UE przyjęła umowę handlową z USA. Trump i tak może wywrócić stolik
Po niemal roku sporów i negocjacji państwa UE zatwierdziły porozumienie handlowe z USA. W KE dominował argument ekonomiczny: lepiej mieć 0 proc. po swojej stronie i 15 proc. po stronie USA, niż ryzykować 30-50 proc. po stronie USA i pełną wojnę handlową. Bruksela potraktowała umowę jako kosztowny, ale konieczny kompromis.
Z tego artykułu dowiesz się…
- Dlaczego umowa handlowa UE-USA nazywana jest managed trade (handel zarządzany politycznie) i co zawiera?
- Kto zyska, kto straci na porozumieniu.
- Czy amerykańskie cła na stal i aluminium zostaną zniesione.
Umowa handlowa UE-USA została wynegocjowana latem 2025 roku w szkockim Turnberry przez Ursulę von der Leyen i Donalda Trumpa. Europejczycy zeszli z cłami do zera, „zaakceptowali nową normalność” kupili czas i wprowadzili tzw. instrumenty antyprzymusowe. Ważną część umowy stanowią zakupy amerykańskiego LNG, ropy, paliwa jądrowego i technologii energetycznych.
Parlament Europejski dał zielone światło w minionym tygodniu, a w czwartek Rada UE zatwierdziła umowę, która ma wejść w życie jeszcze przed wyznaczonym przez amerykańskiego prezydenta terminem 4 lipca. To jednak nie oznacza końca transatlantyckiego sporu handlowego. Europejczycy kupili sobie czas i przewidywalność, ale nie pewność. Pytanie brzmi dziś nie „czy umowa została ratyfikowana?”, lecz „czy Donald Trump będzie chciał jej przestrzegać?”.
Co właściwie zawiera umowa?
Sednem porozumienia jest zamrożenie wojny celnej. Waszyngton zobowiązał się utrzymać maksymalny poziom ceł na większość europejskich produktów eksportowanych do USA na poziomie 15 proc. W praktyce oznacza to znacznie niższy pułap niż stawki, którymi Trump groził wcześniej europejskim partnerom. Niektóre sektory – m.in. lotnictwo, część produktów farmaceutycznych czy wybrane surowce – otrzymały jeszcze korzystniejsze warunki dostępu do amerykańskiego rynku.
W zamian Unia Europejska likwiduje większość ceł na amerykańskie towary przemysłowe, otwiera szerzej rynek dla części produktów rolnych i rybnych z USA oraz utrzymuje preferencyjne warunki dla wybranych amerykańskich eksporterów.
Think tanki takie jak Bruegel, Centre for European Policy Studies czy German Marshall Fund zwracają uwagę, że UE de facto zaakceptowała nową normalność: przed Trumpem średnie amerykańskie cła na towary europejskie wynosiły ok. 2-3 proc., po Turnberry wynoszą 15 proc., a UE w wielu segmentach schodzi do zera.
Dlatego część ekspertów określa umowę jako managed trade (handel zarządzany politycznie), a nie klasyczną liberalizację handlu.
Najbardziej istotny element dotyczy jednak energii. UE zadeklarowała zwiększenie zakupów amerykańskiego LNG, ropy, paliwa jądrowego i technologii energetycznych o łącznej wartości około 750 mld dolarów do końca 2028 roku. Ponadto europejskie firmy mają zwiększyć inwestycje w USA. To właśnie ten komponent był dla administracji Trumpa jednym z głównych politycznych celów.
Przycisk awaryjny Brukseli
Porozumienie nie obejmuje amerykańskich ceł w wysokości 50 proc. na stal, aluminium oraz znaczną część produktów pochodnych zawierających te metale. To oznacza, że problem dotyczy również setek produktów przetworzonych, od części samochodowych po elementy maszyn i konstrukcji przemysłowych, a sektor metalurgiczny UE nie otrzymał żadnej gwarancji poprawy dostępu do rynku amerykańskiego.
To szczególnie bolesne dla Niemiec, Włoch, Hiszpanii, Polski oraz krajów Beneluksu, których producenci są obecni na rynku amerykańskim.
To właśnie dlatego Parlament Europejski wymusił dodatkową klauzulę ochronną. Jeżeli do końca roku Stany Zjednoczone nie zniosą lub nie ograniczą dodatkowych ceł na produkty stalowe i aluminiowe, Komisja Europejska może zawiesić część preferencji przyznanych Amerykanom w ramach umowy. Innymi słowy, Bruksela zostawiła sobie przycisk awaryjny.
Administracja Trumpa traktuje metale jako kwestię bezpieczeństwa narodowego, a nie zwykłego handlu. Podobnie jak w pierwszej kadencji, Biały Dom argumentuje, że utrzymanie krajowej produkcji stali i aluminium jest niezbędne dla przemysłu obronnego, infrastruktury krytycznej, przemysłu stoczniowego, sektora energetycznego.
W praktyce oznacza to, że Waszyngton jest gotowy do ustępstw wobec europejskich samochodów, chemikaliów czy farmaceutyków, ale znacznie mniej skłonny do liberalizacji handlu metalami.
A co z innymi metalami?
Sytuacja jest bardziej skomplikowana. Miedź nie została objęta tak szerokimi restrykcjami jak stal i aluminium. Metale ziem rzadkich są wręcz traktowane jako obszar współpracy strategicznej. W przypadku metali krytycznych (lit, nikiel, kobalt, grafit) obie strony deklarują pogłębianie współpracy w zakresie bezpieczeństwa dostaw.
Natomiast produkty zawierające stal lub aluminium mogą nadal wpadać pod amerykańskie taryfy 50-procentowe nawet wtedy, gdy sam wyrób końcowy formalnie korzysta z preferencji przewidzianych w umowie.
Bilans handlowy pokazuje, że Trump nie mówi całej prawdy
Od lat Donald Trump argumentuje, że Europa „wykorzystuje” Stany Zjednoczone dzięki ogromnej nadwyżce handlowej. Rzeczywistość jest bardziej skomplikowana. Według najnowszych danych za 2025 rok wymiana handlowa UE-USA osiągnęła rekordową wartość około 1,77 bln euro. UE i USA są dla siebie nawzajem głównymi partnerami w handlu towarami.
UE wyeksportowała do USA towary warte około 555 mld euro, a importowała towary za około 356 mld euro. Nadwyżka Unii w handlu towarami wyniosła więc niemal 200 mld euro.
Jednak w usługach sytuacja wygląda odwrotnie. Europa importuje z USA ogromne ilości usług cyfrowych, finansowych, technologicznych i związanych z własnością intelektualną. W rezultacie UE notuje wobec USA deficyt usługowy przekraczający 178 mld euro rocznie. Po zsumowaniu towarów i usług całkowita nadwyżka UE wobec USA wynosi zaledwie około 20 mld euro, czyli około 1 proc. całej wymiany transatlantyckiej.
To właśnie ten fakt podkreślają europejscy ekonomiści z Bruegel, CEPS czy German Marshall Fund: polityczna narracja Trumpa opiera się głównie na handlu towarami, podczas gdy nowoczesna gospodarka transatlantycka jest coraz bardziej oparta na usługach, technologii i inwestycjach.
Kto zyskuje na umowie?
Największym zwycięzcą są producenci samochodów, maszyn, chemikaliów i farmaceutyków – europejski przemysł eksportowy. Jeszcze rok temu firmy obawiały się ceł przekraczających 30 proc. Dziś mają przynajmniej częściową przewidywalność kosztów i warunków dostępu do największego rynku konsumenckiego świata.
Dla Niemiec, Irlandii, Włoch czy Holandii oznacza to ograniczenie ryzyka poważnego szoku eksportowego.
Drugim wyraźnym beneficjentem są amerykańscy producenci LNG, ropy oraz technologii jądrowych, czyli amerykański sektor energetyczny. Od rosyjskiej inwazji na Ukrainę USA stały się głównym dostawcą LNG dla Europy. W 2025 roku ponad połowa importowanego przez UE gazu skroplonego pochodziła właśnie ze Stanów Zjednoczonych. Nowe porozumienie jeszcze bardziej wzmacnia tę zależność. Europejczycy argumentują, że chodzi o zastąpienie rosyjskich surowców i zwiększenie bezpieczeństwa energetycznego.
Politycznie Trump może sprzedać porozumienie jako dowód skuteczności swojej agresywnej strategii celnej. To właśnie groźba wojny handlowej skłoniła Brukselę do ustępstw, których jeszcze kilka lat temu nie chciała rozważać.
Kto traci? Zakupy większych ilości LNG i ropy z USA trudno pogodzić z retoryką Zielonego Ładu, który nadal obowiązuje jako trend w UE. Komisja Europejska przekonuje, że jest to rozwiązanie przejściowe i nie zagraża celowi neutralności klimatycznej do 2050 roku. Krytycy odpowiadają, że Bruksela właśnie zamienia zależność od rosyjskich paliw na częściową zależność od amerykańskich.
Choć skala otwarcia rynku rolnego pozostaje ograniczona, organizacje rolnicze w kilku państwach członkowskich obawiają się większej konkurencji ze strony producentów amerykańskich, choć UE nie otworzyła całkowicie rynku dla wszystkich produktów amerykańskich. Nadal są ograniczenia lub kontyngenty dla części produktów rolnych, żywności, produktów objętych normami sanitarnymi UE, niektórych produktów rybnych.
Bruksela nie zgodziła się też na uznanie amerykańskich standardów żywnościowych, co oznacza, że np. słynny spór o wołowinę z hormonami czy kurczaki chlorowane nie znika.
Francuscy eksperci od miesięcy ostrzegają jednak, że umowa zwiększa ekonomiczne uzależnienie UE od Stanów Zjednoczonych – zarówno w energetyce, jak i technologiach cyfrowych oraz AI.
Dlaczego Trump nadal może wywrócić stolik?
Porozumienie z Turnberry nie jest klasyczną umową o wolnym handlu. To polityczny kompromis, którego poszczególne elementy wdrażane są oddzielnymi aktami prawnymi. Nie tworzy on tak silnych zabezpieczeń jak tradycyjne traktaty handlowe.
W Brukseli urzędnicy pamiętają, że Trump wielokrotnie zmieniał stanowisko w sprawie ceł. Co więcej, Waszyngton już teraz prowadzi nowe postępowania handlowe przeciwko europejskim partnerom, m.in. dotyczące cen leków w Niemczech. To pokazuje, że nawet po ratyfikacji porozumienia administracja amerykańska zachowuje możliwość wywierania presji na wybrane sektory europejskiej gospodarki.
Właśnie dlatego eurodeputowani wymusili wpisanie do unijnych regulacji klauzuli wygaśnięcia. Umowa automatycznie straci moc pod koniec 2029 roku, chyba że zostanie świadomie przedłużona już po zakończeniu prezydentury Trumpa. Bruksela zastrzegła również możliwość zawieszenia preferencji handlowych, jeśli Waszyngton nie wycofa części dodatkowych ceł na produkty zawierające stal i aluminium.
Bardziej rozejm niż pokój celny
Z perspektywy gospodarczej umowa jest lepsza niż pełnoskalowa wojna celna. Chroni europejski eksport, daje firmom większą przewidywalność i ogranicza ryzyko recesyjnego szoku po obu stronach Atlantyku. Jednocześnie trudno uznać ją za sukces równorzędnych partnerów. To raczej kompromis zawarty pod presją polityczną Białego Domu. Europa kupiła stabilność.
Trump kupił polityczne zwycięstwo. Pytanie brzmi, jak długo ta stabilność przetrwa. Jeśli doświadczenia pierwszej i drugiej kadencji Trumpa czegoś uczą, to tego, że w relacjach handlowych z Waszyngtonem żadna umowa nie jest ostateczna. Zwłaszcza wtedy, gdy podpisuje ją Donald Trump.
Największym beneficjentem porozumienia są niemieccy producenci samochodów, którzy uniknęli ceł rzędu 25-30 proc. Natomiast największym przegranym pozostaje europejski przemysł stalowy. Dlatego w Brukseli często można usłyszeć ocenę, że Turnberry to umowa napisana przede wszystkim dla przemysłu samochodowego, sektora farmaceutycznego, amerykańskich eksporterów energii, a nie dla europejskich hutników.
Z punktu widzenia Polski to szczególnie istotne, bo nasz eksport do USA jest relatywnie mocno powiązany z wyrobami metalowymi, częściami przemysłowymi i komponentami zawierającymi stal. Dla tych sektorów wojna celna w praktyce jeszcze się nie skończyła.
Główne wnioski
- Umowa handlowa UE-USA nazywana jest managed trade ze względu na jej asymetryczność. USA utrzymuje 15 proc. ceł na produkty europejskie, a UE 0 na amerykańskie produkty. Przed Trumpem średnie amerykańskie cła na towary europejskie wynosiły ok. 2-3 proc., po Turnberry wynoszą 15 proc. KE chciała jednak uniknąć wojny celnej i ugięła się przed prezydentem Trumpem. UE zadeklarowała zwiększenie zakupów amerykańskiego LNG, ropy, paliwa jądrowego i technologii energetycznych o łącznej wartości około 750 mld dolarów do końca 2028 roku. Ponadto europejskie firmy mają zwiększyć inwestycje w USA.
- Istotą umowy jest zamrożenie wojny celnej. Największym beneficjentem porozumienia są niemieccy producenci samochodów, którzy uniknęli ceł rzędu 25-30 proc. Natomiast największym przegranym pozostaje europejski przemysł stalowy. Dlatego w Brukseli często można usłyszeć ocenę, że Turnberry to umowa napisana przede wszystkim dla przemysłu samochodowego, sektora farmaceutycznego, amerykańskich eksporterów energii, a nie dla europejskich hutników.
- Porozumienie nie obejmuje amerykańskich ceł w wysokości 50 proc. na stal, aluminium oraz znaczną część produktów pochodnych zawierających te metale. To oznacza, że problem dotyczy również setek produktów przetworzonych, od części samochodowych po elementy maszyn i konstrukcji przemysłowych, a sektor metalurgiczny UE nie otrzymał żadnej gwarancji poprawy dostępu do rynku amerykańskiego. Parlament Europejski wymusił jednak dodatkową klauzulę ochronną. Jeżeli do końca roku Stany Zjednoczone nie zniosą lub nie ograniczą dodatkowych ceł na produkty stalowe i aluminiowe, Komisja Europejska może zawiesić część preferencji przyznanych Amerykanom w ramach umowy. Innymi słowy, Bruksela zostawiła sobie przycisk awaryjny.