Kategorie artykułu: Polityka Świat

Prof. Góralczyk: czy zamiast globalizacji czeka nas liberalizm narodowy? (RECENZJA)

Triumf azjatyckiego kapitalizmu, rozczarowanie zachodnim liberalizmem, dojście do władzy Donalda Trumpa, który zmienił nie tylko amerykańską administrację, ale także relacje międzynarodowe. Co z tego wyniknie – na to pytanie odpowiada ekonomista Branko Milanovic w książce „Wielka transformacja".

Okładka „The Great Global Transformation".
Okładka „The Great Global Transformation". Fot. University of Chicago Press, XYZ

Z tego artykułu dowiesz się…

  1. Jakie modele kapitalizmu rozwinęły się w ostatnich latach i który okazał się skuteczniejszy.
  2. Jak Donald Trump zmienił amerykańską administrację i jak to wpłynie na wyborców.
  3. Jaki model świata przewiduje Branko Milanovic.
Loading the Elevenlabs Text to Speech AudioNative Player...

Audio generowane przez AI. Może zawierać błędy.

Wywodzący się z Serbii, przez dekady związany z Bankiem Światowym, a po 2014 r. ze środowiskiem akademickim, Branko Milanovic wyrósł na jednego z najciekawszych ekonomistów świata zachodniego. Po ważnej książce z 2016 r. sumującej jego wieloletnie doświadczenia z Banku, poświęconej źródłom nierówności na świecie i drugiej o odmiennych rodzajach kapitalizmu z roku 2019, teraz zajął się zagadnieniem, które nurtuje wielu intelektualistów. Brzmi ono: co się obecnie na świecie dzieje i o co w tym wszystkim chodzi?

W pracy wydanej pod koniec roku 2025 Branko Milanovic otwarcie nawiązał, nawet tytułem „Wielka transformacja”, do mało u nas znanej książki Węgra z pochodzenia Karla Polanyiego. Jeszcze w 1944 r., szukając źródeł faszyzmu i wybuchu II wojny światowej, ów autor doszedł do wniosku, że praprzyczyną tamtego skrętu w prawo i potem wszystkich nieszczęść był nadmiar liberalizmu (neoliberalizm narodził się później).

Ten autor nie jest aż tak ostrym krytykiem tego ostatniego nurtu myślenia jak noblista z ekonomii Joseph Stiglitz. Jednak i on w punkcie wyjścia posługuje się opinią innego znanego krytyka tego kierunku w ekonomii, Kanadyjczyka Quinna Slobodiana. Udowadniał on, że „ojcowie neoliberalizmu”, Friedrich Hayek i Ludwig von Mises, forsowali nie tylko ideę rynku bez granic, ale też całkowitej globalizacji, czyli świata bez granic. Te koncepcje – jak wiadomo – Ronald Reagan i Margaret Thatcher wnieśli na polityczne salony. Amerykanie po rozpadzie ZSRR podyktowali je światu, w tym nam tutaj, a nawet Federacji Rosyjskiej za Borysa Jelcyna. Dziś je z przytupem żegnamy.

Biesiada gigantów

Tamtemu w istocie rzeczy amerykańskiemu dyktatowi sprzeciwili się tylko Chińczycy. Szukali rozwiązań dla siebie w „azjatyckich tygrysach”, w tym przede wszystkim sprawnym i skutecznym Singapurze. Łączy on rynek z interwencjonizmem państwowym, nie poddając się wyłącznie rynkowi, jak mówiła mantra spod znaku neoliberalnego „konsensusu z Waszyngtonu”. W efekcie narodziły się dwa odmienne rodzaje kapitalizmu. Ten drugi, azjatycki, z komunistycznymi Chinami włącznie, wyraźnie wygrał. Świadczył o tym wielki kryzys z 2008 r. i jego skutki, co stanowiło istotę rozważań Milanovica w jego poprzednim tomie.

Teraz natomiast zastanawia się on, skąd się wziął Donald Trump i co jego rządy znaczą dla USA i świata. Wychodzi z przyczyn wewnętrznych, czyli tego, że Trump po prostu zagospodarował do swoich celów rosnące rozwarstwienie i społeczne niezadowolenie. Stanął na czele zrewoltowanych tłumów, którym nie przeszkadzało jego ostentacyjne bogactwo. Znalazły one bowiem bohatera „takiego jak my”, zbuntowanego przeciwko liberalnemu establishmentowi w Waszyngtonie. Poparły go, chociaż on nie sprzeciwiał się przy tym rynkowi, którego zasad nigdy nie kwestionował. Podczas drugiej kadencji nawet wyniósł go na świecznik, otaczając się wielkimi pieniędzmi z big techów.

Parada oszustów

Z tego procesu narodziło się nowe zjawisko.

„Trump traktuje obywateli jako swoich pracowników, którymi może pomiatać i wyrzucać ich z pracy, jak chce. Postrzega on swoją prezydenturę dokładnie tak, jak Jeff Bezos widzi swoją rolę w Amazonie: może robić wszystko bez zwracania uwagi na zasady czy prawo” – pisze autor.

Co więcej, takie reguły, a raczej ich brak, obowiązują też w Białym Domu i administracji. Nikt nie zna dnia ani godziny – i musi być szefowi posłuszny. W wykonaniu Trumpa mamy więc zarządzanie jak w prywatnej firmie. Szef wykonawczy (CEO) może robić wszystko, nie oglądając się na innych. A to prowadzi Milanowicia do surowych, jeśli nie okrutnych w wymowie wniosków.

„Spuścizną po Trumpie będzie publiczny cynizm w stosunku do polityki i polityków… Trump, Musk i ich wesoła banda niszczycieli konwencji dają nam nic innego jak biesiadę pełną pokazów mocy, oszustw i nepotyzmu”.

Decyduje scena wewnętrzna

Tyle tylko, że Donald Trump nie ogranicza się, jak doskonale wiemy, wyłącznie do polityki wewnętrznej. W stosunkach z sąsiadami i zagranicą stawia zasieki i mury, narzuca dodatkowe cła i taryfy. Sięga nawet po ingerencję (książka Milanovica została wydana jeszcze przed interwencjami w Wenezueli i Zatoce Perskiej). Podważa to globalizację i stanowi główny nurt rozważań autora.

Oceniając okres po 2008 r., który wyniósł Trumpa na szczyty, Milanovic wychodzi wprost z tezy Polanyiego.

„Społeczne napięcia najpierw pojawiły się w domenie rynku, potem przeniosły się do sfery politycznej i wreszcie objęły całe społeczeństwo” – pisze autor.

Po czym dodaje do niej drugą tezę, wynikającą z bogatej literatury ekonomicznej nt. źródeł imperialistycznej konkurencji. Zgodnie z nią „przyczyna napięć wcale nie tkwi w  stosunkach międzynarodowych, lecz w gospodarkach na scenie wewnętrznej”.

Tymczasem Donald Trump, niczym księgowy, dobrze wie, że skumulowany dług publiczny USA sięga 39 bln dolarów. Na dodatek na horyzoncie pojawił się bezprecedensowy i skuteczny jak dotąd konkurent w postaci ChRL. Amerykańskie elity zrozumiały to zagrożenie zbyt późno, dopiero po kryzysie 2008 roku. Trump jednak, liczący się z siłą partnerów i szanujący ją (nawet w stosunku do Władimira Putina czy Kim Dzong Una), najwyraźniej nie wie, co z tym fantem zrobić. Raz w Chiny uderza, innym razem z nimi rozmawia (Xi Jinping będzie z wizytą oficjalną w USA już 24 września). Co z tego ostatecznie wyniknie, dopiero zobaczymy.

Chińskie zagrożenie

Branko Milanovic, jak wielu innych, nie ma wątpliwości, że zderzenie interesów USA i Chin jest strukturalne. Jest więc długofalowe i wszechstronne. Nie ma też wątpliwości, że to akurat te relacje będą w największej mierze kształtowały naszą przyszłość. Daje jednak oryginalne wyjaśnienie ciągu przyczynowo-skutkowego, który doprowadził nas do aktualnych napięć. Jego wywód jest godny dłuższego cytatu.

„Bez presji wewnętrznej w Ameryce, geopolityczna rywalizacja między USA i Chinami przyszłaby później… <<Pivot do Azji>> (jaki po 2011 r. zainicjował Obama) nie pojawił się dlatego, że establishment amerykańskiej polityki zagranicznej nagle odkrył <<chińskie zagrożenie>> dla hegemonii USA w Azji. Ten pivot oraz napięcia w stosunkach z Chinami przyszły dlatego, że eliminacja zagrożenia płynącego z Chin była potrzebna dla odbudowania wewnętrznej stabilności, albo precyzyjniej, zagwarantowania, że podżegacze istniejącego porządku nigdy więcej nie sięgną po władzę. I tak oto pojawił się następujący ciąg wydarzeń: niski poziom dochodów w klasie średniej – polityczne niezadowolenie – pojawienie się Trumpa mobilizującego kiełkujące niezadowolenie – zagrożenie dla elit dotychczas rządzących – kurs na zderzenie z Chinami – geopolityczna konkurencja z ostatecznym celem (elit), by zmienić reguły gry obowiązujące w ramach globalizacji”.

Nowa globalizacja

To są wyjaśnienia, które można kontestować, dotyczące sytuacji wewnętrznej w USA i jej globalnych skutków. Najbardziej odkrywczy jest Milanovic właśnie w wyjaśnieniu, jak miałaby ta „nowa globalizacja” wyglądać. Uważa, że państwa zamkną się teraz bardziej we własnych kokonach, ale zachowają w kraju mechanizmy rynkowe. Dlatego przedstawia, nawet w podtytule książki, nową koncepcję, iż nadchodzi nowa era: „narodowego liberalizmu”. Państwa i mocarstwa będą ścierały się i walczyły między sobą. Będą jednak dbały o to, by rynek wewnętrzny, zapewniający im moc i potęgę, nie był zakłócony. 

Dlaczego tak się stanie? Autor wychodzi z oczywistej już dzisiaj tezy, że „jednobiegunowy sen o świecie, w którym wszystkie państwa to liberalne demokracje i jest jeden hegemon”, to już czas nieodwołalnie przeszły. Dlaczego? Ano dlatego, że „obecne zmiany zachodzące w świecie, tak na arenach wewnętrznych, jak międzynarodowej, powinny być widziane jako reakcja na dekady wpływu neoliberalizmu na scenach wewnętrznych oraz dominację jednobiegunowości, bo to akurat te dwa czynniki definiowały świat po zimnej wojnie aż po wielki kryzys finansowo-gospodarczy z 2008 r… Na scenach wewnętrznych tamte realia były atakowane nie tylko przez Trumpa, Xi Jinpinga i Putina, ale też przez wielu przywódców mniejszych państw. Natomiast na scenie międzynarodowej ta <<kontrrewolucja>> przekłada się na próby zastąpienia jednobiegunowego świata wielobiegunowym”.

Decydują wodzowie

Milanovic, w przeciwieństwie do Stiglitza, Slobodiana i wielu innych, wątpi jednak, czy w ramach tych procesów dojdzie do obalenia obowiązującej dotychczas neoliberalnej mantry, a więc dominacji rynku w życiu publicznym.

„Próba podważenia globalnego neoliberalizmu może ostatecznie się nie udać. Elity stworzone przez neoliberalny nurt w minionych czterdziestu latach są mocno osadzone w wielu dziedzinach, w których cieszą się intelektualną i kulturową hegemonią” – ocenia obecną sytuację.

I ma jeden wniosek.

„Globalna neoliberalna hegemonia może być śmiertelnie osłabiona, ale ideologiczna hegemonia neoliberalizmu, szczególnie w sferze gospodarek wewnętrznych, może się ostać. Owszem, jej międzynarodowe znaczenie oraz globalne aspiracje mogą pójść do lamusa. Jednakże na scenach wewnętrznych mogą przekształcić się w liberalizm narodowy” – czytamy.

To wcale nie jest jednak, zdaniem autora, zmiana pozytywna. Przypomina on i porównuje dzisiejszy stan do dobrze mu znanej transformacji pokomunistycznej i jej podobnych. Szczególnie tych, gdy termin „międzynarodowy”, tak jak jest to dziś,  zamieniano na „narodowy”. To może być proces nawet groźny, bowiem przypomina takie pojęcia, jak „narodowy socjalizm” czy „socjalizm w jednym państwie”.

Na koniec swych ciekawych, a dla wielu zapewne kontrowersyjnych rozważań, Milanovic wyraża przekonanie, iż w wyniku obecnych zmian świat rzeczywiście stanie się wielobiegunowy.

„W momentach zwrotnych historii jest bardzo trudno znaleźć właściwe proporcje pomiędzy siłami historycznymi i ich determinantami a zdolnościami nadzwyczajnych przywódców, by narzucić zmiany” – zastrzega jednak.

Innymi słowy, czy nam się to podoba, czy nie, jesteśmy skazani na polityczną wolę (i widzimisię) Donalda Trumpa, Xi Jinpinga czy Władimira Putina. I to nawet w znacznie większym stopniu, niż byśmy chcieli. Bo to od nich przede wszystkim, a nie od nas i naszej woli, zależy, jak będzie wyglądał świat w najbliższej przyszłości.

Główne wnioski

  1. Przechodzimy głęboką  transformację polityczną, ekonomiczną i społeczną tak na scenach wewnętrznych, jak i na arenie międzynarodowej. Co one ostatecznie ze sobą przyniosą, jeszcze nie wiemy. Trwa o to ogromny polityczny, strategiczny, akademicki i medialny spór.
  2. Wywodzący się z Serbii, dobrze znający nasz region, a wpływowy teraz w Ameryce i świecie zachodnim ekonomista Branko Milanovic, uważa, że konfrontacja USA-Chiny rozpoczęła się dlatego, że amerykańskie elity chciały utrzymać władzę.
  3. W miejsce dominującego przez cztery dekady nurtu neoliberalnego, globalizacji i otwartych rynków nadchodzi nowa era rynków narodowych. Będzie inna od poprzedniej, ale czy lepsza – nikt nie wie.