Sprawdź relację:
Dzieje się!
Sport

Śmierć pięściarza Paula Bamby jako kara za kolonializm

Kolumbia stała się kolonią w bokserskim biznesie. Paul Bamba również tam latał, by niskim kosztem powiększyć swój bilans zwycięstw i dostać walkę, która miała przynieść mu sławę i wielkie pieniądze. Nie doczekał się takiej.

Na zdjęciu rękawice bokserskie
Paul Bamba został zawodowym bokserem dopiero po przekroczeniu trzydziestki. Jego marzeniem była walka z Jake’em Paulem – bokserskim celebrytą, który w ringu zarabia miliony. A więc, siłą rzeczy, zapewnia bajeczne wypłaty także swoim rywalom. Źródło: PAP

Z tego artykułu dowiesz się…

  1. Dlaczego przyjaciele Paula Bamby powinni byli odradzić mu walkę z przeciwnikiem znacznie silniejszym od niego – i dlaczego tego nie zrobili, mimo że mieli ku temu kilka powodów.
  2. Jak gwałtownie wzrosła liczba walk amerykańsko-kolumbijskich w ostatnich latach.
  3. Jak Andrzej Wasilewski, szef największej grupy bokserskiej w Polsce, wspomina potężną niemiecką „kolonizację” bokserską krajów Ameryki Łacińskiej.

O tym, że również będzie musiał latać do Kolumbii, Paul Bamba przekonał się bardzo szybko. Nie miał jeszcze na koncie dziesięciu zawodowych walk, a już trzy porażki w CV – i to mimo że jego rywale delikatnie mówiąc, nie należeli do herosów.

Nie poddał się, choć brakowało mu zarówno umiejętności, jak i zdrowia – źle znosił ciosy, a lekarze przekazywali mu bardzo niepokojące wyniki badań. Wciąż jednak wierzył, że gra o wielkie pieniądze i sławę jeszcze się dla niego nie skończyła. Wiedział o Kolumbii i o sile dobrego marketingu. Wiedział też, że jest w stanie wszystko zorganizować – przeloty, wypłaty dla rywali itd.

Amerykańska kolonia

Dziennik „The Guardian” pisze: „Od 2018 do 2020 r. w Kolumbii odbywało się rocznie może 12 walk z udziałem Amerykanów. W 2024 r. było ich już 278. I wszystkie wygrali Amerykanie”.

Od 2018 do 2020 r. w Kolumbii odbywało się rocznie może 12 walk z udziałem Amerykanów. W 2024 r. było ich już 278. I wszystkie wygrali Amerykanie.

W „Guardianie” – bo to właśnie tam ukazało się niedawno śledztwo poświęcone karierze i śmierci Paula Bamby – znajdziemy również wypowiedź człowieka, który stał w narożniku jednego z Kolumbijczyków dostarczających Amerykanom łatwych zwycięstw. Powiedział: „Wielu z nich walczy, by móc wyżywić swoje rodziny. O zwycięstwach nie myślą. Potrzebują pieniędzy.”

„Kolumbijski” sezon Paula Bamby – rozpoczęty z początkiem 2024 r. – szybko zaczął przynosić spodziewane efekty. Jedenaście nokautów z rzędu, z czego aż osiem w Kolumbii (pozostałe w innych krajach Ameryki Południowej). Serię zwycięstw przed czasem urodzony w Portoryko pięściarz wydłużył do czternastu – wielkie pieniądze były coraz bliżej.

Rekord wyglądał już efektownie. Do tego Bamba emanował pewnością siebie, miał gwiazdorski wygląd i umiejętnie wykorzystywał media społecznościowe. Pod koniec 2024 r. dostał w końcu poważną walkę w USA – sankcjonowaną przez federację WBA. Jego rywalem nie był co prawda wybitny pięściarz, ale solidny zabijaka z ciężkimi rękami, który w ringu przeżył już bardzo wiele – Meksykanin Rogelio Medina Luna.

Trudny start Paula Bamby

Ekipa Paula Bamby zapewne przeżywała nieprzespane noce, gdy zbliżał się ten pojedynek. W jej skład wchodził m.in. Ne-Yo, amerykański gwiazdor R&B. Obserwowali z bliska „pompowanie” kariery swojego pięściarza i musieli wiedzieć, że imponujący bilans zwycięstw nie oddaje jego rzeczywistych umiejętności. Może jednak nie chcieli odbierać mu marzeń. Sięgał po nie człowiek, który już w wieku czterech lat został odebrany rodzinie i trafił do domu zastępczego, bo matka była uzależniona od kokainy. Biologicznego ojca nigdy nie poznał.

W wieku 17 lat wstąpił do amerykańskiej marynarki wojennej, a pobyt w Iraku przypłacił zespołem stresu pourazowego (PTSD). Wspominał, że po odejściu z wojska pewnie by się stoczył, gdyby nie odkrył boksu. To odkrycie doprowadziło go po latach do debiutu w zawodowym ringu – już po trzydziestce. Stał obiema nogami mocno na ziemi – trenował boks, prowadził zajęcia fitness, był uznanym trenerem. Zarabiał wystarczająco dużo (jego klientami byli m.in. ludzie biznesu), by aktywnie pomagać charytatywnie tym, którzy – jak on – mieli trudny start w życiu.

Stał mocno na ziemi, ale to było za mało – chciał latać. Dlatego nie odpuścił boksu.

Do walki z Rogelio Mediną Luną doszło 21 grudnia 2024 r. i Paul Bamba ją wygrał – Meksykanin nie wyszedł do siódmej rundy. Już wtedy pojawiły się kontrowersje, ale dziś – po publikacji śledztwa dziennika „The Guardian” – są one znacznie poważniejsze.

W gazecie cytowany jest doświadczony trener, który twierdził, że gdy tylko Meksykanin trafiał mocno, natychmiast odpuszczał. Nie przyciskał rywala.

Prowokacja bez odzewu

Jeszcze w szatni, już jako zwycięzca, Paul Bamba prowokował Jake’a Paula – pół-pięściarza, pół-youtubera. Człowieka bardzo popularnego w internecie, który za walki dostaje grube miliony, więc zapewnia także spektakularne wypłaty swoim rywalom (nawet jeśli procentowy podział gaży wynosi 80 do 20). Walka z nim była – podobno – od lat głównym celem Paula Bamby. Gigantyczne pieniądze do zdobycia, a przeciwnik – mimo wszystko – tylko „pół-bokser”.

– Jeśli Jake Paul chce naprawdę potraktować boks poważnie, jestem pierwszą osobą, do której powinien zadzwonić. Jeśli naprawdę chce się sprawdzić – zapraszam – mówił 35-letni Paul Bamba.

Kilka dni później zmarł we śnie. Podano, że przyczyną było krwawienie z mózgu. Przyjmuje się, że ciosy Meksykanina, Rogelia Mediny Luny, jedynie przypieczętowały tragiczny finał – Paul Bamba miał nabawić się poważnych problemów zdrowotnych jeszcze przed „kolumbijskim” sezonem, podczas pierwszych ośmiu zawodowych walk.

Jak „kolonizowali” Niemcy

Opowiadam tę historię Andrzejowi Wasilewskiemu – człowiekowi, który stworzył w Polsce zawodowy boks z prawdziwego zdarzenia. Jego grupa KnockOut Promotions wciąż dominuje na naszym rynku. Wybór rozmówcy nie jest przypadkowy – czytając o Bambie, ciągle wracałem myślami do historii, którą kiedyś opowiedział mi Wasilewski. Mówił wtedy o bokserskim kolonializmie w pewnym sensie podobnym do tego, który dziś obserwujemy w przypadku Kolumbii.

– Tak, pamiętam tamtą rozmowę i wydarzenie, o którym opowiadałem. Dlatego dziś tragiczna historia Paula Bamby mnie nie szokuje. Ale wtedy, wiele lat temu na Dominikanie, jakoś na początku XXI wieku, byłem ogromnie zdumiony opowieściami potężnego niemieckiego promotora Klausa Petera Kohla. To ten od słynnej grupy Universum, w której walczył Darek Michalczewski czy ukraińscy bracia Kliczko. Na Dominikanie odbywał się kongres jednej z federacji bokserskich, a na zakończenie – jak to bywa – zorganizowano galę boksu – zaczyna opowieść Andrzej Wasilewski.

Podczas tej gali zobaczył znakomicie zbudowanego pięściarza, który efektownie pokonał rywala. Spiker wykrzyczał, że było to już 15. albo 16. zwycięstwo z rzędu tego zawodnika.

– Miał w sobie coś z gwiazdora, boksował w tej samej wadze co Krzysztof Włodarczyk. Myślę sobie: „Rany boskie! Jakie to byłoby starcie, jak bardzo rozgrzałoby media w Polsce!”. Od razu pobiegłem, żeby wymienić kontakt. A ten pięściarz od razu wskazał na Kohla. Poszedłem do niego – dobrze się znaliśmy – i proponuję walkę. Mówię, że zapłacę naprawdę dobre pieniądze, jak na polskie warunki – może to było 50 tysięcy euro. A on się śmieje i mówi: „50 tys. euro to ja co miesiąc wkładam w hodowlę bokserów tutaj”. Robił to po to, żeby budować przeciwników dla swoich pięściarzy w Niemczech. Ten, którego zobaczyłem na Dominikanie, był właśnie jednym z nich. Miał wkrótce zadebiutować przed niemiecką publicznością, miał wtedy otrzymać już duże pieniądze za walkę (znacznie większe niż te, które proponowałem), oczywiście niemałą część z tej wypłaty zgarniał Kohl. On przez długi czas pompował rekordy zawodników – inwestował po 50 tys. euro miesięcznie lub więcej. Nawet gdyby mieli wystąpić w Niemczech tylko w jednej walce. Płacił zarówno tym, których promował, jak i ich kiepskim przeciwnikom – mówi Andrzej Wasilewski.

Klaus Peter Kohl mógł pozwolić sobie na tak wielkie szastanie pieniędzmi, ponieważ w tamtym czasie niemiecka telewizja przeznaczała na boks olbrzymie kwoty. Grupa Kohla zarabiała bajecznie. Kluczowe było, by przeciwnicy wyglądali „wiarygodnie” – dla telewizji i dla kibiców.

„Irracjonalne pieniądze wszystko wypaczają”

Istotne było jeszcze coś. Dzięki „nabitym” rekordom (np. 20 zwycięstw, zero porażek) taki zawodnik z Ameryki Łacińskiej wyglądał wiarygodnie dla kibica, ale dla Kohla było właściwie jasne, że faworyta z Universum nie pokona.

– To było zwyczajne oszukiwanie kibiców, nie ma co się czarować. I oczywiście było to niebezpieczne dla przyjeżdzających do Niemiec pięściarzy – komentuje Andrzej Wasilewski.

– Pieniądze z niemieckich stacji telewizyjnych były gigantyczne. Płacili fortunę za każdą galę bokserską, a Kohl organizował ich kilkanaście rocznie. Musiał więc prowadzić taką „hodowlę”, bo potrzebowali wielkiej liczby pięściarzy. Irracjonalnie wielkie pieniądze wypaczają wszystko. Nie tylko w boksie. Ale trzymajmy się boksu. Czy Jake Paul nie zarabia dziś równie irracjonalnie wielkich pieniędzy? Przecież to nie jest pięściarz z prawdziwego zdarzenia – choć trzeba mu przyznać, że sporo się nauczył. On zarabia miliony, bo jako youtuber zbudował gigantyczną publiczność. Może gdyby jego postać nie wypaczyła rynku bokserskiego, Paul Bamba po pierwszych porażkach wróciłby szybko do fitnessu? – kończy Andrzej Wasilewski.

Główne wnioski

  1. Paul Bamba nie powinien był wchodzić do ringu z tak poważnym rywalem jak Meksykanin Rogelio Medina Luna. Po pierwsze dlatego, że już wcześniej lekarze poważnie ostrzegali go, iż w ringu naraża swój mózg na ogromne niebezpieczeństwo. Po drugie – bo imponujący bilans zwycięstw w żaden sposób nie odzwierciedlał jego prawdziwych umiejętności.
  2. Paul Bamba zlekceważył zagrożenie, choć w życiu wiodło mu się naprawdę dobrze. Jako trener fitnessu zarabiał tyle, że sporą część dochodów mógł przeznaczać na działalność charytatywną.
  3. Eksploatowanie bokserskie krajów mniej rozwiniętych gospodarczo ma długą tradycję. Niemiecka grupa Universum – dzięki gigantycznym pieniądzom płynącym z niemieckich telewizji – inwestowała ogromne środki w budowanie efektownych rekordów zawodnikom z takich krajów, nawet jeśli mieli oni zawalczyć w Niemczech tylko raz.