Tour de Pologne znów pojedzie przez całą Polskę. „W niektórych miejscach kolarzy nie było 20 lat”
„Północ-Południe” – pod takim hasłem wystartuje tegoroczny kolarski Tour de Pologne. Dyrektor wyścigu Czesław Lang opowiedział nam o przygotowaniach do startu, nagrodach dla kolarzy i czasach swoich startów, gdy pogoda i sprzęt potrafiły mocno dać kolarzom w kość.
Z tego odcinka dowiesz się…
- Jak będzie wyglądać trasa Tour de Pologne 2026.
- Czy w Polsce mogą odbyć się etapy Giro'd Italia.
- Dlaczego polska drużyna z Czesławem Langiem na mistrzostwach świata w Wenezueli przegrała walkę o złoty medal.
Wideocast
Powiększ video
Wideocast
Powiększ audio
Start w Gdyni, przejazd zachodnią ścianą Polski i finisz w Wieliczce – tak będzie wyglądać trasa tegorocznego wyścigu dookoła Polski. Po latach spędzonych tylko na południu kraju TdP wraca na północ. Pierwszy etap wpisuje się w obchody stulecia Gdyni, a prezentacja zawodników odbędzie się na ORP Błyskawica.
– Idealnie by było, gdybyśmy mieli 14 etapów i mogli pojechać wokół wszystkich granic. Chociaż na pewno nie byłoby to łatwe. Jesteśmy w gronie wyścigów World Touru tak jak Tour de France, jak Giro d'Italia. Tylko oni mają o tyle łatwiej, czy to Francuzi, czy Włosi, że jadą w górach. A te różnice czasowe na ogół gdzieś tam robią się właśnie w górach. Nasza nowa trasa pozwala połączyć etapy sprinterskie z górskimi – mówi w podcaście „Sport to pieniądz” Czesław Lang, medalista olimpijski w kolarstwie, a od 34 lat dyrektor Tour de Pologne.
Panie tak jak panowie
Tour de Pologne rozpocznie się 3 sierpnia. Będzie transmitowany na antenach TVP i Eurosportu. Zmagania kolarzy będą mogli na żywo śledzić kibice z 75 państw.
– To jest ogromna promocja Polski za granicą. Pięć godzin transmisji dziennie w najwyższych standardach technicznych. Bardzo mocno pracujemy nad możliwością promowania i pokazywania cudownych miejsc – tłumaczy Czesław Lang.
Krótko po kolarzach na szosę wyjadą także kolarki. Trzy etapy Tour de Pologne Women odbędą się w województwie lubelskim. Z inicjatywy Totalizatora Sportowego najlepsze zawodniczki otrzymają takie same nagrody finansowe jak kolarze. To ewenement. W największych wyścigach kolarskich takiego ujednolicenia płac nie ma.
Wyścig na kilkadziesiąt ciężarówek
Kolarze ścigają się kilka godzin dziennie. Zaplecze techniczne pracuje właściwie całą dobę. I to już przed startem wyścigu.
– Organizacja wyścigu to potężne przedsięwzięcie logistyczne. Ponad tysiąc osób zaangażowanych dziennie, kilkadziesiąt tirów ze scenografią, specjalne plastikowe bariery sprowadzane z Belgii dla bezpieczeństwa zawodników i kibiców. To też olbrzymie koszty, a przecież budżetowo to my jesteśmy jak Fiat 126p przy Ferrari, którym dysponują organizatorzy największych wyścigów – wskazuje Czesław Lang.
Pierwsze trzy etapy Giro'd Italia wielokrotnie organizowano poza Włochami. W tym roku kolarze ścigali się w Bułgarii. Wcześniej także w Albanii czy Izraelu. Jednak według Czesława Langa, trudno byłoby zorganizować Grande Partenza w Polsce.
- Takie starty nie są tanie. Bułgarzy wyłożyli 15 mln euro, żeby tam odbyły się trzy etapy. Teraz Tour de France będzie startował w Barcelonie, ale tam są kwoty rzędu 20 mln euro. Nie wiem, czy któreś miasto w Polsce chciałoby tyle wyłożyć. Ja wiem, jak jest trudno nam pozyskać
jakiekolwiek pieniądze, gdzie mamy ten sam produkt. Oczywiście, że to się nazywa
Giro d'Italia, ale też ci sami kolarze, ta sama realizacja, wszystko to samo. Nic się tu niczym nie różni, tylko inaczej się nazywa – przekonuje Czesław Lang.
O szprychy od medalu
Czesław Lang opowiada też o czasach, gdy sam ścigał się w peletonie: najpierw amatorskim, a później – jako pierwszy polski kolarz – także zawodowym. Mówi także o tym, jak trzeba było radzić sobie z upałami.
– Teraz drużyny są bardziej zorganizowane, mają monitoring, mają dietetyków, lekarzy, kucharzy. U nas to było bardziej tak na wyczucie, że bierzesz, nie wiem, dwa bidony: do jednego, dajesz jakieś sole mineralne, do innego wodę, no i jedziesz. W amatorskich, to jeszcze były rowery robione przez Romet, miejsce było tylko na jeden bidon. Na mecie rzadko się zdarzało, żeby z każdej drużyny przynajmniej jeden kolarz nie był odwodniony. A do tego jeszcze stopy piekły od butów kolarskich – wspomina Czesław Lang.
W 1977 roku reprezentacja Polski w składzie Czesław Lang, Tadeusz Mytnik, Stanisław Szozda i Mieczysław Nowicki wywalczyła na mistrzostwach świata w Wenezueli brązowy medal w jeździe drużynowej. Według Czesława Langa polscy kolarze mieli wówczas ogromną szansę na złoto.
– Byliśmy przygotowani super. Ale w tym upale mechanik, który w tamtym czasach musiał to koło centrować, naciągać te aluminiowe szprychy, tak je ponaciągał, że były jak struny od gitary. Jak ruszyliśmy, to po 10 kilometrach pracy tego koła, temperatura też na to wpłynęła, pach, pękła szprycha Mietkowi Nowickiemu. Zmieniliśmy koło, dalej prowadzimy, mamy pierwsze miejsce, pękła szprycha Szoździe, później Tadkowi Mytnikowi. I tak żeśmy już w pewnym momencie mieli tyle tych defektów, że stanęliśmy prawie na jezdni – opowiada Czesław Lang.
Miłości do roweru nie porzucił do dziś. Nadal chętnie wsiada na dwa koła i ściga znacznie młodszych od siebie kolarzy.