Polak zawalczy w najbardziej niespodziewanej walce roku. W boksie coraz bardziej liczy się show
Nikt nie był w stanie tego przewidzieć: 47-letni Mariusz Wach raz jeszcze dostał szansę niezwykle głośnej walki. Ale czy w pojedynku z Tysonem Furym na pewno chodzi o boks?
Z tego odcinka dowiesz się…
- Dlaczego ogłoszenie walki Mariusza Wacha z Tysonem Furym to tak duże zaskoczenie.
- Co sprawia, że w boksie coraz częściej walczą przedstawiciele innych sportów walki.
- Czy reaktywacja Polskiej Ligi Boksu okazała się sukcesem.
Wideocast
Powiększ video
Wideocast
Powiększ audio
Ogłoszenie pojedynku Tysona Fury'ego z Mariuszem Wachem wywołało więcej zdziwienia niż entuzjazmu. W przeszłości Polak walczył o tytuły mistrza świata z Wołodymyrem Kliczko czy Aleksandrem Powietkinem. To było jednak ponad 10 lat temu. W tym roku Mariusz Wach skończy 47 lat. Od dawna nie należy do światowej czołówki, a niedawno zdarzyło mu się wziąć udział w rozrywkowej walce w oktagonie, w której naprzeciwko niego stanęło trzech mężczyzn. Dlatego gdy pojawiła się informacja, że pod koniec lipca skrzyżuje rękawice z Tysonem Furym, wciąż będącym jednym z najgłośniejszych nazwisk wagi ciężkiej, wszyscy byli kompletnie zaskoczeni.
– To jest jedna z najbardziej kuriozalnych walk, jakie ja przerobiłem w trakcie mojej kariery przy boksie zawodowym. A widzieliśmy dużo dziwnych rzeczy – mówi Piotr Jagiełło, dziennikarz i komentator boksu, będący gościem podcastu „Sport to pieniądz”.
Jego zdaniem dla Mariusza Wacha to świetna okazja do zarobku i szansa na rozpisanie kolejnych walk, będących efektem przypomnienia o sobie bokserskiemu światu.
Netflix zmienia zasady gry
– Ten pojedynek nie ma żadnego sensu, jeżeli chodzi o materię sportową. Ale Fury z Wachem będzie walczył w Tajlandii 24 lipca, a dzień później w Arabii Saudyjskiej Anthony Joshua będzie
rywalizował z Albańczykiem Kristianem Prengą. I oczywiście te daty nie są przypadkowe, bo
być może zaraz po walce Anthony'ego Joshuy zostanie ogłoszona walka w zasadzie wszech czasów, jeżeli chodzi o wagę ciężką w Wielkiej Brytanii, czyli starcie Joshua- Fury. Jest to bardziej
element budowania pewnego rodzaju show – tłumaczy Piotr Jagiełło.
I wiele wskazuje na to, że tak właśnie jest. Choć walka wzbudza spore zainteresowanie, nie będzie transmitowana na żywo. Będzie za to można ją obejrzeć w kolejnym sezonie serialu „Rodzina Furych”, produkowanego przez Netfliksa i bardzo popularnego w Wielkiej Brytanii.
Na żywo walkę ma móc obejrzeć tylko 1500 zaproszonych gości, a swój dochód z rywalizacji Tyson Fury chce przekazać na cele charytatywne.
Oglądalność ważniejsza od rankingu
Boks od zawsze rządził się własnymi prawami. W przeciwieństwie do piłki nożnej czy tenisa nie istnieje prosty system, w którym najlepsi regularnie spotykają się z najlepszymi. O kolejnych walkach decydują promotorzy, telewizje, sponsorzy i pieniądze.
Dziś do tego grona dołączają platformy streamingowe dysponujące ogromnymi budżetami i jeszcze większą wiedzą o preferencjach widzów. Jeśli algorytmy pokazują, że nietypowe zestawienie wygeneruje miliony odsłon, sportowy sens schodzi na dalszy plan.
– Boks zawodowy zmienia trochę swoje oblicze. Netflix to firma globalna, gigantyczna, która
doskonale wie, jak robić biznes, jak robić entertainment.I pewnie na bazie twardych danych stwierdzono, że taka rozgrzewka w postaci walki z Mariuszem Wachem pomoże wypromować walkę z Anhonym Joshuą – tłumaczy Piotr Jagiełło.
W mediach społecznościowych pojawiają się archiwalne nagrania Wacha z nietypowej walki w oktagonie, dyskusje kibiców i kolejne komentarze. Nawet krytyka pracuje na korzyść organizatorów, bo podtrzymuje zainteresowanie nazwiskiem Fury'ego.
Jednak nie tylko platformy streamingowe zmieniają boks. Coraz częściej do ringu wchodzą zawodnicy wywodzący się z innych dyscyplin sportów walki. Mistrz mieszanych sztuk walki Francis Ngannou czy kickboxer Rico Verhoeven pokazali, że nawet w walkach z największymi pięściarzami nie są skazani na pożarcie.
Takie walki mają prostą zaletę – przyciągają kibiców z różnych światów. Fani kickboxingu, MMA i boksu spotykają się przy jednym wydarzeniu, a organizatorzy zyskują znacznie większą grupę odbiorców.
Polska Liga Boksu kuźnią medalistów olimpijskich?
Po ponad dwóch dekadach przerwy Polska Liga Boksu wróciła do kalendarza krajowych rozgrywek i coraz wyraźniej zaznacza swoją obecność. Drugi sezon pokazuje, że projekt nie tylko przetrwał fazę rozruchu, ale zaczyna przyciągać uwagę kolejnych klubów, zawodników i kibiców.
– To jest trochę taka maszyna samonapędzająca się, ale też wiele dająca młodym polskim pięściarzom, bo tam przede wszystkim swoje szlify zbierają 18-19-latkowie. Dzisiaj ci zawodnicy mogą w skali roku toczyć 14 pojedynków, czyli coś, czego absolutnie wcześniej nie było. Podejrzewam, że dzięki temu kadra mężczyzn pójdzie zdecydowanie w górę i pewnie też jest to na tyle długofalowy produkt, że pełne owoce będziemy zbierać być może nie przy okazji igrzysk w Los Angeles, ale przy okazji igrzysk w Brisbane w 2032 roku – mówi Piotr Jagiełło.
Pozytywne sygnały płyną również z samych klubów. Zainteresowanie uczestnictwem w lidze rośnie, a kolejne ośrodki zastanawiają się nad dołączeniem do rywalizacji. To może oznaczać, że w przyszłości konieczne będzie rozszerzenie formatu lub wprowadzenie systemu baraży.
– Widać, że także w mniejszych ośrodkach chodzi ludziom po głowie ludziom, żeby zbudować taką drużynę, która będzie rywalizowała w lidze. Oczywiście, jest to duży problem, bo oznacza nakłady finansowe, ale w polskim boksie nie brakuje ludzi przedsiębiorczych i ze smykałką menedżerską – zauważa Piotr Jagiełło.
Jeśli zainteresowanie klubów będzie nadal rosło, a młodzi pięściarze wykorzystają szansę na regularne starty, liga może stać się jednym z najważniejszych filarów odbudowy polskiego boksu olimpijskiego.