To nie tylko operacja antynarkotykowa. Dlaczego Amerykanie zablokowali wybrzeże Wenezueli?
Karaiby stały się główną areną narastających napięć na linii USA-Wenezuela. Administracja Donalda Trumpa rozpoczęła największą koncentrację sił amerykańskich w tym regionie od czasu inwazji na Panamę w 1989 roku. Choć oficjalnie działania te przedstawiane są jako operacja antynarkotykowa, ich skala sugeruje raczej przemyślaną strategię nacisku na prezydenta Wenezueli Nicolása Maduro, by skłonić go do ustępstw, a w skrajnym scenariuszu nawet do politycznej kapitulacji. Stawka wykracza jednak poza sam spór z jego reżimem: w grę wchodzą stabilność regionu, bezpieczeństwo energetyczne oraz rywalizacja mocarstw na półkuli zachodniej.
Z tego artykułu dowiesz się…
- Dlaczego Amerykanie koncentrują siły wojskowe u wybrzeży Wenezueli?
- Jakie wątpliwości prawne i polityczne budzi nowa strategia Białego Domu wobec Wenezueli?
- Jakie interesy USA mają w regionie poza zwalczaniem przemytu narkotyków?
Od połowy sierpnia tego roku Stany Zjednoczone rozbudowują swoją obecność militarną w rejonie Karaibów, co znacząco zmienia lokalną równowagę sił. W listopadzie do operacji dołączył USS Gerald R. Ford, największy lotniskowiec na świecie. Towarzyszy mu potężna grupa uderzeniowa, obejmująca myśliwce i okręty eskorty, wspierana przez przerzucone wcześniej siły desantowe. Sam lotniskowiec to tysiące marynarzy i dziesiątki samolotów, a jednostki towarzyszące poszerzają jego zasięg operacyjny. Szacuje się, że do końca listopada łączna liczebność sił USA w regionie sięgnęła ok. 12 tys. żołnierzy.
W grudniu stało się jasne, że operacja jest znacznie szerzej zakrojona, niż sugerowała jej pierwotna, antynarkotykowa otoczka. Od początku września wojska amerykańskie przeprowadziły co najmniej 25 uderzenia na jednostki podejrzewane o przemyt, w wyniku których zginęło 95 osób. Rosną jednak wątpliwości zarówno co do charakteru przewożonych ładunków, jak i tożsamości załóg. Podważa to wiarygodność oficjalnej narracji i znacząco podnosi polityczne koszty całej operacji.
We wtorek 16 grudnia prezydent USA Donald Trump ogłosił blokadę objętych sankcjami tankowców, które wpływają do portów Wenezueli i z nich wypływają. Określił też reżim Nicolasa Maduro w Wenezueli jako „zagraniczną organizację terrorystyczną”.
„Wenezuela jest całkowicie okrążona przez największą w historii armadę sformowaną w Ameryce Południowej. Będzie ona coraz większa, a szok dla nich będzie nieporównywalny z niczym, co widzieli wcześniej dopóki nie zwrócą USA całej ropy, ziemi i innych aktywów, które nam skradli” – napisał Trump w serwisie Truth Social.
USA chcą „przywrócić ład” na półkuli zachodniej
Działania USA wpisują się w tradycyjny schemat stopniowego zwiększania nacisku. W połowie października prezydent Trump upoważnił CIA do prowadzenia tajnych operacji na terytorium Wenezueli. Oznacza to istotną zmianę strategii: przejście od operacji przechwytujących na morzu ku scenariuszom obejmującym także działania lądowe. Według doniesień agencji Reuters nowe wytyczne dopuszczają użycie „siły śmiercionośnej”, choć rzeczywisty zakres uprawnień wywiadu pozostaje niejawny.
Amerykański sekretarz stanu Marco Rubio, wskazywany jako główny architekt twardego kursu wobec Wenezueli, konsekwentnie osadza te działania w szerszej perspektywie strategicznej. W jego narracji odsunięcie prezydenta kraju Maduro od władzy jest warunkiem koniecznym do odzyskania wpływów i przywrócenia „ładu” na półkuli zachodniej.
Narkoterroryzm: zasłona dymna czy casus belli?
Analitycy waszyngtońskiego Center for Strategic and International Studies zwracają uwagę, że skala koncentracji wojska wyraźnie wykracza poza potrzeby typowej misji antynarkotykowej. Sytuację można podsumować krótko: zgromadzone siły są zbyt potężne, by uzasadnić ich obecność wyłącznie walką z przemytem, a jednocześnie wciąż niewystarczające, by przesądzały o nieuchronności pełnoskalowej inwazji. Główną rolę odgrywa tu aspekt psychologiczny, określany przez ekspertów mianem „dyplomacji kanonierek” (gunboat diplomacy): demonstracja siły ma przekonać wenezuelską generalicję, że pozycja reżimu jest nie do utrzymania, co w założeniu Waszyngtonu miałoby sprowokować falę dezercji lub próbę przewrotu. Poczucie nadciągającej konfrontacji potęgują sygnały cywilne, w tym m.in. ostrzeżenie amerykańskiej Federalnej Administracji Lotnictwa o zagrożeniach w wenezuelskiej przestrzeni powietrznej oraz fala zawieszonych połączeń międzynarodowych.
Administracja Trumpa usiłuje legitymizować swoją operację wojskową tezą, jakoby Wenezuela stała się „narkopaństwem” (narco-state), a Nicolás Maduro kierował potężnym Cartel de los Soles (Kartelem Słońc). Kluczowym elementem tej strategii było formalne uznanie Cartel de los Soles przez Departament Stanu za zagraniczną organizację terrorystyczną (FTO), co automatycznie zwiększa zakres możliwych sankcji i narzędzi nacisku.
W oczy rzuca się ponadto radykalna zmiana metodologii. Do niedawna Stany Zjednoczone zwalczały przemyt głównie siłami policyjnymi i straży przybrzeżnej, traktując przemytników jak przestępców podlegających procedurom karnym i korzystających z gwarancji procesowych. Przejście do działań stricte wojskowych oznacza istotną zmianę paradygmatu: od „walki z przestępczością” do logiki „konfliktu zbrojnego”, w którym dąży się do fizycznej eliminacji wroga, a nie aresztowania.
Dobijają rozbitków
Narastają również zastrzeżenia co do samego przebiegu ataków na łodzie przemytników. Z ustaleń agencji Associated Press, opartych na rozmowach z lokalnymi społecznościami i rodzinami ofiar, wynika, że choć część zabitych mogła parać się drobnym szmuglem, daleko im było do statusu narkoterrorystów czy przywódców karteli, jak sugeruje retoryka Białego Domu. Co więcej, według doniesień serwisu Politico z niejawnego briefingu odprawy dla członków Kongresu, Pentagon miał przyznać, że decyzje o użyciu ognia zapadają niekiedy bez pełnego potwierdzenia tożsamości osób znajdujących się na celowniku.
Największe wzburzenie wywołał incydent z 2 września. Po pierwszym trafieniu, które zniszczyło podejrzaną jednostkę, przeprowadzono drugi atak wymierzony w rozbitków. Wbrew początkowym, nieprecyzyjnym doniesieniom, druga salwa nie zabiła jedenastu osób, lecz dobiła dwóch ocalałych z pierwszego uderzenia. Właśnie te wydarzenia stały się zarzewiem oskarżeń o możliwe naruszenie prawa międzynarodowego.
W obliczu tych doniesień sojusznicy zaczęli dystansować się do działań Waszyngtonu. Według dziennika „The Guardian” Wielka Brytania ograniczyła wymianę danych wywiadowczych o podejrzanych jednostkach, obawiając się o legalność wykorzystania tych informacji do przeprowadzania ataków. Sekretarz stanu Marco Rubio publicznie zaprzeczył jednak, by doszło do jakichkolwiek zmian we współpracy, które mogłyby osłabić zdolności bojowe USA.
Wraca narracja o niezbitych dowodach wywiadowczych
Sceptycyzm pogłębia fakt, że w przypadku wielu uderzeń nie doszło ani do fizycznego przejęcia ładunku, ani do publicznego przedstawienia dowodów na jego istnienie – mimo barwnych zapewnień prezydenta Trumpa o „wielkich workach” narkotyków unoszących się na powierzchni wody. Co równie istotne, jak podaje „The Washington Post”, w kuluarowych rozmowach z kongresmenami przedstawiciele Pentagonu mieli przyznać, że niemal wszystkie zaatakowane transporty dotyczyły domniemanej kokainy, a nie fentanylu. Jest to kluczowe rozróżnienie, gdyż to właśnie fentanyl stanowi główną oś narracji o zagrożeniu bezpieczeństwa narodowego USA.
Prawnicy i eksperci prawa międzynarodowego, w tym przedstawiciele Biura Wysokiego Komisarza NZ ds. Praw Człowieka (OHCHR), coraz częściej kwalifikują te operacje jako pozasądowe egzekucje (extrajudicial killings). Podkreślają przy tym kluczową zasadę: podejrzani o przemyt powinni być traktowani jak cywile, którym przysługują gwarancje procesowe, a nie jak żołnierze, których w strefie wojny można legalnie eliminować. W tle tych rozważań powracają ponure analogie do okresu poprzedzającego inwazję na Irak. Ujawnia się niebezpieczne podobieństwo mechanizmu: opierania agresywnych działań na „niezbitych” dowodach wywiadowczych (wówczas dotyczących broni masowego rażenia), które z czasem okazywały się fikcją.
Walka o interesy amerykańskich korporacji
Choć administracja Trumpa oficjalnie zaprzecza, by jej polityka była motywowana chęcią przejęcia złóż ropy, analitycy hiszpańskiego Real Instituto Elcano wskazują na unikatowe wenezuelskie zasoby węglowodorów jako istotny ekonomiczny czynnik tej strategii. Według danych U.S. Energy Information Administration Wenezuela posiada rezerwy ropy naftowej sięgające 303 mld baryłek, co stanowi około 17 proc. światowych zasobów. Ten ogromny potencjał jest zarówno największym atutem kraju, jak i stałym punktem odniesienia w strategicznych kalkulacjach Waszyngtonu.
W tej geopolitycznej układance istotnych jest kilka aspektów. Po pierwsze, liczne amerykańskie rafinerie, zwłaszcza na wybrzeżu Zatoki Meksykańskiej, zostały na przestrzeni lat dostosowane do przetwarzania ciężkich gatunków ropy o wysokiej zawartości siarki, takich jak ropa wenezuelska. Nie oznacza to, że rafinerie są całkowicie zależne od dostaw z Wenezueli. Wynika to raczej z ich profilu technologicznego: potrzebują ropy o podobnych parametrach do tej, którą przez dekady dostarczali Wenezuelczycy. W wypadku zmiany rządu w Wenezueli powrót wenezuelskiego eksportu na rynki światowe mógłby w dłuższej perspektywie zwiększyć podaż i pomóc w stabilizacji cen. Dla USA byłoby to korzystne politycznie, a przy okazji uderzałoby w pozycję alternatywnych dostawców surowca, w tym Rosji czy Iranu, osłabiając zarazem obecnych sojuszników Maduro.
Po drugie, potencjalny rząd „po Maduro” prawdopodobnie otworzyłby rynek na lukratywne kontrakty dla amerykańskich firm. Byłoby to nie tylko ekonomicznie korzystne, ale także politycznie istotne, ponieważ kontrakty, licencje oraz dostęp do infrastruktury energetycznej często przekładają się na wpływy daleko wykraczające poza sam sektor naftowy.
Po trzecie, istotnym tłem konfliktu jest kwestia Gujany i interesów koncernu ExxonMobil. Gigant ten odkrył tam ogromne złoża morskie, z których część znajduje się na obszarach objętych sporem terytorialnym między Gujaną a Wenezuelą. Z perspektywy Waszyngtonu ograniczenie ryzyka destabilizacji wokół tych projektów to nie tylko ochrona amerykańskich interesów korporacyjnych, ale także element szerszej gry o bezpieczeństwo i układ sił na Karaibach.
Próba rozbicia osi Kuba-Wenezuela-Nikaragua
Wenezuela od lat pełni funkcję strategicznego zaplecza energetycznego dla Kuby, co w praktyce amortyzuje skutki chronicznych niedoborów prądu na wyspie i pomaga stabilizować tamtejszy reżim, uznawany przez Waszyngton za wrogi. Warto jednak precyzyjnie określić skalę tej zależności: choć Wenezuela nadal dostarcza ropę i paliwa, nie jest to już strumień „utrzymujący przy życiu całą gospodarkę”, jak miało to miejsce w przeszłości. Mowa raczej o ograniczonych dostawach, które według agencji Reuters wynosiły w listopadzie tego roku ok. 24 tys. baryłek dziennie, co wpisuje się w szerszy trend spadku kubańskiego importu paliw od sojuszników w mijającym roku.
Mimo to, w wypadku zmiany władzy w Caracas, kanał ten zostałby prawdopodobnie drastycznie ograniczony lub nawet całkowicie odcięty. Pogłębiłoby to kubański kryzys energetyczny i zwiększyło presję polityczną na reżim w Hawanie. Jest to element szerszej rozgrywki: polityka wobec Wenezueli bywa interpretowana, jak wskazują m.in. analizy amerykańskiego serwisu Vox, jako próba rekonfiguracji układu sił w regionie i rozbicia nieformalnej osi Kuba-Wenezuela-Nikaragua, która od lat opiera się wpływom USA.
Na razie tylko gra nerwów
Czy dojdzie do eskalacji? Administracja Trumpa wskazywała na możliwość rozszerzenia działań poza operacje morskie, a sam Trump wspominał o rychłym rozpoczęciu działań lądowych. W listopadzie Reuters donosił, że tajne operacje CIA miałyby stanowić pierwszy krok w ramach nowej fazy operacji. Wśród analityków toczy się spór, czy lądowa operacja wojskowa jest realnym celem administracji, czy raczej chodzi o presję psychologiczną, mającą na celu osłabienie lojalności wenezuelskich struktur bezpieczeństwa.
Warto zachować ostrożność wobec prób szacowania ryzyka inwazji: przywoływane w mediach wartości, jak „25 proc. prawdopodobieństwa”, często są bardziej intuicyjne niż oparte na konkretnych danych. Eksperci z Real Instituto Elcano oceniają, że pełnoskalowa inwazja oraz okupacja są w najbliższym czasie mało prawdopodobne, bardziej realne są natomiast tajne operacje oraz rozbudowa obecności wojskowej USA w regionie.
Główne wnioski
- Działania USA u wybrzeży Wenezueli znacznie wykraczają poza tradycyjną walkę z przemytem narkotyków, stając się narzędziem politycznej presji na antyamerykański reżim prezydenta Nicolása Maduro.
- Zarzuty o naruszenie prawa międzynarodowego oraz wątpliwości co do faktycznego charakteru operacji osłabiają międzynarodowe poparcie dla działań Waszyngtonu.
- Operacja wojskowa USA motywowana jest także interesami geopolitycznymi i gospodarczymi, w tym dążeniem do przejęcia kontroli nad strategicznymi złożami ropy naftowej oraz osłabienia regionalnych sojuszy z udziałem Kuby i Nikaragui.