Ryvu – weryfikacja w grudniu. „To będzie przełomowy moment dla spółki” (WYWIAD)
– Na przełomie roku okaże się, czy projekt, w który do tej pory zainwestowaliśmy ponad 300 mln zł, ma szansę na zarejestrowanie leku, czy zakończy się porażką – mówi tuż przed ważnym sprawdzianem dla firmy i sektora biotechnologii Paweł Przewięźlikowski, założyciel Ryvu.
Z tego artykułu dowiesz się…
- Dlaczego po 20 latach badań nad innowacyjnymi lekami to grudzień tego roku będzie dla Ryvu przełomowym momentem.
- Nad jakimi ważnymi lekami pracuje w Polsce spółka.
- Co powoduje, że biotech, który powstał, by realizować własne innowacje, zaczął świadczyć usługi dla innych firm lekowych.
Audio generowane przez AI. Może zawierać błędy.
Katarzyna Mokrzycka, XYZ: Spółka Rezera, którą w 2016 r. założył pan jeszcze w ramach Selvity, razem z brytyjskim funduszem venture capital, pod nazwą NodThera, właśnie złożyła publiczny prospekt emisyjny i przygotowuje debiut na Nasdaq. To dla pana dziś sukces czy żałuje pan utraconego potencjału?
Paweł Przewięźlikowski, założyciel i prezes Ryvu Therapeutics: Oczywiście to sukces. Projekt, którego sami nie bylibyśmy w stanie sfinansować, dostał kapitał i zespół, a dziś przygotowuje się do III fazy badań klinicznych. Nie znam wcześniejszego przypadku, żeby spółka biotechnologiczna wyrosła z badań prowadzonych w polskim laboratorium, złożyła prospekt na Nasdaq.
Dziś główny lek Rezery, ruvonoflast, ma w pierwszej połowie 2027 r. wejść do rejestracyjnego badania III fazy w chorobie tętnic obwodowych. Rezera powstała na bazie naszego projektu, który rozwijaliśmy w Krakowie, a kapitał na start dał szkocki fundusz Epidarex. Na starcie mieliśmy pakiet 45 proc. akcji, który objęliśmy w zamian za przekazanie jednej części projektu. Nie wkładaliśmy do Rezery żadnych pieniędzy. Drugą część projektu sprzedaliśmy jako licencję. Świadczyliśmy też dla Rezery zyskowne dla Ryvu usługi badawczo-rozwojowe. W kolejnych rundach, w których spółka pozyskała ok. 200 mln dolarów, nie dokładaliśmy pieniędzy, bo potrzebowaliśmy ich na własne projekty onkologiczne, więc nasz udział się rozwadniał. Mamy dziś w tej spółce około 1 proc. akcji.
Warto wiedzieć
Paweł Przewięźlikowski
Jeden z najważniejszych polskich menedżerów i przedsiębiorców w branży nowych technologii oraz biotechnologii.
Współzałożyciel, największy akcjonariusz oraz prezes zarządu firmy biotechnologicznej Ryvu Therapeutics, notowanej na GPW. Współzałożyciel firmy Selvita, w której nadal jest członkiem rady nadzorczej.
Absolwent AGH. Karierę zawodową zaczynał w spółce Comarch, gdzie doszedł do stanowiska wiceprezesa. Pod koniec lat 90. był jednym ze współzałożycieli, a następnie prezesem portalu internetowego Interia.
Nie żałuje pan, że odszedł kiedyś z Comarchu?
Nie. Nigdy nie żałowałem.
Pytam, bo inwestycje technologiczne są dziś w Polsce znacznie bardziej hołubione przez decydentów niż każda inna branża – najbardziej liczy się AI. Dużo mówi się o inwestowaniu w nowoczesne technologie, ale zwykle kojarzy się je ze sztuczną inteligencją, gigafabrykami czy półprzewodnikami, a znacznie rzadziej z nowoczesnymi lekami. Czy pana zdaniem biotechnologia jest wystarczająco wspierana?
Grantów w kraju jest więcej niż kiedyś, ale nie wykorzystujemy ich tak skutecznie, jak powinniśmy. Jeden ze strumieni prac Rady Przyszłości, w który jestem zaangażowany, dotyczy właśnie usuwania barier. To są obiektywne przeszkody, które widać w realnym braku sukcesów. Na przykład z programu STEP Polska wykorzystała dotychczas tylko około 30 proc. dostępnych środków.
A STEP to zaledwie przygrywka do Europejskiego Funduszu Konkurencyjności, który zacznie działać w kolejnej perspektywie budżetowej Unii. Musimy nauczyć się wydawać pieniądze w reżimie doskonałości i konkurencyjności, a nie wyłącznie wyrównywania szans i prostego rozliczania procedur.
Dzisiaj Polska dysponuje dużą pulą środków z funduszy spójności, które w znacznym stopniu są nam przypisane. W przyszłości większa część pieniędzy będzie przeznaczana na konkurencyjność. Trzeba będzie o nie walczyć – z firmami z Belgii, Holandii czy Francji, wspieranymi przez ich instytucje, które dziś często działają lepiej niż nasze.
Polskie agencje muszą więc nauczyć się nie tylko uczciwie rozdzielać przypisaną pulę środków, ale również skutecznie walczyć o polskie firmy w projektach na poziomie Unii. Jeżeli tego nie zrobimy, będziemy dokładać do europejskiego budżetu więcej, niż będziemy z niego odzyskiwać. Chodzi o dziesiątki miliardów euro dla polskich przedsiębiorców. Składki będziemy płacić i tak. Pytanie, czy będziemy z nich finansowali innowacje i skalowanie firm polskich, czy holenderskich albo szwedzkich.
Na poziomie europejskim pojawiło się więcej programów grantowych, a czy jest też więcej prywatnego kapitału?
Różnych mechanizmów jest w Europie sporo. Teraz trzeba je jeszcze przełożyć na konkretne regulaminy krajowych programów.
Europejskie fundusze od ryzyka we własne rozwiązania wolą zakupy w Chinach
Jeżeli chodzi o finansowanie prywatne, to pieniędzy w Europie jest mniej niż wcześniej. Widać to zarówno po rundach venture capital, jak i emisjach europejskich spółek biotechnologicznych. Jednym z powodów jest to, że europejskie fundusze coraz częściej wolą kupić projekt albo własność intelektualną w Chinach i na tej podstawie budować spółkę w Europie niż inwestować w rozwiązania własne, ale bardziej ryzykowne, bo nowe. Podobny trend obserwuję w Stanach Zjednoczonych.
Dlaczego nie wykorzystujemy dostępnych grantów? Nie mamy wystarczająco dobrych technologii, które przeszłyby przez sito grantowe?
Powodów jest wiele. Rekomendacje w sprawie usprawnienia procesu finansowania badań i inwestycji w sektorze biotechnologicznym, przygotowane przez naszą grupę w ramach prac Rady Przyszłości, liczą aż kilkadziesiąt stron.
Mamy idee, pomysły, projekty, badaczy, inżynierów – wszystkie elementy łańcucha kreowania innowacji, ale sami się w Europie blokujemy. Dan Wang w książce „Na złamanie karku” pisze, że Chiny to kraj inżynierów, a Stany Zjednoczone – społeczeństwo prawników. Dodałbym, że Unia Europejska to federacja księgowych. Zbyt często zastanawiamy się nie nad tym, czy projekt ma sens technologiczny i wartość gospodarczą, lecz nad tym, jak skonstruować system finansowania projektów łatwych do rozliczenia.
Rada Przyszłości działa od kilku miesięcy. Czy widzi pan już, że jej rekomendacje są traktowane poważnie?
Tak. W ramach Rady przygotowaliśmy sześć rekomendacji, w tym jedną dotyczącą usprawnienia polskiego systemu grantowego. Zostały przyjęte przez Radę, a następnie przedstawione premierowi. Część z nich ma wkrótce szansę na wdrażanie przez administrację państwową.
We wrześniu odbyło się spotkanie z udziałem prezesów PARP, NCBR i NCN, wysokich urzędników z ministerstw rozwoju, nauki i funduszy europejskich oraz członków Rady Przyszłości. Rozmawialiśmy o konkretnych zmianach w systemie. 13 października odbyło się kolejne spotkanie, przygotowane przez Ministerstwo Funduszy i Polityki Regionalnej jako instytucję zarządzającą. Odnoszono się już bezpośrednio do naszych propozycji. Część z nich zaczyna przybierać formę wytycznych. Powiedziałbym więc, że prace Rady przeszły z etapu pisania ekspertyz do wchodzenia w konkretne polityki rządowe.
Czy może pan wskazać przykład, co się już zmieniło?
Trwają prace w resortach nad wdrożeniem części rekomendacji Rady w zakresie suwerenności technologicznej, rozwiązań dla rynku finansowego, cyfryzacji i mediów społecznościowych. Część rekomendacji Rady wsparła decyzje w zakresie rynku kapitałowego. Czekamy na zmiany regulaminów konkursów NCBR i PARP. Zakładam, że nastąpi to w najbliższym czasie. Między innymi właśnie o to walczymy. Jeżeli po roku nie będzie widać efektów naszej działalności, nie będę w takiej radzie uczestniczył, bo szkoda mi czasu.
Czyli jeżeli do lutego nie będzie efektów, odejdzie pan z Rady?
Tak.
„Ekspertów z przemysłu po prostu nie ma”
Na jakich zmianach w finansowaniu biotechnologii zależy panu najbardziej?
Jedną z najważniejszych barier jest zbyt mały udział ekspertów z doświadczeniem przemysłowym w panelach eksperckich oceniających projekty i przyznających granty. „Zbyt mały” oznacza, że ekspertów z przemysłu po prostu nie ma.
Przy projektach STEP około 95 proc. ekspertów ma główną afiliację jako naukowcy na uczelni albo w instytucie badawczym. Potrzebujemy w tych panelach ludzi z przemysłu, z branży. Ludzi, którzy rozumieją nie tylko logikę naukową, ale również logikę wdrożenia wynalazku i inwestowania komercyjnego.
To jedna z rekomendacji, z którą ministerstwo funduszy w zasadzie już się zgadza. Zakładam, że zostanie wprowadzona do regulaminów projektów NCBR i PARP.
Druga kwestia dotyczy samego STEP. Polska przyjęła bardzo wąską interpretację technologii, które mogą być finansowane. Lista Komisji Europejskiej, opisana przez nią samą jako orientacyjna i niewyczerpująca, wymienia przykładowo terapie genowe czy komórkowe. Nie wymienia wprost małych cząsteczek chemicznych, ale też ich nie wyklucza. Tymczasem w nich właśnie specjalizuje się przeważająca część polskich firm biotechnologicznych.
Zabiegamy również przez Radę Przyszłości o stosowanie zasady, że to, co nie jest zabronione, jest dozwolone. Skoro regulacje europejskie mówią, że lista technologii nie jest zamknięta, nie powinniśmy na poziomie krajowym dopisywać, że projekty niewymienione na tej liście nie mogą być finansowane. Przy takiej interpretacji możemy sami w kraju wyeliminować dużą część polskich firm biotechnologicznych z jednego z najważniejszych obecnie instrumentów finansowania innowacji biomedycznych.
Ryvu mimo tych przeszkód startuje w konkursach grantowych?
Tak. I ten rok jest dla nas najlepszy pod względem pozyskiwania grantów. W ramach europejskiego projektu IPCEI Med4Cure dostaliśmy np. grant z NCBR na projekt PANACEA-NOVO na odkrywanie małych cząsteczek na nowotwory rzadkie. Niestety cały proces od złożenia wstępnej aplikacji na początku 2022 r. do podpisania umowy grantowej we wrześniu 2026 r. zajął zdecydowanie zbyt dużo czasu, a projekt był oceniany na różnych szczeblach w sumie sześć razy.
Czekaliśmy ponad cztery lata. W tym czasie udział chińskich firm biotechnologicznych w transakcjach licencyjnych z big pharmą wzrósł z ok. 10 do ponad 50 proc. To dobrze pokazuje różnicę w podejściu do innowacji w Europie i w Chinach.
Jaką kwotę pozyskaliście w tym roku w ramach grantów badawczych?
Łącznie, w kilku projektach, 150 mln zł.
Czy bez finansowania publicznego Ryvu realizowałoby te same projekty badawczo-rozwojowe z własnych pieniędzy? Czy może część z nich w ogóle by nie powstała?
W grantach ważny jest efekt zachęty. Nie powinno się finansować projektów, które firma i tak zrealizowałaby bez wsparcia publicznego. Bez grantów prowadzilibyśmy zapewne znacznie mniej projektów, być może trzy razy mniej. Dysponowalibyśmy wyłącznie własnym kapitałem i musielibyśmy znacznie ostrożniej podejmować ryzyko.
Finansowanie publiczne pozwala uruchamiać więcej projektów i wolniej zużywać kapitał własny. To mechanizm stosowany zarówno w Stanach Zjednoczonych, Europie, jak i w Chinach.
Układanie asfaltu kontra leki na raka
Jak ocenia pan ten efekt zachęty w Polsce?
Dziesięć lat temu było dobrze. Później sytuacja bardzo się pogorszyła ze względu na spory z Komisją Europejską i zepsucie procesu oceny wniosków. Teraz stopniowo zaczyna się poprawiać. Kiedyś liczyła się jakość projektów. Kilka lat temu postawiono na zero-jedynkowe kryteria, według których porównywano nowe metody układania asfaltu z lekami na raka. Teraz powoli zaczynamy znowu stawiać na dokładną analizę naukową i ekonomiczną przedsięwzięć. Nasze przychody z grantów w ubiegłym roku były kilkukrotnie mniejsze niż pięć lat wcześniej. Wartość grantów pozyskanych w tym roku, które będą rozliczane w kolejnych latach, wskazuje na szczęście na poprawę.
Problem polega na tym, że system jest dziś dostępny dla tych, którzy już się nauczyli w nim poruszać, jak Ryvu, które jest w nim od lat, ma zasoby i cierpliwość, aby przez cztery lata prowadzić aplikacje, odwołania i korespondencję z instytucjami. Dostęp do finansowania musi być realny także dla mniejszych czy nowych firm.
Nowe firmy to dobry punkt odniesienia: czy w Polsce powstają nowe firmy biotechnologiczne? Jeżeli otoczenie jest nieprzychylne, trudno oczekiwać, że ktoś będzie próbował budować bardzo kapitałochłonny biznes. Czy nie jest tak, że na rynku są głównie firmy, które powstały dekadę czy dwie temu i zdążyły wyrosnąć, a później ekosystem praktycznie przestał się rozwijać?
Nowych firm biotechnologicznych rzeczywiście powstaje bardzo mało. Oczywiście to zależy od tego, jak zdefiniujemy „nową firmę”, ale w stosunku do potencjału kadrowego polskiej biotechnologii powinno ich powstawać prawdopodobnie dziesięć razy więcej.
Kiedy z Bogdanem Sieczkowskim zakładaliśmy Selvitę w 2007 r., liczyliśmy, że jeśli nam się uda, będziemy stanowić może dziesięć procent krakowskiego ekosystemu. Tymczasem dziś firmy wywodzące się z Selvity – Selvita, Ryvu i Ardigen – stanowią jego większość. W Krakowie nie powstało dziesięć kolejnych firm zatrudniających choćby po kilkadziesiąt osób. Rynek nie rozwinął się w takim stopniu, w jakim wówczas oczekiwaliśmy.
Awersja do ryzyka, wysokie stopy procentowe i duże potrzeby pożyczkowe państwa, które zwiększają atrakcyjność obligacji, powodują, że inwestorzy mniej chętnie, niż kiedyś wspierają spółki biotechnologiczne, chociaż są pozytywne przykłady, takie jak Pikralida czy Vaxican. Problemem jest również słabość polskiego rynku kapitałowego. GPW praktycznie przestała być miejscem dużych pierwszych ofert publicznych spółek z sektora zaawansowanych technologii. Jeszcze kilkanaście lat temu rynek kapitałowy był dla takich firm jedną z realnych dróg rozwoju.
W Polsce od kilkudziesięciu lat istnieją firmy, które pracują nad nowymi lekami, zwłaszcza onkologicznymi, a wciąż żadna z nich nie wprowadziła własnego leku na rynek. Być może decydenci patrzą na to i uznają, że nie warto inwestować publicznych pieniędzy w tę branżę. Wprost i szczerze: może po prostu opracowywanie nowych leków jest poza naszym zasięgiem finansowym i technologicznym?
Analizowałem kiedyś historie europejskich i amerykańskich spółek biotechnologicznych. W Stanach Zjednoczonych nawet szybka droga od pomysłu do rejestracji leku to zwykle około dziesięciu lat. W Europie spółki, które same odkryły i rozwinęły nowy lek, Ablynx, BioArctic czy Galapagos, często potrzebowały 15-20 lat. Szybciej udawało się tym, które brały gotowe cząsteczki od dużych firm albo miały na starcie kapitał rzędu setek milionów euro.
Morphosys pierwszy lek zarejestrował przez partnera po 25 latach, a samodzielnie 28 lat od utworzenia. Potem firmę przejął Novartis za 2,7 mld dolarów. Dwadzieścia lat nie jest więc okresem niezwykłym.
W pana przypadku od rozpoczęcia inwestycji w biotech 20 lat minie w przyszłym roku, prawda?
Ale trzeba pamiętać, kiedy my realnie uzyskaliśmy kapitał pozwalający finansować rozwój leków. Pierwszy kapitał instytucjonalny w Ryvu [które wtedy nazywało się Selvita – red.] pojawił się siedem lat po założeniu firmy, w 2014 roku, kiedy byliśmy już rentowni dzięki sprzedaży pierwszych projektów na bardzo wczesnym etapie i działalności usługowej. Wcześniej zdarzały się sytuacje, kiedy przez pół roku brakowało nam 20 tys. dolarów na badanie toksykologiczne, które mogło utorować drogę do badań na ludziach.
Realnie mamy więc za sobą około 12 lat funkcjonowania w warunkach, o których mogę powiedzieć, że kapitał nie jest podstawowym ograniczeniem.
Kiedy przedstawicie gotowy produkt?
„Najważniejszą rzeczą, którą teraz robimy, jest zakończenie badania romacyklibu”
Najwcześniejszą możliwą datą rejestracji naszej kluczowej cząsteczki jest 2029 r. Tak wynika z logiki badań. Jeżeli obecne wyniki romacyklibu – a jesteśmy w II fazie badań klinicznych w ostrej białaczce szpikowej u chorych, u których zawiodło leczenie wenetoklaksem – będą pozytywne, od tego momentu potrzebujemy jeszcze około dwóch lat, aby potencjalnie doprowadzić cząsteczkę do rejestracji.
W drugiej fazie badań klinicznych mamy dwóch kandydatów na leki. Przeszliśmy etap odkrywania, badania przedkliniczne i pierwszą fazę badań klinicznych. Mamy też już bardzo przyzwoite wyniki pierwszej części drugiej fazy. Najważniejszą rzeczą, którą teraz robimy, jest zakończenie badania romacyklibu. To projekt, który w największym stopniu determinuje przyszłą wartość Ryvu.
W grudniu poznamy część wyników i je opublikujemy. Resztę w pierwszym kwartale 2027 r. Wtedy okaże się, czy projekt, w który do tej pory zainwestowaliśmy ponad 300 mln zł – kapitału własnego, przychodów z innych projektów oraz finansowania publicznego – ma szansę doprowadzić do zarejestrowanego leku, czy zakończy się porażką. Dlatego bardzo czekamy na te wyniki. To będzie przełomowy moment dla spółki.
Nasze cząsteczki, dapolsertib i romacyklib, otrzymało już kilkuset pacjentów. U kilkudziesięciu z nich lekarze obserwowali wyraźną odpowiedź na leczenie. Część pacjentów była leczona w polskich szpitalach. To, że nie mamy jeszcze zarejestrowanego leku, nie oznacza więc, że projekty nie pomagają już dzisiaj pacjentom.
Czyli ważą się losy leku na raka, firmy i pana własne też trochę pewnie tak. Albo podchodzi pan do tego bardzo spokojnie, albo się pan świetnie maskuje. Która wersja jest prawdziwa?
To jest duży stres. Biotechnologia jest jedną z najbardziej wymagających branż z punktu widzenia zarządzania. Procesy są długoterminowe i trudno przewidywalne. Zarządza się naukowcami, którzy nie byliby dobrymi naukowcami, gdyby nie kwestionowali status quo – bo ich zadaniem jest także podważanie hurraoptymizmu.
Do tego dochodzą ogromne pieniądze. Mam świadomość, ile kapitału i środków publicznych zostało nam powierzonych. A po drugiej stronie jest jeszcze chory, często umierający człowiek. Jeżeli pacjent uczestniczący w badaniu umrze, trzeba tygodniami albo miesiącami wyjaśniać, czy i w jakim stopniu mogła się do tego przyczynić badana cząsteczka. To oznacza duże napięcie dla zespołu, koszty, opóźnienia, a w skrajnym przypadku może prowadzić do zamknięcia projektu.
Ryvu zaczęło również świadczyć usługi kliniczne dla innych podmiotów. Czy głównym powodem było poszukiwanie dodatkowego źródła kapitału?
Tak. Chcemy wykorzystywać usługi kliniczne świadczone na rzecz innych podmiotów – pod marką Keelira – jako dodatkowe źródło przychodów, finansujące nasze innowacyjne projekty. Tego nie ukrywamy.
Zmniejszyliśmy liczbę badań klinicznych finansowanych samodzielnie i pozostał nam zespół specjalistów. Zamiast tych ludzi zwalniać, wykorzystujemy ich kompetencje do pracy przy projektach dla innych firm. Jest jeszcze kolejny element: badania kliniczne są sposobem zapewniania polskim pacjentom dostępu do nowych terapii.
Ryvu powstało nie po to, żeby świadczyć usługi, lecz żeby rozwijać innowacyjne leki. Właśnie dlatego oddzieliliście się od Selvity. A po kilku latach i tak Ryvu zaczęła pracować usługowo dla big pharmy. Czy to oznacza, że przeszacował pan możliwości finansowe spółki, nie docenił ryzyka i długości procesu odkrywania nowych leków czy przeszacował plany osiągnięcia sukcesu?
Nie przewidywałem tak głębokiej recesji w sektorze biotechnologicznym, związanej m.in. z najwyższym od dwóch dekad poziomem stóp procentowych w USA. Również wojny Rosji przeciw Ukrainie, która odciągnęła znaczną część kapitału od projektów innowacyjnych ku zbrojeniowym. Nie przewidywałem, że pozyskiwanie grantów będzie tak trudne.
Dlatego, zamiast bezwzględnie trzymać się pierwotnego modelu biznesowego, wolimy przetrwać, działać i rozwijać projekty. To dostosowanie struktury przychodów i nowych linii biznesowych do realiów rynku oraz dostępności kapitału.
W każdej firmie, która pracuje nad lekami, jeżeli badanie kończy się sukcesem, projekt można sprzedać albo rozwijać dalej. Jeżeli sukcesu nie ma, pozostają zespół i kompetencje, które kosztują. Trzeba umieć je wykorzystać.
Innowacyjna farmacja powinna być jedną z polskich specjalizacji
Nie obawia się pan, że inne branże technologiczne zostaną przez potrzeby sektora bezpieczeństwa na lata zepchnięte na dalszy plan?
Jest nam trudniej, ale wydaje mi się, że jest już konsensus, iż innowacyjna farmacja powinna być jedną z polskich specjalizacji i powinniśmy ją rozwijać. Farmacja jest również jedną z ostatnich dużych dziedzin wysokich technologii, w której Europa ma jeszcze znaczącą pozycję globalną. W wielu innych sektorach już ją straciliśmy albo szybko tracimy.
Analitycy szacują, że obecne zabezpieczenia działalności operacyjnej Ryvu wystarczą mniej więcej do połowy przyszłego roku. Czy ma pan już plan na kolejny etap? Nowe umowy licencyjne? Zlecenia na badania kliniczne? Czy bierze pan pod uwagę sprzedaż większego pakietu akcji firmie BioNTech?
BioNTech przechodzi zmiany w zarządzie, które mają się zakończyć na początku przyszłego roku. Planów naszego partnera nie będę komentował. Dla nas jest to oczywiście ważne, ponieważ BioNTech jest nie tylko naszym akcjonariuszem, ale i ważnym klientem. Obserwujemy więc te zmiany z dużym zainteresowaniem.
Jeżeli chodzi o finansowanie Ryvu, mamy kilka źródeł: przychody z trwających zleceń i partnerów, nowe umowy na prace zlecone i usługi. Jeżeli na przykład projekt prowadzony z amerykańską Exelixis przejdzie do kolejnego etapu badań, kolejna płatność od nich w drugiej połowie przyszłego roku może wynieść kilkadziesiąt milionów złotych. To jedne z podstawowych elementów finansowania naszego biznesu. A do nich dochodzą granty i finansowanie dłużne, w tym z Europejskiego Banku Inwestycyjnego.
Z iloma potencjalnymi nowymi zleceniodawcami dziś rozmawiacie?
Intensywnie – w sprawie trzech projektów. To jest żmudny proces. Przy pierwszym projekcie, który sprzedawaliśmy, przedstawiliśmy go około 300 firmom. Około 20 podpisało umowy o poufności, a poważne rozmowy prowadziliśmy z trzema lub czterema. Dziś działamy już znacznie bardziej selektywnie. Wiemy, kto kupuje projekty kliniczne, kto interesuje się określonymi nowotworami i kto może być realnym partnerem, do tych firm kierujemy oferty.
Wspomniał pan o chińskim modelu działania w branży biotech. Jak silnie wy odczuwacie chińską konkurencję?
Bardzo silnie. To jeden z najważniejszych tematów w światowej farmacji – dla nas bezpośrednio także. Udział Europy w globalnych badaniach klinicznych wyraźnie spadł, podczas gdy udział Chin gwałtownie wzrósł. Big pharma sama prowadzi tam badania i korzysta z chińskiego łańcucha dostaw. My również korzystamy z usług i dostaw z Chin, bo często inaczej się nie da.
Ale wiemy, że skala pomocy publicznej dla sektorów strategicznych jest w Chinach kilkukrotnie większa niż w Unii Europejskiej. Widziałem laboratoria w Szanghaju, gdzie przy wynagrodzeniach podobnych jak w Krakowie powierzchnia laboratoryjna kosztowała zaledwie około 8 dolarów za metr kwadratowy. Chińska innowacyjna spółka biotechnologiczna może też uzyskać finansowanie na sprzęt w postaci kredytu na 2,5 proc. W Europie koszt kapitału jest wielokrotnie wyższy. Europie brakuje też elastyczności i szybkości działania.
Czy to zawsze kwestia prawa i regulacji, czy sposób działania instytucji i ludzi w nich zatrudnionych?
Jedno i drugie. Na przykład, jeżeli w Europie zgoda na badania leku na myszach trwa dwa-trzy miesiące, a w Chinach albo Stanach Zjednoczonych można ją uzyskać w kilka godzin albo dni, to po kilku kolejnych takich iteracjach i okresach oczekiwania europejski projekt staje się o rok opóźniony. Unijna dyrektywa daje urzędom na taką decyzję do 40 dni roboczych.
W biotechnologii rok może oznaczać utratę połowy wartości projektu. Jeżeli będziemy dwa albo trzy lata za Chińczykami, projekt może już nie mieć żadnej wartości.
Od dawna postuluję na przykład stworzenie państwowej komisji etycznej do spraw doświadczeń na zwierzętach, przeznaczonej dla przemysłu, która będzie rozpatrywać wnioski na bieżąco, a nie raz na miesiąc. W takiej komisji powinni zasiadać też przedstawiciele pacjentów.
W Chinach czy w USA, kiedy chemik zsyntetyzuje cząsteczkę, badanie na bieżąco zatwierdza wewnętrzna firmowa komisja etyczna, certyfikowana i okresowo kontrolowana przez państwo – we wtorek cząsteczka jest syntetyzowana, a w środę można rozpoczynać badania.
Ważnym aspektem, który hamuje innowacje w polskim biotechu jest też kwestia odpowiedzialności urzędników. System często premiuje przede wszystkim takie zachowania, które minimalizują ryzyko, że ktoś później zarzuci urzędnikowi niewłaściwą decyzję. Dlatego decyzje często nie zapadają w ogóle: za brak decyzji nikt nie odpowiada, a za decyzję można odpowiadać – zwłaszcza po zmianie władzy. W efekcie rozstrzygnięcia są w nieskończoność przesuwane między ludźmi i pionami decyzyjnymi.
I wszystko da się naprawić Radą Przyszłości i kolejnymi rekomendacjami?
Oczywiście, że nie. Trudno oczekiwać, że jakieś ciało doradcze rozwiąże wszystkie problemy. W administracji jest jednak wielu ludzi, którzy próbują coś zmieniać i trzeba z nimi współpracować.
Po to właśnie utworzyliście kiedyś spółkę NodThera – dziś to Rezera, żeby przyspieszyć pewne procesy ważne dla firmy?
Nie, wówczas powód był zupełnie inny. Mieliśmy projekty w obszarze chorób zapalnych i autoimmunologicznych. Nie pasowały do naszej misji onkologicznej, ale były ciekawe i rozwojowe. Dlatego przekazaliśmy je do nowej spółki w zamian za udziały, a finansowanie zapewnił Epidarex specjalizujący się we wczesnych projektach, wspierany przez Eli Lilly.
„Trzeba lepiej finansować naukowców”
Jest pan zwolennikiem zmobilizowania nauki, a może wręcz wymuszenia na nauce większej komercjalizacji wyników badań?
Oczywiście. Uważam, że Polski nie stać na to, aby nasza nauka służyła wyłącznie tzw. curiosity-driven research. Nie może tylko zaspokajać ciekawości badacza – musi wnosić wartość dodaną do rozwoju państwa. Uczelnie i instytuty badawcze w kraju, który nie ma wielkich nadwyżek budżetowych i znajduje się w trudnej sytuacji geostrategicznej, muszą również wspierać misję państwa, w tym budowę bezpiecznej i silnej gospodarki.
Nie oznacza to, że każdy naukowiec ma jednocześnie uczyć, publikować, prowadzić badania i komercjalizować. Jedni są lepszymi nauczycielami, inni badaczami. Powinniśmy mieć więcej zróżnicowanych ścieżek kariery.
Jako system nie możemy sobie jednak pozwolić na sytuację, w której produkujemy tylko idee, a następnie ktoś inny je wdraża i sprzedaje nam gotowe technologie.
Trzeba lepiej finansować naukowców, którzy rzeczywiście są produktywni i ograniczać koszty tam, gdzie system jest nieefektywny. Wtedy będziemy mieli więcej odkryć, które firmy mogą kupić od uczelni i dalej rozwijać.
Ale środowisko naukowe samo się nie zreformuje. Jeżeli ktoś nie powie: nie otrzymacie dodatkowych pieniędzy, dopóki nie stworzycie jednego centrum transferu technologii dla kilku uczelni, nie skonsolidujecie części kierunków albo nie wykorzystacie lepiej infrastruktury, takie zmiany mogą nigdy nie nastąpić.
Główne wnioski
- Plusy i minusy biotech. Paweł Przewięźlikowski, założyciel Ryvu, jednej z największych polskich firm biotechnologicznych, ocenia, że Polska ma dziś więcej pieniędzy na innowacje, ale system grantowy nadal działa zbyt wolno i zachowawczo. Polska wykorzystała dotąd ok. 30 proc. środków STEP, a Ryvu na jeden grant czekało ponad cztery lata.
- Ryvu pozyskało w tym roku 150 mln zł grantów, pora na weryfikację osiągnięć. Kluczowy będzie jednak romacyklib: w grudniu spółka pokaże część wyników badań klinicznych. To będzie dla firmy przełomowy moment. Projekt pochłonął już ponad 300 mln zł, a jego powodzenie może zdecydować o przyszłej wartości firmy.
- Prezes Ryvu ostrzega: Europa przegrywa, bo jest nieelastyczna. Droższy kapitał, wolniejsze decyzje i biurokracja mogą opóźniać projekty o lata, a Chiny i USA błyskawicznie rozwijają swoje innowacje. Jednocześnie w Polsce powstaje zbyt mało nowych firm biotech, a GPW przestała być dla nich realnym źródłem dużego kapitału.