Scena to już nie wszystko. Gwiazdy budują biznesy poza estradą, ekranem i boiskiem
Coraz więcej artystów próbuje swoich sił w innych branżach jak np. moda, gastronomia, FMCG. Niektórych zafascynowało tworzenie ozdób choinkowych, innych platformy znajdujące opiekę dla psa na czas urlopu.
Ten artykuł jest rozszerzoną wersją tekstu, który ukazał się w GQ The Business Issue powered by XYZ.
Przeczytaj inne artykułyAudio generowane przez AI. Może zawierać błędy.
Jak się okazuje, wśród muzyków bardzo przedsiębiorczy są raperzy. Tak zwana „stara gwardia” jak: Sokół, Tede czy Bilon mają wiele do powiedzenia, nie tylko w swoich utworach, ale także w świecie mody. Każdy z nich zainwestował we własną markę odzieżową: Wojciech Sokół stworzył Prosto, Jacek „Tede” Graniecki PLNY, a Maciej „Bilon” Bilka HempSzop i Diil Gang.
– Każdy myślący człowiek wie, że warto sobie dostawiać jakąś kolejną nogę, żeby mieć z czego żyć, jak skończy się dobry czas. Rap i cała kultura hip-hopowa w moim przypadku była ogromną pasją. Nigdy nie traktowałem tej przygody jako biznes. Dlatego też szukam biznesów poza branżą muzyczną – tłumaczy Maciej „Bilon” Bilka.
W branżę odzieżową zainwestował z Robertem „Wilku” Darkowskim, z którym w minionym roku świętował 27-lecie kolejnego wspólnego, tym razem muzycznego projektu, Hemp Gru.
– Nie tworzymy tylko merchów w ramach naszej marki, ale całe kolekcje ubrań. Wprowadziłem także usługę szycia dla innych, którą w tej chwili rozwijam – dodaje raper.
Bilon tworzy Gringo
W 2014 roku raper zainwestował także w sektor gastronomiczny. Na Mokotowie otworzył pierwszy lokal z mało jeszcze wtedy popularną w Polsce kuchnią tex-mex. Drugie Gringo zawitało do Hali Koszyki. A w kolejnych latach w Warszawie powstawały następne lokale z logo Gringo m.in. na Powiślu, Młocinach i sezonowo nad Wisłą. Po Polsce zaś podróżował food truck serwujący kuchnię tex-mex w fuzji z polskim podniebieniem. Niestety pandemia i jej negatywne skutki pokrzyżowały dalsze plany rozwoju Gringo.
– Gastronomia jest trudnym biznesem. Dlatego tym bardziej cieszę się, że udało nam się zbudować markę, która jest na rynku od ponad 12 lat i cały czas staje się coraz bardziej rozpoznawalna. Mamy dobry produkt i ludzie to doceniają. Wiadomo, że w biznesie raz jest lepiej, raz gorzej. Błędem była dla nas inwestycja w Młociny. Był też pomysł na franczyzę w innych miastach, ale wizja partnerów biznesowych różniła się od mojej, więc wycofaliśmy się z tego – mówi Maciej „Bilon” Bilka.
Uważa, że 12 lat działalności w gastronomii było dużym wyzwaniem i doświadczeniem. Mimo to dalej chce inwestować w tym sektorze.
– Obecnie mamy dwa lokale w Warszawie i koncentrujemy się na tym, żeby oferować naszym gościom jak najlepsze jedzenie. Czasami trzeba zrobić krok do tyłu, żeby pójść później dwa do przodu. Nie wykluczam, że w przyszłości jeszcze zainwestuję i otworzę nowe miejsce z muzyką na żywo – mówi raper.
Rodzina przede wszystkim
Pytam, czy dzisiaj bardziej postrzega siebie jako muzyka czy biznesmena. A może pół na pół?
– Dzisiaj na pewno jestem ojcem na cały etat. To jest dla mnie bardzo ważne, żeby mieć czas dla rodziny, na wspólne wyjazdy i życie prywatne, a nie być niewolnikiem obowiązków. Rodzina jest na pierwszym miejscu. Później muzyka i biznesy – zaznacza Bilon.
W pracy zawodowej stara się wszystko mieć tak uporządkowane, aby znaleźć czas dla bliskich.
– To nie jest łatwe, zwłaszcza jak ogarnia się kilka tematów jednocześnie. Bywa to dekoncentrujące. Natomiast staram się mieć wszystko zawsze zaplanowane. Wiedzieć, co, kiedy mam zrobić i nie łapać zbyt wielu srok za ogon. Uporządkowanie wszystkiego wokół jest dla mnie istotne. Pozwala mi to dobrze funkcjonować na swoich zasadach – dodaje Bilon.
Bilon nie jest jedynym raperem, którego zafascynował świat kuchni. Od wielu lat jako kucharz spełnia się Vienio z Molesty. Z kolei przedstawiciele młodego pokolenia Bambi i Mata tworzyli swoje zestawy i budowali merchy z McDonald’s. Z kolei Quebonafide zainwestował w sektor FMCG, tworząc markę Miss Ti.

Potrzeba niezależności
W sektor gastronomiczny i spożywczy zainwestowali także aktorzy. Marek Kondrat zbudował sieć sklepów z winami. Olga Bołądź współtworzy warszawskie lokale Muszelka i Perełka, a Piotr Adamczyk jest współwłaścicielem warszawskiej restauracji Stary Dom. Swoich sił w biznesie postanowiła spróbować także Maja Bohosiewicz, tworząc własną markę modową.
– Le Collet powstało z potrzeby niezależności. Także finansowej. W aktorstwie wciąż czekasz, aż ktoś cię wybierze i da ci pracę. Miałam dość oddawania innym ludziom decyzji o mojej przyszłości – uzasadnia swój wybór Maja Bohosiewicz.
Aktorka nie planowała budować dużej firmy.
– Zaczęło się od jednej sukienki. Reszta wydarzyła się dlatego, że kobiety chciały ją nosić. I nagle z potrzeby wolności wyrósł biznes. Przez te dziewięć lat zmieniło się właściwie wszystko. Zaczynałam jako 26-letnia dziewczyna. Dziś jestem kobietą przed czterdziestką. Le Collet dorastało razem ze mną i naszymi klientkami. Falbaniaste sukienki w kwiaty zamieniłyśmy na dobre białe koszule i wełniane marynarki – podkreśla Maja Bohosiewicz.
Jak wspomina, od samego początku była w stu procentach zaangażowana w budowanie własnej marki modowej.
– Biznes modowy działa według tych samych zasad jak każdy inny. Ponieważ nie zaczynałam z wysokiego C, wszystkiego uczyłam się po kolei, wraz z rozwojem firmy. Najpierw powstała jedna sukienka, później druga, potem pojawiły się swetry. Otworzyłam butik, zaczęłam jeździć na targi, szukać nowych dostawców tkanin i rozwiązań logistycznych. Przybywało klocków, które trzeba było poukładać, a później jeszcze zoptymalizować – tłumaczy twórczyni Le Collet.
– Uczyłam się biznesu na żywym organizmie. Rozwiązywałam problemy wtedy, kiedy się pojawiały i krok po kroku budowałam firmę. Największym wyzwaniem jest dla mnie znalezienie balansu między życiem zawodowym a rodzinnym. Kiedy głowa pracuje na częstotliwościach biznesowych, trudno przełączyć się na częstotliwość dzieci, rosołu i powolnego spaceru po parku. W pracy jestem szybka, sprawcza i nastawiona na rozwój. Po powrocie do domu muszę zwolnić i włączyć tryb: mama, dom, zupa, kolorowanka. Nie przychodzi mi to łatwo. Życie rodzinne też najchętniej bym usprawniła, zoptymalizowała i wpisała w Excela. Tylko ono zupełnie nie chce się temu poddać – dodaje Maja Bohosiewicz.
Kobieta biznesu na cały etat
W Le Collet Maja Bohosiewicz odpowiada za całą stronę kreatywną.
– Od pewnego czasu mam prawą i lewą rękę w postaci dyrektora wykonawczego, który przekłada moje pomysły na konkretne działania. Natomiast nic, co pojawia się na naszej stronie, nie dzieje się bez mojej wiedzy. Od produktów po sesje zdjęciowe. Wspólnie z zespołem planuję ofertę, wybieram tkaniny, tworzę moodboardy kolekcji, akceptuję wzory i wyceny. Jestem też szefową kreatywnej części marketingu. Mam świetny zespół, ale o kierunku marki i jej strategii ostatecznie decyduję ja. Po dziewięciu latach to już nie jest eksperyment. To dojrzały biznes.
Mam niestety tę niechlubną przypadłość pracoholizmu i uzależnienia od wyników. Mogłabym siedzieć w pracy codziennie do godz. 22, bo zawsze znajdę coś, co można jeszcze dopracować, poprawić albo wprowadzić. W mojej głowie ta firma nigdy nie jest skończona – mówi Maja Bohosiewicz.
Pełne zaangażowanie w rozwój własnej marki spowodował, że zrezygnowała z aktorstwa.
– Nie było mnie ostatnio w żadnym filmie ani serialu i nie planuję wracać na plan. Mam sentyment do aktorstwa, ale mój mariaż z telewizją jest już zakończony. Kropką nad i był mój zeszłoroczny udział w „Tańcu z Gwiazdami”. Zrozumiałam wtedy, że zdecydowanie wolę zarządzać własnym czasem i realizować własne pomysły, niż wykonywać cudze polecenia. Wolność jest dla mnie wartością nadrzędną. Po tylu latach pracy na własnych zasadach nie umiem i nie chcę już dopasowywać się do cudzej wizji – tłumaczy swoją decyzję Maja Bohosiewicz.
Poza Le Collet angażuje się także w inne projekty biznesowe.
– Z mężem rozwijałam Health Labs Care, czyli firmę, która zajmuje się produkcją najwyższej klasy suplementów i kosmetyków, a którą z sukcesem sprzedaliśmy w zeszłym roku amerykańskiemu funduszowi USP Zdrowie. Od tego roku ruszył nasz nowy projekt, czyli Nutrivida. To karmy dla psów, które obecnie sprzedajemy w kanale retailowym. Przed końcem roku powinien ruszyć mój nowy projekt, nad którym pracuję od ponad dwóch lat. Nie chcę za dużo zdradzać, ale będzie to zupełnie nowa kategoria produktowa – wylicza Maja Bohosiewicz.

Platforma dla psów, bombki choinkowe i moktajle. Siatkarze inwestują w nowe sektory
Często sportowcy po zakończeniu swojej sportowej kariery szukają sobie nowej roli w życiu. Są za młodzi na emeryturę. Chcą się dalej czuć potrzebni. Część z nich pozostaje przy sporcie. Zostają trenerami, menadżerami, prezesami. Jest też grono osób, które jednak decyduje się spełniać na nowej płaszczyźnie. Były siatkarz Andrzej Wrona z żoną Zofią Zborowską-Wroną postanowił zbudować platformę dla miłośników psów PawAway, która pomaga znaleźć opiekuna dla psa, kiedy właściciel nie może go zabrać ze sobą w podróż.
Na jeszcze inny projekt biznesowy postawił z kolei Michał Kubiak. Siatkarz na razie nie myśli o zakończeniu kariery, a regularna gra nie koliduje z angażowaniem się w inne biznesy. Ponad 10 lat temu były reprezentant kraju z żoną zainwestował w firmę MAG, specjalizującą się w produkcji ozdób choinkowych i innych akcesoriów bożonarodzeniowych. Z kolei w tym roku wprowadził na rynek FMCG markę Mocti, tworzącą moktajle, czyli koktajle bezalkoholowe.
– Już od kilku lat myślałem o takich produktach. Jeszcze bez profesjonalnych badań czułem, iż alkohol staje się coraz mniej modny, a jednocześnie zdawałem sobie sprawę, jak smaczne są koktajle. Chciałbym, żeby nasze moktajle były dostępne w restauracjach i hotelach, ale też w dużym sklepie na osiedlu – mówił kilka miesięcy temu w portalu XYZ Michał Kubiak.
Siatkarz dostrzega ogromny potencjał w rozwoju marki, zwłaszcza że trend NoLo (no alcohol i low alcohol) rośnie coraz bardziej w siłę. Mimo rosnącej konkurencji na rynku Michał Kubiak ma ambitne plany rozwoju.
– Nie ukrywam tego, że chcemy wejść na rynki zagraniczne, na przykład na Bliski Wschód. Wiemy, jakim restrykcjom podlega tam alkohol, więc nasz produkt powinien być popularny. Także wśród turystów – podkreśla Michał Kubiak.
Sportowiec przyznał także, że czuje się bardzo dobrze jako biznesmen.
– Własnej fabryki na razie nie mamy, ale kto wie, co przyniesie przyszłość. Obecnie współpracujemy z polskimi firmami i jesteśmy z tego bardzo zadowoleni – podsumowuje Michał Kubiak.

Główne wnioski
- Gwiazdy coraz częściej budują marki, które mogą funkcjonować niezależnie od ich popularności. Gringo rapera Bilona czy Le Collet Mai Bohosiewicz pokazują, że działalność poza estradą i ekranem może przekształcić się w samodzielny biznes. Podobnie wygląda sytuacja siatkarza Michała Kubiaka, który inwestuje w inne branże, nie rezygnując przy tym z kariery sportowej.
- Choć każda z przedstawionych historii pokazuje inną strategię łączenia kariery z przedsiębiorczością, to wspólnym wyzwaniem dla wszystkich pozostaje ustalenie priorytetów. Sukces kolejnych przedsięwzięć wymaga nie tylko kapitału i pomysłu, ale również czasu, zaangażowania i umiejętności delegowania obowiązków. Zaniedbanie tych czynników może okazać się porażką w biznesie.
- Dywersyfikacja dochodów to nie tylko sposób na pomnażanie majątku tu i teraz, lecz także zabezpieczenie przyszłości. Bilon świadomie rozwija działalność poza muzyką, a Michał Kubiak inwestuje w różne branże jeszcze w trakcie kariery sportowej. To szczególnie istotne w zawodach, w których popularność i możliwości zarobkowania mogą być ograniczone czasowo.