Pupa, psiakość! Nieznane listy Gombrowicza idą pod młotek
Kto to pisał, że nie ma ucieczki przed pupą? Bezlitosną ironię Witolda Gombrowicza cytuje się w wielu zakątkach globu. Na aukcję trafi natomiast korespondencja, w której pisarz… nie zgadlibyście, co robi!
Z tego artykułu dowiesz się…
- Co jest na rynku wyżej cenione - listy współczesnych pisarzy czy korespondencja z odręcznymi podpisami królów.
- Jak rozwija się w Polsce rynek bibliofilski i ile książek licytowanych jest rocznie.
- Jakimi słowami Witold Gombrowicz pisał… o samym sobie.
Audio generowane przez AI. Może zawierać błędy.
„Czy czytaliście o mnie w LE MONDE (wielki paryski organ)? I w TIME (5 milj. nakładu)? […] Natomiast w kraju bryndza, zaostrzenie kursu i w związku z tym mocno o mnie przycichło – jednakowoż nikt już nie odkręci faktu, że stałem się NAJWIĘKSZYM PISARZEM POLSKIM TEGO STULECIA (polskim? czyż tylko polskim?)”
Czytając niektóre z listów Gombrowicza, można byłoby wątpić, czy Ameryka Południowa zdołała pomieścić jego ego. Zaraz potem dopada nas jednak pewna korekta tych surowych sądów. Co właściwie innego mógł myśleć pisarz tego formatu, mając świadomość, że jego dorobek zapomniany był przez całe lata? Przytoczony fragment pochodzi z jednego z listów, które licytowane będą 19 września od progu 50 tys. zł. Fakt, że na aukcję trafi plik nieznanych dotąd archiwaliów związanych z pisarzem, to pretekst wręcz wyśniony. Do czego? Choćby żeby przypomnieć sobie, że gdyby Gombrowicz tak szybko nie zmarł, być może odebrałby Nobla.
Pupa, cenzura
Rynkiem bibliofilskim wydaje się rządzić prawo: pierwsze wydanie zawsze mile widziane, choć najprawdziwszym rarytasem jest pierwsze wydanie z autografem. Idąc tym tropem, kwintesencją wszelkich rarytasów byłby samodzielny odręczny zapis. Gombrowicz, który od końca lat 30. przebywał na emigracji, raczej nie zdołał nasycić rynku górą podpisanych przez siebie egzemplarzy. Choć jego prowokująco awangardową powieść „Ferdydurke” wydano zz datą 1938 r., w okresie powojennym jej rozgłos zręcznie tłumiła władza komunistyczna. Chciałoby się powiedzieć – to już nawet nie była „pupa”, tylko ordynarna cenzura. Przez blisko ćwierć wieku Gombrowicz wiódł skromne życie w Buenos Aires, a ostatnie lata – już jako utrudzony astmatyk – spędził we Francji. Tam też doczekał się międzynarodowej sławy. Przeznaczone na nadchodzącą aukcję listy datowane są od 1957 r. do końca lat 60., kiedy pisarz odszedł. 50 tys. zł to jednak kwota, za którą ścianę przystroić mógłby nam nawet Wojciech Kossak… Dlaczego spuścizna po Gombrowiczu pozostaje więc tak kosztowna?
– Poza nazwiskiem pisarza o wartości tych archiwaliów decyduje również fakt, że mamy do czynienia z pokaźnym zbiorem korespondencji pisanej na przestrzeni lat, a nie z pojedynczym listem. Pokazanie się tego typu dokumentów na aukcji zawsze zwraca uwagę kolekcjonerów. W 2013 r. w jednym z naszych katalogów znalazł się np. rękopis „Wiernej rzeki” Żeromskiego. Osiągnął on wartość 240 tys. zł, a nabywcą była Biblioteka Narodowa. Sam rękopis eksponowany jest natomiast w Pałacu Krasińskich na wystawie – komentuje Maciej Czop ze stołecznego antykwariatu Lamus.
Strach pomyśleć, co o tym notowaniu napisałby sam Gombrowicz, dla którego Żeromski był w pewnym sensie literackim antywzorem…

Hossa czytelnicza?
Jak tego typu notowania świadczą o bibliofilskim rynku w Polsce? Według badań Biblioteki Narodowej, ponad połowa z nas nie sięgnęła przecież w ciągu roku po ani jedną książkę. Dynamika tych trendów prezentowałaby się jednak znacznie efektowniej, gdyby próbę zawężono wyłącznie do kolekcjonerów. Statystycznie licytowali oni w 2025 r. blisko 90 pozycji dziennie…
– W ubiegłym roku na polskich aukcjach wylicytowano blisko 32 tys. antykwarycznych książek, czasopism oraz różnego typu dokumentów. Zarówno pod względem obrotu, jak i liczby zawartych transakcji, rynek bibliofilski rozwija się nieprzerwanie od kilku lat – zauważa Jarogniew Muszyński, właściciel platformy OneBid.
Choć największy udział w aukcyjnym obrocie mają tradycyjnie dzieła malarskie, książki okazują się od nich znacząco liczniejsze. Czyżby drastycznie wzrósł odsetek krezusów meblujących gabinety szpalerem łacińskich białych kruków? Nie w tym rzecz – najdawniejsze wydawnictwa i tak nie goszczą przecież na aukcjach co tydzień
Po(d)pisy wieszczów
Książkowy rynek antykwaryczny bogaty jest przede wszystkim w pozycje XX-wieczne, choć zdarzają się i wczesne wydania XIX-wiecznych wieszczów. Czy coś mogłoby się okazać cenniejsze od debiutanckich tomów mickiewiczowskiej poezji? Otóż dwie karki, które autor zapisał własnoręcznie.
– Choć większość sprzedaży na tym rynku stanowią wydania książkowe – w tym rzadkie starodruki – listy oraz rękopisy uchodzą bez wątpienia za jedną z najciekawszych kategorii. W ostatnich miesiącach licytowano m.in. korespondencję Henryka Sienkiewicza czy Władysława Reymonta, ale i odręcznie podpisany list Henryka Walezego oraz prywatny list Stanisława Augusta Poniatowskiego – dodaje Jarogniew Muszyński.
Wspomniany już list Adama Mickiewicza osiągnął w 2024 r. wartość 132 tys. zł. (Dla porównania – debiutanckie, wileńskie wydanie jego poezji sprzedane zostało w tym samym roku za ponad 100 tys. zł). Tegoroczne licytacje odręcznych zapisów Henryka Sienkiewicza zamknęły się na poziomie 20,9 tys. zł oraz 35,2 tys. zł. Za trzy sprzedane w czerwcu listy Reymonta zapłacono natomiast od 13,2 tys. zł do blisko 19 tys. zł.
Dość już tych tęgich, zinstytucjonalizowanych świętości – zdaje się syczeć w głowie porzucony na moment Gombrowicz. Co powiedziałby jednak na pojedynek z przedstawicielami jeszcze dawniejszej epoki: pisarze kontra polscy królowie?

Trzej królowie
Przyglądając się, jak na rynku kolekcjonerskim wyceniane są listy literatów, można byłoby wnioskować, że korespondencja królewska pozostanie niemalże bezcenna. Czeka nas jednak przewrotność godna samego Gombrowicza, a może i jeszcze większa. W grudniu 2024 r. na aukcje trafił np. książęcy list Jana Kazimierza ze wspaniale zachowaną pieczęcią. W tym roku – prywatna korespondencja Stanisława Augusta oraz spisany w 1588 r. list z odręcznym podpisem Henryka Walezego. Ile mogły kosztować? Pierwsza z pozycji osiągnęła wartość 16 tys. zł, druga 22 tys. zł, a trzecia 11 tys. zł. Ponad półmetrowa płachta pergaminu sprzed ponad 400 lat, na której podpisał się monarcha, okazuje się być warta nieco mniej niż dwa listy Zbigniewa Herberta. Czy to nie zastanawiające? Podaż korespondencji poety jest przecież na rynku znacznie obfitsza niż listy któregokolwiek z królów! Być może właśnie to przesądza też o tak wysokim popycie? Może niewielu nas spodziewa się, że to korespondencje monarsze częściej bywają w naszym zasięgu niż wywody pisarzy? Pozostaje obserwować, jak w tej potyczce na notowania ogra to całe towarzystwo zbiór listów naszego nadwornego ironisty. Sam Herbert mówił w końcu w jednym z wywiadów o Gombrowiczu, że „jego urok polegał na tym, że robił z każdego durnia”.
Główne wnioski
- Statystycznie na polskich aukcjach licytowano w ubiegłym roku blisko 90 książek, dokumentów i dawnych czasopism dziennie. Rynek bibliofilski odpowiadał w 2025 r. za ponad 20 proc. liczby aukcyjnych transakcji (dla porównania - rynkowi sztuki przypadło niecałe 17 proc.). Choć według danych Biblioteki Narodowej czytelnictwo w Polsce nie rośnie, segment antykwarycznych książek rozwija się na aukcjach nieprzerwanie od kilku lat.
- Spuścizna po Witoldzie Gombrowiczu jest na rynku kolekcjonerskim prawdziwą rzadkością głównie ze względu na fakt, że niedługo po wydaniu słynnej powieści „Ferdydurke” pisarz wyemigrował na wiele lat do Argentyny. Kiedy wrócił do Europy - a dokładnie do Francji - rozwinęła się u niego astma, na którą zmarł.
- Plik listów i archiwaliów związanych z Gombrowiczem wyceniony został od 50 tys. zł. Czy to wysoko na tle innych licytowanych listów? Niekoniecznie. Pojedynczy list Adama Mickiewicza osiągnął w 2024 r. wartość 132 tys. zł, a w samym 2026 r. pod młotek poszło kilka odręcznych zapisów Reymonta czy Sienkiewicza (notowania pierwszych zmieściły się w przedziale od 13,2 tys. zł do blisko 19 tys. zł, a jeden z dokumentów Sienkiewicza przekroczył 35 tys. zł). Dla porównania - na rynku trafiają się również listy monarchów. XVI-wieczny pergamin z podpisem Henryka Walezego kosztował 11 tys. zł, a prywatna korespondencja Poniatowskiego - 22 tys. zł.