. Jeśli ktoś krzyknie „no pasarán”, to wszyscy zniżają się do poziomu, który dało się uśrednić. Ale biznes, świadomy globalnych wyzwań i zagrożeń, jest dziś coraz odważniejszy w formułowaniu swoich oczekiwań, a co ważne o wiele bardziej federalistyczny niż politycy. Nawet największe gospodarki, Francuzi, Włosi czy Niemcy wiedzą, że sami nie ustoją w starciu z Indiami czy Indonezją. Wybór jest prosty: albo współpracujemy i się konsolidujemy, albo otaczamy narodowo-suwerenistycznymi murami i myślimy, że przetrwamy. To drugie absolutnie nie zadziała.

Jednak są tematy, które różnią Europę. Weźmy umowę Mercosur – branża motoryzacyjna jest za, rolnicza – przeciw.

A BusinessEurope zdecydowanie za, tak jak za każdą umową wprowadzającą wolny handel. Mercosur to dobry przykład, w Polsce słyszałem „jesteśmy przeciw, bo największym beneficjentem będą Niemcy. To ja się pytam: a kto będzie drugim?  Główny podwykonawca Niemiec, czyli Polska.

Eksport wołowiny z Polski to ok. 2 mld euro, a części samochodowych to 48 mld euro rocznie. Nie możemy się zamykać na tę umowę w imię ochrony 1,5 proc. europejskiego PKB. Tym bardziej, że pozostałe 98,5 proc proc. gospodarki wygeneruje wystarczające pieniądze na ewentualne osłony dla sektora rolnego.

Tylko przez czteroletnie opóźnienie negocjacji umowy Mercosur Europa straciła już ponad 290 mld euro potencjalnych wpływów z wolnego rynku. Tymczasem wartość koniecznych osłon dla rolników szacowano na 6 mld euro. Biznes musi wspierać polityków w przekazywaniu Europejczykom tego typu informacji, aby zwiększyć naszą odporność na manipulacje i fake newsy z portali społecznościowych sabotujące nasz rozwój. A Europa musi wychodzić na zewnątrz i sprzedawać. To jest klucz do dalszego wzrostu, w tym również utrzymania naszego cennego, lecz kosztownego modelu społecznego.

Musimy więc mieć wspólną strategię albo... pozostanie nam rola skansenu w którym nasze dzieci i wnuki będą pełniły funkcje hotelarsko-gastronomiczne.

Tylko że na tych globalnych rynkach musimy konkurować z Chinami i USA. Nie brak głosów, że nie mamy w tej rywalizacji szans.

Musimy jak najszybciej wypracować wspólny europejski model współistnienia z Chinami i określić, co i jak chronimy, a gdzie współpracujemy. Chiny, ale też USA, Indie czy Indonezja nie będą na nas czekały. Musimy więc mieć wspólną strategię albo... pozostanie nam rola skansenu w którym nasze dzieci i wnuki będą pełniły funkcje hotelarsko-gastronomiczne. Europa jednak wciąż ma aktywa w tej rywalizacji. To prawda, że na liście 10 najbogatszych ludzi na świecie jest tylko jeden Europejczyk, ale nie oznacza to, że nie mamy kapitału. Przeciwnie, jest ogromny i mógłby być wykorzystany na coś więcej niż finansowanie emerytur.

Europa wciąż posiada ogromy kapitał ludzki, miliony przedsiębiorczych obywateli, mnóstwo nowoczesnych fabryk, rozwinięty przemysł. To stanowi o realnej sile kontynentu. Atutem jest też siła małych i średnich przedsiębiorstw z obrotami rzędu miliarda euro i wykazujących dużą dynamikę wzrostu.

Gdyby pewna niemiecka firma przestała wysyłać swoje lasery na Tajwan, zatrzymają się maszyny do produkcji chipów, a w USA stanie produkcja amerykańskich F-35.

To skąd taki pesymizm w dyskusjach o pozycji Europy?

Bo nie mamy biznesowych gwiazd wykreowanych w przestrzeni publicznej, jak Amerykanie. Nie mamy też chatów AI ani fabryki półprzewodników. A przemysł jest obecnie mniej „sexy” niż sztuczna inteligencja. Ale nie oznacza to, że nie mamy kluczowych technologii, na których możemy zbudować silną pozycję negocjacyjną. Gdyby pewna niemiecka firma przestała wysyłać swoje lasery na Tajwan, zatrzymają się maszyny do produkcji chipów, a w USA stanie produkcja amerykańskich F-35. To tylko jeden z tysięcy przykładów. Mniej spektakularnych niż AI czy SpaceX, ale mamy technologie, którymi możemy szachować świat. Musimy tylko przestać się bać konsolidacji. Jeszcze Europa nie zginęła, wciąż mamy argument w światowej grze. 

Brakiem chatów AI w Europie bym się nie przejmował. Najbogatszym człowiekiem na świecie nie został twórca internetu, tylko Jeff Bezos, który wymyślił jak na nim zarabiać.

To, co pan redaktor mówi, to miód na moje serce. Europa potrafi skutecznie wykorzystywać narzędzia stworzone przez innych, weźmy takiego excela stworzonego przez Microsoft. W Europie wykorzystaliśmy to narzędzie do rozwijania biznesu, w sposób, który nawet Billowi Gatesowi się nie śnił. Możemy to powtórzyć w przypadku sztucznej inteligencji.

To prawda, że Europa ma ogromny majątek, tylko że on słabo pracuje na rzecz gospodarki. W Polsce mamy 2 biliony złotych na rachunkach bankowych i potężne pieniądze w mieszkaniach na wynajem.

To prawda, kapitał w Europie jest zamrożony i dobrze byłoby go skierować na giełdę i do funduszy inwestycyjnych. Łatwość pozyskania kapitału to duża przewaga firm amerykańskich.

W Polsce ten problem jest jeszcze bardziej jaskrawy, tylko że jak słyszę o rozwijaniu GPW, to przypominam jak bardzo jest „skrzywiona” przez politykę. Dominacja spółek z udziałem Skarbu Państwa powoduje, że to nie jest do końca „niezależny rynek”. Inwestorzy od wielu lat widzą, że wartość ich akcji i miliardowe skoki kursów nie zależą od wyników firmy, ale od „tweeta polityka albo jakiejś radosnej wypowiedzi w mediach”. W takich warunkach trudno się dziwić, że ludzie boją się ryzykować swoją emeryturą.

Czyżby nawoływał pan do prywatyzacji?

To niemodne słowo. Musimy zdemonopolizować polską gospodarkę, bo nadmiar państwa w biznesie zabija zaufanie, a bez zaufania rynek kapitałowy nie istnieje. Mamy mnóstwo pieniędzy, świetne technologie i gigantyczny rynek, ale musimy przywrócić wiarę w to, że o sukcesie decyduje efektywność, a nie polityczne układy. Jeśli uda nam się udrożnić te kanały, to polski i europejski kapitał może sfinansować wzrost, o jakim nam się nie śniło.

Często podaje pan przykład Airbusa jako wzór do naśladowania. Dlaczego?

Bo to projekt europejski, który radzi sobie lepiej niż amerykański konkurent. Marzy mi się taka „obsesja na Airbusa” w innych branżach. Zamiast kupować energetykę jądrową od Francuzów, wejdźmy w to razem. Zamiast produkować kilkanaście rodzajów sprzętu wojskowego, zróbmy jeden europejski czołg i jeden samolot. Obecnie każdy kraj produkuje własne produkty, a potem rywalizuje z innymi producentami europejskimi o zamówienia. UE powinna scentralizować zamówienia zbrojeniowe, a biznes na te potrzeby odpowie, jeśli trzeba to przez szybką konsolidację.

Gdyby siedział tu z nami ktoś z przemysłu, to od razu by powiedział, że największym problemem są wysokie ceny energii wynikające z polityki klimatycznej.

Polska dostała 150 miliardów złotych z ETS-ów i tylko 6 proc. poszło na transformację. Przejedliśmy te pieniądze, zamiast zbudować za nie np. dwie elektrownie atomowe. Teraz nawet Przewodnicząca Ursula von der Leyen mówi, że atom musi być stabilizującą podstawą naszego miksu energetycznego. Nie jesteśmy Szwedami czy Norwegami, nie wpompujemy wody na Rysy, żeby mieć elektrownię szczytowo-pompową. Natomiast elektryfikacja gospodarki to jedyna droga do prawdziwego europejskiego bezpieczeństwa, czego nauczyła nas przygoda z Nord Stream czy ostatnie wydarzenia w Cieśninie Ormuz.

Bije od pana optymizm, mimo że wyzwań sporo.

Taki jestem. Natomiast pesymizm jest ogromnym problemem Europy. W Polsce mamy „bańkę złotego wieku” i tego nie odczuwamy. Na Zachodzie żyją miliony sfrustrowanych Europejczyków, towarzyszy im silne poczucie przygnębienia i zagrożenia stagnacją. Obserwują degradację infrastruktury i pogarszanie się warunków życia. To skrajnie niebezpieczny trend, ponieważ jeśli obywatele Francji, Niemiec czy Włoch nie zobaczą wzrostu gospodarczego i poprawy jakości życia, uwierzą „czarodziejom” pokroju Marine Le Pen czy Nigela Farage’a. Ci z kolei obiecują nierealne rozwiązania, jak drukowanie pieniędzy czy rozmontowanie Brukseli. Europejczycy muszą poczuć więcej korzyści z UE niż tylko możliwość podróżowania bez paszportu i to że opłaty za roaming spadły. Europa musi odważnie ruszyć do przodu z deregulacją i wspólnymi projektami, by pokazać ludziom realną wartość dodaną z bycia we wspólnocie.

Na Zachodzie żyją miliony sfrustrowanych Europejczyków, towarzyszy im silne poczucie przygnębienia i zagrożenia stagnacją. To skrajnie niebezpieczny trend, ponieważ jeśli obywatele Francji, Niemiec czy Włoch nie zobaczą wzrostu gospodarczego i poprawy jakości życia, uwierzą „czarodziejom” pokroju Marine Le Pen czy Nigela Farage’a.

Po co panu ta nowa rola? Obserwując niedawne aktywności, raczej stawiałem, że jest bardziej pan w nastroju do podróży kamperem dookoła świata.

Bo to ogromne wyzwanie. Już naprawdę jesteśmy na granicy. Albo się okaże, że Matka Europa złapała oddech i przestała być w stanie zawałowym, albo będę oglądał populistów spotykających się na zjazdach z innymi populistami z reszty świata i przejmujących rządy w Europie. Przed nami kluczowe cztery lata i nie chcę stać z boku.

Główne wnioski

  1. Wybór Macieja Wituckiego na szefa BusinessEurope pokazuje, że Polska zyskała w Europie nową pozycję. Witucki przedstawia swoją nominację nie jako przypadek, ale efekt wieloletniej pracy Konfederacji Lewiatan w Brukseli oraz rosnącego znaczenia Polski jako kraju dynamicznego, inwestującego i coraz częściej postrzeganego jako przykład gospodarczego sukcesu. Jego zdaniem to dowód, że polski soft power zaczyna realnie działać.
  2. Europa potrzebuje mniej barier, więcej odwagi i szybszej deregulacji. Głównym przesłaniem Wituckiego jest teza, że wspólny rynek wciąż nie działa tak, jak powinien, bo blokują go lokalne interesy, ukryte bariery i zbyt ostrożna polityka. Bez deregulacji, konsolidacji i większej skuteczności gospodarczej Europa może przegrać rywalizację z USA, Chinami, Indiami czy innymi rosnącymi potęgami.
  3. Kluczem do przetrwania europejskiego modelu społecznego jest silniejszy biznes, kapitał i przemysł. Witucki przekonuje, że Europa wciąż ma ogromne atuty: kapitał, technologie, przemysł i przedsiębiorcze firmy. Problemem jest jednak zbyt słabe wykorzystanie tych zasobów. Dlatego wskazuje na potrzebę budowania europejskich czempionów, lepszego uruchomienia kapitału prywatnego i większej współpracy w strategicznych sektorach, takich jak energetyka, obronność, telekomunikacja czy technologie cyfrowe.