„To będzie moja żona”. Historia małżeństwa, które stworzyło kosmetyczną potęgę AA

Kiedy Wojciech Soszyński pierwszy raz zobaczył Dorotę, powiedział przyjacielowi: „To będzie moja żona”. Dziś są małżeństwem od 44 lat i wspólnie prowadzą Oceanic – firmę produkującą 40 mln kosmetyków rocznie. Opowiadają o wielkiej miłości, współpracy z Diorem, budowaniu marki AA i sekretach udanego związku oraz biznesu.

Dorota i Wojciech Soszyńscy, twórcy firmy OCEANIC
Dorota i Wojciech Soszyńscy, twórcy firmy OCEANIC. Fot. Marta Wojtal. Stylizacje Dagmara Łojek

Ten artykuł jest częścią GQ The Business Issue powered by XYZ.

Przeczytaj inne teksty
Loading the Elevenlabs Text to Speech AudioNative Player...

Audio generowane przez AI. Może zawierać błędy.

Agnieszka Nieradzka, GQ Poland: Waszym największym sukcesem jest firma czy małżeństwo?

Wojciech Soszyński, współzałożyciel Oceniac: To są dwa światy, które się przenikają. Bez tego małżeństwa nie osiągnęlibyśmy takiego sukcesu i odwrotnie.

Pamiętacie wciąż dzień, kiedy zobaczyliście się po raz pierwszy?

Dorota Soszyńska, współzałożyciel Oceniac: : Bardzo dobrze. To była Wielkanoc. Byłam z rodzicami u znajomych z Maroka, z którymi Wojtek również się przyjaźnił. Przyjechał do Polski po 11 latach i też ich odwiedził. Zobaczył mnie grającą na fortepianie i powiedział do swojego przyjaciela: „To będzie moja żona”.

W.S.: Założyłem się z nim, że jeśli Dorota za mnie wyjdzie, stawia mi skrzynkę szampana, bo oczywiście w to nie wierzył.

D.S.: Miałam 16 lat. Wojtek wrócił do Casablanki. Ja skończyłam liceum muzyczne w klasie fortepianu w Gdańsku i poszłam na akademię muzyczną. Spotkaliśmy się po sześciu latach u tych samych przyjaciół. Tym razem to był sylwester. Pierwszą osobą, która o północy złożyła mi życzenia, był Wojtek. Od tamtej pory regularnie przyjeżdżał do Trójmiasta chyba ponad rok. W czasie stanu wojennego dostałam od niego telegram: „Kupiłem dla ciebie nasz wspólny dom”.

Tak po prostu?

D.S.: Tak. W Warszawie. Mieszkaliśmy tam kilkanaście lat. W 1982 roku wzięliśmy ślub w pięknej archikatedrze oliwskiej w Gdańsku, z oprawą muzyczną przygotowaną przez przyjaciół z akademii muzycznej. Jestem z Sopotu, kocham Trójmiasto.

Szybko zaczęliście razem pracować. Wasza firma jest biznesem rodzinnym, a wy – drugim pokoleniem działającym w tej branży. Jak to się zaczęło?

W.S.: Mój ojciec Ignacy już przed wojną otworzył w Łodzi fabrykę kosmetyków Marsylianka. Był przedsiębiorcą z krwi i kości, z wykształcenia inżynier chemii. Wyjechał z kraju w 1956 roku w momencie nacjonalizacji prywatnego biznesu. Wybrał Paryż, bo fascynował go świat zapachów i olejków eterycznych. Pogłębiał swoją wiedzę na Sorbonie, a następnie w Grasse – stolicy perfumiarstwa. Zdobyte doświadczenie pozwoliło mu założyć kosmetyczną manufakturę Givoris, której wyroby wysyłał z Francji do Polski i wielu krajów. Następnie udał się do Algierii, z której przeniósł się do Maroka. Tam po paru latach ciężkiej pracy i oszczędzania zgromadził kapitał niezbędny do uruchomienia własnego biznesu w Casablance.

Wyjechał z Polski z rodziną?

W.S.: Mama nie dostała paszportu. Została w Polsce ze mną i z moimi dwiema siostrami. Wierzyła, że wyjedziemy, więc od dziecka uczyliśmy się francuskiego. Dzięki temu sami mogliśmy czytać kartki i listy od ojca. Do taty dołączyłem, mając 20 lat. Założył w Maroku firmę, w której produkował kosmetyki do pielęgnacji włosów. Byliśmy tam także jednym z największych producentów marek własnych. Mieliśmy zamówienia od firm, które działały lokalnie, ale wysyłały też bardzo dużo produktów do krajów afrykańskich. Później nastąpiła tzw. marokanizacja – trzeba było mieć marokańskich wspólników.

I tak kupiliście kolejną firmę?

W.S.: Tak. Od Francuza urodzonego w Maroku. Chciał sprzedać firmę chemiczną o ponad stuletniej tradycji. Zależało mu, żeby trafiła w dobre ręce. Wystarczyło kilka lat, by na tyle rozwinąć Fragrance Floral, że zostaliśmy największym dostawcą surowców do przemysłu kosmetycznego, farmaceutycznego, chemicznego i spożywczego w Afryce Północnej. W Casablance bardzo dobrze mi się żyło, firma świetnie prosperowała poza trudnym okresem wojny o Saharę i tzw. marokańskim Zielonym Marszem.

Ojciec po latach pobytu za granicą bardzo chciał wrócić do kraju. Uważał, że skoro odniósł tak duży sukces, może swoje doświadczenie wykorzystać także w Polsce. Otworzył w Poznaniu pierwszą firmę polonijną Inter Fragrances, która produkowała kosmetyki i aromaty do ciast. Nalegał, żebym przyjechał mu pomóc. Wróciłem. Rynek był niesamowicie chłonny, firma nabrała ogromnego tempa. Ludzie stali godzinami w kolejkach pod sklepami, by kupić nasze produkty.

Dorota Soszyńska, współtwórczyni firmy OCEANIC
Dorota Soszyńska, współtwórczyni firmy OCEANIC. Fot. Marta Wojtal. Stylizacje Dagmara Łojek

Jak przeżyliście przełom 1989 roku?

D.S.: Upadł mur berliński, rynek się otworzył. Ludzie zaczęli kupować przede wszystkim kosmetyki z importu. Polskie miały może mniej atrakcyjne opakowania, choć ich jakość często nie była gorsza.

W.S.: Mieliśmy dużą fabrykę, zatrudnialiśmy 1500 osób, ale baliśmy się inwestować, bo nie wiedzieliśmy, co będzie dalej. W tym czasie urodziła się nasza córka Nicole i przenieśliśmy się częściowo do Brukseli. Na prawie 30 lat. W Polsce rynek był nieprzewidywalny. Sprzedaż wyraźnie spowolniła. To był dla nas trudny czas. Stawialiśmy wszystko na jedną kartę. I wtedy pojawił się cudowny spadochron.

D.S.: Odezwał się do nas Dior.

W.S.: Odebrałem telefon i usłyszałem: „Wiemy, że prowadzi pan dużą i cenioną firmę kosmetyczną. Interesowałaby pana dystrybucja Diora w Polsce?”.

Po prostu szczęście.

W.S.: I coś jeszcze – mówiliśmy po francusku, a to było dla nich wielkim atutem. Podpisaliśmy kontrakt. Wtedy kosmetyki selektywne na polskim rynku były praktycznie niedostępne. Wyłączność na sprzedaż produktów importowanych miały Baltona i Pewex. Międzynarodowy dyrektor Diora przyjechał do Polski, by poinformować ich, że teraz to ja jestem wyłącznym dystrybutorem Diora w Polsce. Nie mogli w to uwierzyć.

D.S.: Produkowaliśmy kosmetyki kolorowe dla Diora i kremy na licencji dla Heleny Rubinstein. Współpraca trwała kilkanaście lat. Później zajęliśmy się również dystrybucją innych marek selektywnych. To była dla nas dobra szkoła.

Kiedy postanowiliście zacząć pracować na własną markę?

W.S.: Po kilkunastu latach pracy dla Diora. Dzięki niej zdobyliśmy jeszcze większe doświadczenie i potrzebne kompetencje.

Jak to się stało, że zaczęliście pracować razem?

D.S.: To nie było oczywiste. Nie miałam zielonego pojęcia o biznesie. Pochodzę z rodziny lekarskiej. Ojciec Wojtka zauważył mój potencjał, kreatywność i świetną organizację. Zaczęłam jeździć z nimi na spotkania biznesowe za granicę. Dostawałam pierwsze zadania. Marketing raczkował. Nawiązywałam kontakty z prasą, projektowałam opakowania. Zrobiłam pierwszą reklamę Heleny Rubinstein w polskiej telewizji. To była planszowa reklama kremu, który produkowaliśmy na licencji. I tak powoli mnie to wszystko wciągało. W pewnym momencie biznes stał się moją życiową pasją.

Marka AA od początku stawiała na pielęgnację skóry wrażliwej. Wspólnie wykreowaliście jej filozofię?

D.S.: Mieszkaliśmy wtedy w Belgii i obserwowaliśmy głównie rynek francuski. Tamtejsze kobiety często kupują produkty pielęgnacyjne w aptekach, nie w perfumeriach. Dermokosmetyki od zawsze miały tam silną pozycję. Pomyśleliśmy, że może jest to kierunek dla nas. Mój ojciec, lekarz, powtarzał, że w Polsce mnóstwo ludzi ma alergie, ale nie ma odpowiednich dla nich produktów w przystępnej cenie. I właśnie na Międzynarodowych Targach Poznańskich narodziła się myśl, żeby stworzyć krem dla alergików. Sprzedał się w milionach sztuk. Na fali tego sukcesu powstała cała gama kosmetyków. Potem była następna seria i kolejna. W ten sposób zostało zbudowane DNA marki AA – pielęgnacja dla osób ze skórą wrażliwą i alergiczną. Po ponad 40 latach mamy w portfolio siedem silnych marek i jesteśmy obecni w kluczowych kategoriach: pielęgnacja twarzy i ciała, makijaż, dermokosmetyki i włosy. Nasze marki to AA, AA Wings of Color, Oillan, Long4Lashes, L’biotica, Biovax, Aquaselin. Produkujemy około 40 milionów sztuk kosmetyków rocznie.

Biznes to też odwaga i ryzyko. Byliście pionierami w wielu kategoriach i jako pierwsi wprowadziliście płyn do higieny intymnej.

D.S.: To był pomysł mojego ojca, który był ginekologiem. Stworzyliśmy płyn do higieny intymnej dla kobiet, potem dla mężczyzn i dla dzieci.

I podzieliliście kosmetyki na grupy wiekowe…

D.S.: To wymyśliłam ja. AA Technologia Wieku 5Repair do dziś ma wierne konsumentki. Później inni zaczęli nas kopiować.

Nie baliście się, że wspólna praca coś między wami zepsuje?

W.S.: Mamy podzielone kompetencje. Żona zajmuje się reklamą i marketingiem, ja produkcją i dystrybucją. Zostawiamy sobie dużo przestrzeni. Po latach wypracowaliśmy do siebie ogromne zaufanie. Naprawdę nigdy z tego tytułu nie było konfliktów, które zaburzałyby nasze życie.

Zero kłótni?

D.S.: Spieramy się, ale na argumenty. Mamy różne zdania po to, by wypracować najlepsze rozwiązanie. I udaje się. To jest sztuka kompromisu. Nigdy między nami nie było konkurencji. Wręcz przeciwnie, osobą, która mnie motywuje do rozwoju, jest Wojtek.

Jakie trzy cechy u siebie nawzajem cenicie najbardziej?

W.S.: Na pewno pracowitość, mądrość i odpowiedzialność.

D.S.: Odpowiedzialność i to, że Wojtek jest bardzo dobrym i rodzinnym człowiekiem, co daje mi ogromne poczucie bezpieczeństwa. Uwielbiamy spędzać czas w domu, zarówno w Polsce, jak i we Francji. Dom to nasza świątynia.

W.S.: Nigdy się razem nie nudzimy. Uważam, że jeżeli ma się uporządkowane życie prywatne, to także życie zawodowe jest łatwiej poukładać.

I poradzić sobie z kryzysem.

D.S.: Firma wiele razy miała swoje wzloty i upadki. Ogromnym wyzwaniem była dla nas pandemia. Trzeba było odnaleźć się w nowej rzeczywistości, a wiele osób tego nie potrafiło.

W.S.: Postawiliśmy na nową, profesjonalną ekipę i na kompetencje, których dotąd w firmie brakowało. Wiedzieliśmy, że po pandemii branża nabierze rozpędu, a my musimy być gotowi. Inwestowaliśmy w biura, fabrykę i urządzenia, poprawiliśmy organizację i wydajność. Wierzyliśmy, że te zmiany przyniosą konkretne efekty i pozwolą nam umocnić naszą pozycję na rynku. Podjęliśmy ryzyko i to była najlepsza decyzja.

Czy po tylu latach prowadzenia biznesu uważacie, że to jest trudne?

D.S.: Prowadzenie własnej firmy jest zawsze trudne, ponieważ każdego dnia trzeba podejmować decyzje, które wpływają nie tylko na biznes, lecz także na pracujących w firmie ludzi. Trzeba być odpowiedzialnym, mieć grubą skórę, silną osobowość i odporność psychiczną. Wdrapać się na szczyt jest łatwo. Utrzymać się tam długo – to jest dopiero prawdziwe wyzwanie.

Polska jest piątym największym rynkiem kosmetycznym w Unii Europejskiej. Mamy unikatową dynamikę i jednocześnie ogromne nasycenie rodzimego rynku. W 2025 roku zarejestrowanych było aż 1320 polskich firm kosmetycznych. Wiele z nich bardzo szybko się rozwija. Konkurencja jest więc duża.

Do tego polski klient jest niezwykle wymagający. Podejmuje świadome decyzje zakupowe, analizuje składy, porównuje produkty i nie daje się zwieść marketingowym obietnicom. To wymusza na producentach najwyższe standardy jakości, a do tego podnosi całą kategorię.

W.S.: Zawsze mówię, że w branży kosmetycznej jesteśmy maratończykami. Nie możemy zatrzymać się nawet na chwilę. Jeżeli to zrobimy, to albo się cofamy, albo ktoś nas przegoni.

Oceanic jest na rynku już prawie 45 lat. Jak to robicie?

D.S.: Jeździmy na wszystkie najważniejsze międzynarodowe targi. Obserwujemy trendy w Polsce i na świecie. W naszej branży nie ma skutecznej strategii bez głębokiego zrozumienia konsumenta. Marki Oceanic urosły w ostatnich pięciu latach średnio o blisko 100 proc., ale nie jest to efekt przypadku ani jednego trafionego produktu. To efekt połączenia doświadczenia, znajomości rynku, umiejętności identyfikowania zmian konsumenckich i odwagi do działania odpowiednio wcześnie.

W.S.: Dopiero na tym fundamencie wspólnie z naszym kompetentnym zespołem budujemy decyzje strategiczne i produktowe, weryfikując je przez dane, badania, in-
sighty konsumenckie i analizy rynkowe. Najlepsze decyzje powstają na styku dwóch światów: dalekowzrocznej wizji i twardych faktów.

Wasze kosmetyki można również kupić w ponad 40 krajach na świecie.

W.S.: Polska jest dziś ósmym największym eksporterem kosmetyków na świecie, a wartość eksportu sięga 6,5 miliarda euro. Dla dużej firmy rozwój eksportu jest naturalnym kierunkiem.

D.S.: Ogromny sukces osiągnęliśmy na rynku niemieckim. Marka Long4Lashes, lider polskiego rynku wśród serów do pielęgnacji i wzrostu rzęs, jest również numerem jeden w tej kategorii w Niemczech. Potwierdzają to dane. Jesteśmy tam obecni w strategicznych sieciach drogeryjnych, w ponad ośmiu tysiącach punktów sprzedaży. Rozszerzamy asortyment Long4Lashes, a następny krok to osiągnięcie pozycji lidera w kolejnych niemieckojęzycznych krajach, takich jak Austria i Szwajcaria.

Zaraziliście córkę pasją do biznesu?

D.S.: Nicole jest właścicielką firmy biżuteryjnej NS Bijoux i odzieżowej NS Veste. Musiała zbudować własny biznes, żeby udowodnić wszystkim, że też potrafi osiągnąć sukces. Nigdy nie ingerowaliśmy w jej wybory. Najlepsze doświadczenia w biznesie zdobywa się na własnej skórze.

W.S.: Córka dobrze zna branżę kosmetyczną i coraz bardziej interesuje się firmą. Regularnie przychodzi do biura, uczestniczy w spotkaniach. Mam nadzieję, że będzie kontynuować naszą pracę i tradycję rodzinną.

Wojciech Soszyński, współtwórca firmy OCEANIC
Wojciech Soszyński, współtwórca firmy OCEANIC. Fot. Marta Wojtal. Stylizacje Dagmara Łojek

Jak widzicie przyszłość branży kosmetycznej?

W.S.: Jednym z globalnych trendów jest dziś longevity – czyli dłuższe i lepsze życie. Skoro dzięki rozwojowi medycyny i profilaktyki żyjemy coraz dłużej, chcemy również jak najdłużej zachować dobrą kondycję i wygląd skóry.

D.S.: W pielęgnacji będzie to oznaczać coraz większą personalizację i inteligentne dopasowanie do aktualnych potrzeb skóry, stylu i etapu życia. Nie chodzi jednak o komplikowanie rutyny, lecz o więcej skuteczności i technologii przy większej prostocie. Technologia ma ułatwiać pielęgnację, a nie ją komplikować. Chcemy jak najdłużej czuć się młodo i dobrze. Chodzi o poczucie szczęścia.

A jak wy dbacie o swoje dobre samopoczucie? Potraficie odpoczywać?

D.S.: Lubimy ruch na świeżym powietrzu. Jazda na rowerze, długie spacery, pływanie wpływają na naszą dobrą formę. Dzięki temu, że ciągle mamy nowe pomysły i projekty, czujemy się młodzi. Budzimy się i mamy mnóstwo różnych zadań, ale zawsze zaczynamy od pytania o pogodę. Słońce ogromnie wpływa na nasze samopoczucie i nastawienie do życia. Kochamy przyrodę, zieleń, życie na zewnątrz.

W.S.: Lubimy też sztukę, muzykę, kino i dobrą książkę.

D.S.: Kiedy jesteśmy w firmie, cały czas coś się dzieje. W domu szukamy wyciszenia i spokoju.

Mając taki sukces i takie spełnienie, czegoś jeszcze pragniecie?

D.S.: Żyć ciekawie w zdrowiu i z pasją. Zawsze kiedy składam komuś życzenia, mówię: „Życzę ci ciekawego życia”. Bo można osiągnąć sukces, ale przeżyć życie byle jak. Nie każdy potrafi się cieszyć. My umiemy. Celebrujemy wspólne posiłki przy pięknie nakrytym stole. Sprawia to nam wielką przyjemność.

W.S.: To naprawdę wspaniałe nie spieszyć się przy śniadaniu. Wypić spokojnie kawę, porozmawiać, przeczytać żonie fragmenty ciekawego artykułu z gazety. We Francji codziennie rano jeżdżę po bagietkę. Lubię sam ją wybrać, zobaczyć, co się dzieje w okolicy.

Ludzie w wieloletnich związkach często szukają prywatnej przestrzeni. A wy?

D.S.: Spędzamy bardzo dużo czasu razem, mąż stara się być przy mnie. To mnie wzrusza. Zawsze mówiłam córce: „Dobry partner to wygrane życie”.

W.S.: To jest jedna z najważniejszych decyzji.