Świnoujście kontra cesarskie kurorty. Jak zmieniła się wyspa Uznam?
150 lat temu na wyspie Uznam narodziła się nowoczesna turystyka. Garstka zamożnych Berlińczyków zaczęła przyjeżdżać tu na wakacje, a rybackie osady zamieniły się w cesarskie kurorty z willami, molo i koszami plażowymi. Dziś, po drugiej stronie symbolicznej granicy, Świnoujście szykuje się do napisania zupełnie innej historii.
Z tego artykułu dowiesz się…
- . Jak w XIX wieku garstka zamożnych Berlińczyków zamieniła rybackie osady na Uznam w cesarskie kurorty i dlaczego kosze plażowe, molo w Heringsdorfie oraz wille takie jak Ahlbecker Hof przetrwały ponad sto lat burzliwej historii Niemiec.
- Dlaczego Świnoujście, mimo wspólnej wyspy i tej samej plaży, poszło zupełnie inną drogą niż niemieckie kurorty.
- Co oznacza dla przyszłości miasta budowa Przylądka Pomerania i głębokowodnego portu kontenerowego.
Audio generowane przez AI. Może zawierać błędy.
Wyspę Uznam odkryli mieszkańcy Berlina, którzy ponad 150 lat temu nauczyli się przyjeżdżać tu na wakacje. Dziś Świnoujście ma własny pomysł. Między „wanną Berlina” a Przylądkiem Pomerania rozciąga się sto pięćdziesiąt lat wspólnej i jednak zupełnie odrębnej historii dwóch brzegów jednej wyspy.
Narodziny kurortów
Na wyspie Uznam zaczęła się tworzyć nowa kultura wypoczynku z czterema miejscowościami tworzącymi nowoczesny przemysł turystyczny. Portowe Świnoujście stało się bramą na wyspę i jednym z najważniejszych punktów komunikacyjnych regionu. Po doprowadzeniu kolei ze Szczecina w 1876 roku miasto stało się ważnym centrum logistycznym. Prawdziwą furorę zrobiły jednak wkrótce trzy rybackie osady, do których dotarła kolej żelazna prosto z Berlina. I tak w roku 1894 narodziła się legenda cesarskich kurortów: Ahlbeck, Heringsdorf i Bansin.
Zrodził się nadmorski styl życia: hotel, restauracja, promenada, kawiarnia, molo, elegancka willa, orkiestra, spacer i spotkania towarzyskie.
Ukończony w 1880 roku kanał Cesarski, zwany dziś Piastowskim, wzmocnił pozycję Szczecina jako bałtyckiego portu, kosztem rozwijającego się szybko Świnoujścia. Miasto przemodelowało więc swój rozwój. W latach 1885-1890 lokalne władze rozpoczęły parcelację terenów nadmorskich i sprzedaż działek pod zabudowę. Powstawały okazałe wille i pensjonaty z ogrodami.
Do wybuchu I wojny światowej wybudowano w Świnoujściu trzysta hoteli. Natomiast Heringsdorf, mający więcej wolnej przestrzeni, zaczął przyciągać zamożnych inwestorów z berlińskich kręgów bankierskich i przemysłowych. Gorączka turystyczna przeniosła się do Ahlbecku i Bansin, gdzie na mniejszych parcelach powstawały kolejne pensjonaty i wille.
Moje nadmorskie spacery między Bansin a Świnoujściem stały się historyczną retrospekcją europejskich wakacji, gdzie przywilej niewielkiej grupy zamożnych berlińczyków z czasem stał się doświadczeniem milionów ludzi. Jest to opowieść o tym, jak Europejczycy nauczyli się jeździć na wakacje na wyspę podzieloną dziś prawie niewidoczną granicą.
Bansin, czyli złoty sokół
Wysiadam z samochodu przy głównym deptaku w Bansin. Ogarnia mnie fala déjà vu. Wszystko wydaje mi się znajome i swojskie. Moja młodość w Badenii-Wirtembergii staje mi przed oczami. Spokojna uliczka z wypielęgnowanymi fasadami domów letniskowych z przełomu XIX i XX wieku oraz liczne detale podkreślające niemiecki charakter miejscowości. To żółta skrzynka pocztowa, wiszące kompozycje kwiatowe przy latarniach, na wysokości ponad dwóch metrów. Czerwone bądź różowe kwiaty tworzące coś w rodzaju „powietrznych klombów”. I jest czerwony szyld miejscowej Sparkasse.
Podchodzę do oszklonej ściany banku i lustruję oferty nieruchomości. Bungalow z roku 2001 o powierzchni 108 metrów kwadratowych kosztuje 399 tysięcy euro. Jego wycena oscyluje więc wokół 16 tysięcy złotych za metr. Mieszkanie w pobliskim Heringsdorfie z roku 2010 kosztuje 19,5 tys. złotych za metr kwadratowy. Z poziomu ulicy nie ma śladu po smutnych czasach NRD.
Zaglądam do sklepów z pamiątkami i czytam napisy na metalowych tablicach z malunkami. Nostalgiczne i filozoficzne powiedzenia mówią o niemieckiej specyfice społecznej. Zapamiętuję jedno, ogólnoludzkie: „Prawdziwe bogactwo nie polega na posiadaniu, lecz na cieszeniu się życiem.”
Na sąsiednim stole ocienionym wielkim parasolem stoją pamiątkowe kubki po 5 euro z herbem Bansin przedstawiającym złotego sokoła stojącego na zielonym wzgórzu, z tłem srebrnej fali i niebieskim niebem. Zastanawiam się, jakim cudem rybacka wioska „dorobiła się” własnego herbu. Poznając fakty historyczne związane z miejscowością, odkrywam postać heraldyka Ottona Huppa, który zaprojektował złotego sokoła w 1936 roku.
Plaża z koszami
Ciekawsze są jednak informacje o samym plażowaniu na wyspie Uznam. Jeszcze w XIX wieku kąpiel w morzu była ściśle regulowana. Plażowano w specjalnych kąpieliskach, a wyjście poza ich granice mogło skończyć się karą. W Bansin zmiana zaczęła się w latach 20. XX wieku. Już w 1921 roku reklamowano tu możliwość „Freibaden”, czyli swobodnego korzystania z morza poza oficjalnym kąpieliskiem. W 1924 roku pruskie władze formalnie dopuściły taką formę kąpieli w nadbałtyckich kurortach.
Dzisiejsza plaża wydaje się mniej zatłoczona, choć pogoda dopisuje. Białe kosze plażowe z numerami współgrają malowniczo z jasnobeżowym piaskiem. Ich pochodzenie przypisuje się Wilhelmowi Bartelmannowi, który w 1882 roku w Rostocku wykonał dla chorej na reumatyzm arystokratki osłonięte od wiatru i słońca siedzisko plażowe. Rok później powstał model dwuosobowy, a żona Bartelmanna uruchomiła w Warnemünde pierwszą wypożyczalnię.

Oczywiście nie brakuje tu plaż dla nudystów. Pierwsza z nich leży zaledwie 500 metrów od centrum Bansin, w stronę Ückeritz, w cieniu klifu pod górą Langenberg. Przy każdym wejściu na plażę prowadzącym z głównej promenady ciągnącej się do Świnoujścia będę napotykał informacje pokazujące odległości do plaży FKK, czyli skrótu od Freikörperkultur oznaczającego „kulturę wolnego ciała”.
Heringsdorf: od pruskiego ogrodu do reliktu siermiężnego socjalizmu
Sierpniowe słońce zaprasza do dalszego spaceru. Promenada nadmorska łącząca Bansin z Heringsdorfem to idealne miejsce dla pasjonatów ruchu na świeżym powietrzu i lokalnych historyków. Każda z mijanych willi nadmorskich ma inny kształt architektoniczny, kolor fasady i mit założycielski prowadzący do zamożnych rodzin z Berlina. Po przeciwległej stronie deptaka z wyznaczonym szlakiem rowerowym i ławeczkami zachęcającymi do odpoczynku rozciąga się leśny pas zieleni. Dominują w nim sosny będące naturalnymi strażnikami wydm chronionych symbolicznym ogrodzeniem z półmetrowych słupków połączonych drutem. Mijają mnie młode rodziny przemieszczające się głównie na rowerach oraz starsze osoby prowadzące czworonożnych pupili na smyczy.
Pierwszy obraz Heringsdorfu nie jest obrazem morza, lecz ogrodu. Okrągły klomb pełen czerwonych kwiatów, obramowany kostką brukową, jest częścią parku zdrojowego zaprojektowanego w stylu pruskich architektów krajobrazu XIX wieku. Wzorowali się oni na ogrodach pałacu Sanssouci w Poczdamie i Tiergarten w Berlinie. Aleja ozdobiona przystrzyżonymi równiutko krzewami doprowadza mnie do centrum miasteczka, gdzie przeżywam szok estetyczny. Dwa jedenastopiętrowe relikty z NRD rozbijają całą symetrię architektoniczną Heringsdorfu.
W miejscu dawnego luksusowego hotelu Atlantic rozwijanego w latach 1871-1903 stanęły w latach 1980-84 dwa prefabrykowane kolosy. To architektoniczny produkt NRD, zaprojektowany nie dla elity, lecz dla masowego wypoczynku. Ten kombinat wypoczynkowy dla około 1200 osób jest symbolem 150-letniej transformacji koncepcji „wakacji”. Od przywileju elit, przez socjalne prawo pracownika, aż po towar sprzedawany na rynku.
Najdłuższe molo w Niemczech
Również cesarskie molo na pobliskiej plaży nie przetrwało do naszych czasów. Zbudowane w czasach rozkwitu kurortu przed pierwszą wojną światową, było przez dziesięciolecia niszczone i przebudowywane. Po pożarze w 1958 roku jego historyczna zabudowa właściwie zniknęła. Dzisiejsze ponad 500-metrowe molo jest współczesnym następcą XIX-wiecznej konstrukcji, która była jednym z najważniejszych symboli dawnego Heringsdorfu.

Przy wejściu na molo odczytuję tablicę ratowników: temperatura powietrza 18 stopni, a wody 19 stopni Celsjusza, praktyczny brak wiatru. Idę zadaszoną promenadą prowadzącą w głąb Bałtyku, słysząc stale polski język.
– Przepraszam najmocniej, jesteście zakwaterowane w Świnoujściu? – odzywam się do dwóch pań w wieku około sześćdziesięciu lat.
Panie potakują zgodnie głowami i nawiązujemy rozmowę o wakacjach nad Bałtykiem.
– Jesteśmy z Bydgoszczy. Dwa dni temu byłyśmy na wycieczce w Międzyzdrojach, a dziś zwiedzamy Heringsdorf. To nasz kolejny wypoczynek nad Bałtykiem – dodają po chwili.
Dochodzę do końca mola i żegnam się z nimi przy przystanku firmy Adler Schiffe, prowadzącej morskie wycieczki od wyspy Sylt aż po Międzyzdroje. Na stronie internetowej sprawdzam ceny rejsów. Kursy po Zatoce Pomorskiej można kupić za 19 euro, a rejsy wokół wyspy Uznam – za 62 euro. Rodzinna firma, która zaczęła działalność w 1950 roku od jednego kutra rybackiego, chwali się posiadaniem 29 statków wycieczkowych na całym niemieckim wybrzeżu, aż po Morze Północne.
Śląskie kluski i poligloci z Polski
Przystaję po chwili przy piramidalnym pawilonie ze szkła i stali, a jedna z postaci siedzących przy stoliku na końcu mola wymachuje ręką w moją stronę. Mrużę oczy i podchodzę do restauracji, rozpoznając starszego mężczyznę siedzącego z kobietą w podobnym wieku. To Anton z Badenii-Wirtembergii, którego poznałem kilkanaście minut wcześniej w parku zdrojowym.
– Siadaj z nami – wskazuje trzecie, puste krzesło przy stoliku.
Zamawiam piwo pszenne za 6 euro i wdaję się w dyskusję o wyspie Uznam. Moi rozmówcy mieszkają w pobliżu Stuttgartu, w dobrze znanym mi mieście Heilbronn. Są drugi raz na Uznamie.
– Ostatnie lata spędzaliśmy wakacje letnie nad Jeziorem Bodeńskim, ale znajomi namówili nas na wypoczynek w Heringsdorfie. Jesteśmy tu drugi raz. W tym roku robimy więcej wycieczek – mówi Anton, emerytowany nauczyciel gimnazjalny.
– Byliście już w Polsce? – pytam.
– Tak! – nauczyciel podnosi nieco głos, w którym rozpoznaję nutkę entuzjazmu.
– Jedliśmy w Świnoujściu pyszne „Schlesische Klöße mit Gulasch” – żona kiwa głową na potwierdzenie słów Antona.
Klöße ... – powtarzam z namysłem jak papuga i nadchodzi mnie olśnienie – no jasne, kluski śląskie z gulaszem! Anton próbuje powtórzyć nazwę dania po polsku, ale przy wyrazie „śląskie” daje za wygraną. Zaczynamy się śmiać. Temat rozmowy orbituje wokół jedzenia po obu stronach granicy. Niemcy komplementują polską kuchnię i podkreślają brak problemów komunikacyjnych.
– Prawie wszyscy Polacy mówią po niemiecku – emerytowany nauczyciel zaskakuje mnie swoim stwierdzeniem.
Nie chcę wyprowadzać z błędu gościa z południa Niemiec i spokojnie potakuję głową.
Cesarz Wilhelm i Heinrich Mann
Prestiżowe hotele z okresu Cesarstwa Niemieckiego zaczynają się tuż za Heringsdorfem, w drodze do Ahlbecku. Są bardziej widoczne z promenady niż wille od strony Bansin stojące na wysokim klifie. Jest to miejsce, w którym bywali władcy cesarstwa, najwięksi pisarze, a nawet sławni Wiedeńczycy, jak „król walca” – Johann Strauss.
Przystaję na skraju ogrodu willi Staudt i rozpoznaję popiersie Wilhelma I. Ten dom z białą fasadą i wieżyczką jak z bajki o Śpiącej Królewnie był przystankiem podczas objazdów wyspy Uznam przez cesarzy Wilhelma I i II. Niemy świadek epoki, w której burżuazyjne elity Cesarstwa spotykały się w wytrawnych restauracjach w nadmorskich kurortach nad Bałtykiem.

Zupełnie inne czasy nastały w cesarskich kurortach w czasie Republiki Weimarskiej. Moją uwagę przyciąga zielona tablica upamiętniająca pobyt w kurorcie słynnych poetów, kompozytorów i pisarzy. Najciekawsza jest historia związana z pobytem Heinricha Manna, spędzającego wakacje w czasie burzliwego lata roku 1923. W lipcu i sierpniu, mieszkając z rodziną w Strand-Hotelu przy Liehrstraße 10, napisał esej „Heringsdorf, przedmieście Berlina”. Jeszcze w lipcu jeden dolar był wart 350 tysięcy marek, a pod koniec sierpnia już 4,5 miliona marek.
Cena kawy w kurorcie zmieniała się codziennie, a później dwa razy w ciągu tego samego dnia. 22 sierpnia do Berlińczyków, a następnie do wszystkich Niemców trafił do obiegu banknot o nominale 100 milionów marek. Mann był w uprzywilejowanej sytuacji, gdyż praca dla amerykańskiego korespondenta zapewniała mu wpływy w dolarach i każdy dzień pobytu w luksusowym hotelu nad Bałtykiem kosztował go jednego dolara.
Ahlbeck: piękno zachowane, atmosfera utracona
Niebo zaciąga się granatowymi chmurami, kiedy dochodzę do trzeciego cesarskiego kurortu – Ahlbecku. Nadmorska promenada zamienia się w ulicę tętniącą życiem, ale daje się odczuć brak przestrzeni. Linia odremontowanych budynków ma zachowaną imponującą estetykę z początku XX wieku, ale nazwanie ich willami jest bardzo mylące. Ogrody kurczą się do wielkości, w jakich stoją standardowe domy jednorodzinne w większości miast europejskich, a brak starych drzew lub raczej kompletny brak drzewostanu pozbawia je atmosfery unikalności i wyjątkowości.
Dochodzę do słynnego pięciogwiazdkowego hotelu Seetelhotel Ahlbecker Hof, obiektu rozbudowywanego przez 14 lat, z charakterystycznymi narożnymi wieżyczkami, mansardowym dachem, bogatą sztukaterią i symetryczną fasadą. Wśród jego słynnych gości znalazł się cesarz Austrii Franciszek Józef I, który w 1905 roku spędził w nim dwa tygodnie.

Po II wojnie światowej, w czasach NRD, hotel został przejęty przez państwową organizację związkową i funkcjonował jako dom wypoczynkowy dla pracowników. Po zjednoczeniu Niemiec przeszedł gruntowną modernizację i w 1995 roku został ponownie otwarty jako pierwszy pięciogwiazdkowy hotel na Uznamie. Zachowano przy tym historyczną substancję i charakter budynku, ale wyposażono go we współczesne udogodnienia.
Molo, restauracja i Polizei
Molo w Ahlbeck przetrwało wszystkie epoki burzliwej historii Niemiec i naszego kontynentu od powstania w 1882 roku. Na początku lat 90. XX wieku odbudowano najdalej wysuniętą część, gdzie cumowały statki wycieczkowe. W tym kształcie obiekt dotrwał do dzisiejszych czasów. Z dużym zdziwieniem przeczytałem na czarnej tablicy do wypisywania potraw dnia ulokowanej u wejścia do restauracji : „Dzisiaj z powodów policyjnych ZAMKNIĘTE”. Jak się okazało, kilka godzin wcześniej, w godzinach nocnych, złodzieje splądrowali sejf restauracji i sprzęt elektroniczny na kwotę 14 tysięcy euro.
Gdy spaceruję w kierunku Świnoujścia, mija mnie wolno jadący samochód Polizei. W środku jedzie dwóch oficerów lustrujących przez uchylone okna obie strony promenady. Zatapiam się w myślach, przywołując historyczne postacie bawiące w przeszłości na wyspie Uznam. Splendor cesarskich kurortów nie został zniszczony podczas działań wojennych, lecz rozsypywał się wraz z trwaniem realnego socjalizmu w NRD.
Zjednoczenie Niemiec stało się punktem przełomowym. W ciągu minionych 37 lat od upadku muru berlińskiego nie udało się jednak odzyskać utraconej atmosfery wyjątkowości. Elity z Berlina, Hamburga czy Monachium miały do dyspozycji samoloty, które przenosiły je w najpiękniejsze zakątki świata w ciągu jednej doby. Cesarskie kurorty stały się idealnym miejscem na krótkie wypady lub miejscem wypoczynku niemieckich emerytów ceniących sobie klimat Północnej Europy.
Od parawanów do kontenerów
Czy Świnoujście wygląda inaczej niż trzy cesarskie kąpieliska? Pod każdym względem. Nawet piękne plaże wyspy Uznam po obu stronach symbolicznej granicy różnią się pewnym detalem krajobrazowym. O ile jedni opalają się, leżąc lub siedząc w stylowych koszach plażowych, to drudzy eksponują swoje ciała, okopani i odsłonięci parawanami. Słupy graniczne ustawione na wydmach to obiekty, przy których fotografują się turyści, i miejsce, w którym telefon zmienia operatora komórkowego.

Idąc od strony Ahlbeck w stronę centrum Świnoujścia, przystaję przy pierwszym parkingu, na którym stoi prawie sto samochodów. W szybkiej analizie matematycznej odkrywam, że co trzecie auto jest z Niemiec, a co dziesiąte ma czeskie rejestracje. Język niemiecki słyszę tu na każdym kroku. W odróżnieniu od Heringsdorfu dominuje jednak Hochdeutsch, podczas gdy tam często wyłapuję regionalne dialekty gości z południa Niemiec, a nawet ze Szwajcarii. Siadam w ogródku restauracji Laguna przy miejskich tężniach. Mam w nogach dziesięciokilometrowy spacer, a piwo wypite na molo w Heringsdorfie wzmaga mój głód. Zamawiam kopytka z gulaszem za 55 złotych i, czekając na danie, przyglądam się gościom restauracji.
W dwóch letnich miesiącach wakacyjnych liczba kuracjuszy i turystów czterokrotnie przewyższa liczbę stałych mieszkańców miasta. Ostatnie dwa lata przyniosły około dziesięcioprocentowy wzrost gości. Z rozmów z lokalnym kierowcą wiem, że wielu młodych mieszkańców Świnoujścia pracuje sezonowo po stronie niemieckiej ze względu na wyższe zarobki. Płaca minimalna ze stawką 60 złotych na godzinę po stronie niemieckiej wzmaga ruch przygraniczny w sezonie. Wiele osób dojeżdża wówczas do pracy w gminie Heringsdorf.
Czy budowa Przylądka Pomerania, czyli nowego portu zewnętrznego z głębokowodnym terminalem kontenerowym, wzmocni wyraźnie siłę ekonomiczną miasta i powiększy liczbę stałych mieszkańców? Nowa inwestycja zakłada powiększenie miasta o 186 hektarów nowego lądu i blisko trzy kilometry nowego nabrzeża. Uruchomienie nowego portu planowane jest na 2029 rok. Świnoujście ma dziś około 34 tys. mieszkańców, a pod koniec tej dekady może w nim powstać zupełnie nowy, całoroczny rynek pracy związany z portem i logistyką.
Druga szansa Świnoujścia: od plaży z powrotem do portu
Świnoujście swoją nowoczesną historię zaczęło pisać jako miasto portowe. Jego znaczenie gwałtownie wzrosło po otwarciu w 1880 roku Kanału Cesarskiego. Skrócił on drogę wodną między Zalewem Szczecińskim a Bałtykiem i pozwolił większym statkom omijać płytkie wody wokół Uznamu. Port, stocznie, magazyny i infrastruktura wojskowa stopniowo zmieniały charakter miasta, które stało się ważnym punktem na niemieckim wybrzeżu Bałtyku.
To właśnie dlatego los Świnoujścia tak bardzo różnił się od losu sąsiednich cesarskich kąpielisk. Ahlbeck, Heringsdorf i Bansin przetrwały II wojnę światową niemal nietknięte, podczas gdy Świnoujście, jako ważny port i cel alianckich nalotów, zostało w dużej mierze zniszczone. Cesarskie kurorty otrzymały swoją drugą szansę po upadku muru berlińskiego, gdy po zjednoczeniu Niemiec rozpoczęto ogromne inwestycje w podupadłą infrastrukturę turystyczną i przywracanie dawnego blasku nadbałtyckich kurortów.
Obecne inwestycje w Świnoujściu można potraktować jako analogiczną, epokową szansę. Dziś, po latach dominacji funkcji turystycznej, wielkie projekty infrastrukturalne mogą ponownie uczynić ze Świnoujścia jeden z najważniejszych ośrodków gospodarczych południowego Bałtyku. Nie tylko jako kurortu, do którego przyjeżdża się na wakacje, lecz także jako miasta, do którego przyjeżdża się do pracy i na całe zawodowe życie.
Główne wnioski
- Granica na Uznamie przestała dzielić dawno temu. Funkcjonuje dziś jako symboliczny punkt na mapie, a nie realna bariera. Turyści swobodnie przemieszczają się między obiema stronami wyspy, korzystając z niej jak z jednego wspólnego obszaru.
- Obie strony wyspy zarabiają dziś na czymś zupełnie innym. Niemiecka gmina Heringsdorf – na dziedzictwie, którego nie da się kupić ani odtworzyć w kilka lat. Świnoujście z kolei – na przestrzeni do rozwoju, jakiej po niemieckiej stronie po prostu brakuje.
- Przyszłość Świnoujścia może nie leżeć już wyłącznie w turystyce. Przylądek Pomerania i nowy port kontenerowy zapowiadają miastu drugą, przemysłową tożsamość, analogiczną do tej, jaką kurorty odzyskały po zjednoczeniu Niemiec.
