Uprowadzenie Maduro dzieli Amerykę Łacińską. Powrót demonów przeszłości
Amerykańska interwencja w Wenezueli zburzyła kruchy dyplomatyczny ład, stawiając w Ameryce Łacińskiej naprzeciw siebie dwa bloki. Odradzająca się prawica oklaskuje usunięcie autokraty, a lewica w „uprowadzeniu” urzędującej głowy państwa widzi przerażający precedens.
Z tego artykułu dowiesz się…
- Dlaczego operacja specjalna USA wymierzona w Nicolása Maduro wywowałała tak głębokie podziały w Ameryce Łacińskiej.
- Jakie interesy stoją za entuzjastycznym poparciem dla działań USA ze strony prawicowych rządów w krajach regionu.
- Dlaczego amerykańskie interwencje zbrojne wzbudzają głęboką nieufność, nawet wśród zadeklarowanych przeciwników reżimu Maduro.
Błyskawiczna operacja amerykańskich sił specjalnych w Caracas, przeprowadzona o świcie 3 stycznia 2026 roku pod kryptonimem „Absolute Resolve”, w zaledwie kilka godzin zakończyła prezydenturę Nicolása Maduro. Dziś, gdy obalony przywódca Wenezueli czeka na proces o „narkoterroryzm” w nowojorskim areszcie, przez Amerykę Łacińską przetacza się polityczna fala uderzeniowa. Głębokie podziały polityczne na całym kontynencie przypominają najbardziej napięte momenty zimnej wojny. Wybuch euforii wśród wenezuelskich imigrantów na ulicach amerykańskich miast stoi w jaskrawym kontraście do reakcji płynących ze stolic Ameryki Łacińskiej.
Obóz proamerykański wiwatuje po „upadku dyktatora”
Najgłośniejsze wyrazy poparcia popłynęły od rządów, które ideologicznie lub dyplomatycznie popierają kurs administracji Donalda Trumpa. Entuzjazm widać również w tej części wenezuelskiej opozycji, która w amerykańskiej interwencji dostrzegła jedyną realną szansę na ostateczne zakończenie epoki chavismo. To nazwa pochodząca od Hugo Chaveza, poprzednika i mentora Maduro.
Kancelaria Prezydenta Argentyny w oficjalnym komunikacie nie kryła satysfakcji z aresztowania Maduro. Wezwała jednocześnie do przekazania władzy Edmundo Gonzálezowi Urrutii, zwycięzcy sfłaszowanych wyborów prezydenckich z 2024 roku. Doceniła rolę, jaką odegrała liderka opozycji María Corina Machado, laureatka zeszłorocznej Pokojowej Nagrody Nobla.
W innych stolicach narracja była zbliżona: hasło „przywrócenia demokracji” spleciono z retoryką o poprawie bezpieczeństwa oraz zwalczaniu przestępczości transgranicznej. Zestawienie przygotowane przez Americas Society/Council of the Americas (AS/COA) odnotowuje poparcie płynące m.in. od Nayiba Bukelego (Salwador), Santiago Peñy (Paragwaj), Daniela Noboi (Ekwador) oraz Irfaana Alego (Gujana). Część z tych liderów wprost określiła operację jako cios w przestępczość zorganizowaną lub krok niezbędny do „odzyskania instytucji demokratycznych”.
Kalkulacja polityczna stojąca za tym stanowiskiem wydaje się czytelna. Dla prawicowych rządów Maduro to nie tylko symbol autorytarnej lewicy, której wpływy chcą osłabić. To także źródło kryzysu migracyjnego i przestępczości zorganizowanej. Z perspektywy rynków finansowych zmiana ta otwiera szansę na powrót Wenezueli do grona państw, w których można inwestować. Oczywiście pod warunkiem, że obalenie Maduro utoruje drogę do zniesienia sankcji i powrotu do nieco bardziej ortodoksyjnej polityki gospodarczej.

Lewica: Chodzi o suwerenność, nie o Maduro
Najbardziej stanowcze głosy potępienia popłynęły ze stolic rządzonych przez lewicę i centrolewicę, przede wszystkim z Kolumbii, Meksyku, Brazylii i Chile. Co istotne, ich stanowisko nie wynika z sympatii do Nicolása Maduro, lecz z obrony podstawowych zasad prawa międzynarodowego: suwerenności i nienaruszalności granic. Liderzy ci argumentują, że istnienie „złych rządów” nie daje obcym mocarstwom prawa do zbrojnych interwencji.
Prezydent Meksyku Claudia Sheinbaum postawiła sprawę jasno: „Interwencja nigdy nie przyniosła demokracji ani trwałej stabilności i dobrobytu”. Podkreśliła, że jej kraj popiera „współpracę - tak, interwencję i podporządkowanie - nie”. Wenezuelski scenariusz wywołał w Meksyku szczególny niepokój w kontekście niedawnych sugestii Donalda Trumpa o możliwości użycia wojska przeciwko meksykańskim kartelom narkotykowym. Istnieje obawa, że Waszyngton próbuje znormalizować transgraniczne operacje wojskowe pod sztandarem walki z narkotykami.
W podobnym tonie wypowiedział się brazylijski prezydent Luiz Inácio Lula da Silva. Ostrzegł, że „bombardowania w Wenezueli i pojmanie jej prezydenta to przekroczenie niedopuszczalnej granicy”. Obawy Brazylii nie mają charakteru czysto teoretycznego. Ten kraj bezpośrednio sąsiaduje z Wenezuelą. Narażony jest na skutki jej ewentualnej dalszej destabilizacji, w szczególności na kolejną falę uchodźców.
Prezydent Chile Gabriel Boric zdecydowanie nakreślił swoją „czerwoną linię” wokół zasad suwerenności i integralności terytorialnej. Ostrzegł, że skoro dziś usprawiedliwa się jednostronne przejęcie kontroli nad strategicznymi zasobami Wenezueli, to „co stoi na przeszkodzie, aby jutro zastosować ten argument gdzie indziej?”.
W szczególnie trudnym położeniu znalazła się Kolumbia. Ten kraj graniczy z Wenezuelą, gości dużą wenezuelską diasporę oraz od dekad ściśle współpracuje ze Stanami Zjednoczonymi w zakresie bezpieczeństwa. Kolumbijscy urzędnicy zaapelowali o nadzwyczajną debatę w Radzie Bezpieczeństwa ONZ, jednocześnie zapewniając, że współpraca antynarkotykowa z Waszyngtonem będzie kontynuowana. Sytuacja jest jednak napięta, zwłaszcza że Trump publicznie stwierdził, iż podobna operacja w samej Kolumbii „brzmi dla niego zachęcająco”. To stawia Bogotę przed dylematem. Nie może pozwolić sobie na chaos u sąsiada, ale równie trudno byłoby wejść w otwarty konflikt z Waszyngtonem.

Ostrożne centrum: demokracja tak, siłowe metody niekoniecznie
Między entuzjazmem prawicy a oburzeniem lewicy uformowała się trzecia grupa. To państwa, które głośno domagają się powrotu demokracji i rządów prawa w Wenezueli. Wyraźnie jednak dystansują się wobec siłowych rozwiązań Waszyngtonu. Modelowym przykładem jest tu stanowisko Peru. Tamtejsze MSZ potępiło reżim Maduro za łamanie praw człowieka i uznało przestępczość zorganizowaną za realne zagrożenie. Jednak Lima przypomina jednocześnie o nadrzędności prawa międzynarodowego, apelując o pokojową transformację zgodną z tymi zasadami.
Według analizy wspomnianego AS/COA do tej kategorii zaliczają się również Gwatemala, Panama i Dominikana. Rządy te podkreślają znaczenie demokracji i konstytucyjnych procedur. Swoje oświadczenia formułują jednak z chirurgiczną precyzją. Nie chcą poprzeć wprost amerykańskiej operacji, a często nawet uniknąć wymieniania jej z nazwy. Taki dyplomatyczny szpagat jest politycznie opłacalny. Pozwala liderom uniknąć łatki „obrońców dyktatora”. Jednocześnie nie sprawiają oni wrażenia, że dają zielone światło dla nowej ery, w której armia USA pełni funkcję regionalnego policjanta.
Powrót do dobrze znanego scenariusza
Aby zrozumieć, dlaczego nawet rządy wrogie Maduro zachowują daleko idącą wstrzemięźliwość wobec działań Waszyngtonu, warto spojrzeć na język dyplomacji państw tego regionu przez pryzmat ich niedawnej historii. W wielu stolicach Ameryki Łacińskiej „interwencja” nie jest pojęciem abstrakcyjnym. To bagaż wspomnień o zamachach stanu, tajnych operacjach i presji militarnej USA, które przez dekady meblowały scenę polityczną tych państw.
Oto krótka lista najlepiej udokumentowanych przypadków ingerencji z udziałem USA, która w dużym stopniu tłumaczy dzisiejsze obawy państw Ameryki Łacińskiej:
- Gwatemala (1954): Operacja CIA o kryptonimie „PBSUCCESS” doprowadziła do obalenia prezydenta Jacobo Arbenza. To podręcznikowy przykład zimnowojennej zmiany reżimu, dziś szczegółowo opisany w oparciu o odtajnione amerykańskie archiwa.
- Brazylia (1964): W ramach operacji „Brother Sam” Pentagon przygotowywał wsparcie wojskowe dla puczystów, którzy wystąpili przeciwko prezydentowi João Goulartowi. Dokumenty wskazują na gotowość Waszyngtonu do aktywnego wspierania „przyjaznych sił” w kluczowych państwach regionu.
- Chile (1970–73): Choć senatorowie ze słynnej komisji śledczej Churcha nie znaleźli ostatecznie dowodów na bezpośredni udział USA w samym zamachu z 1973 roku, który wyniósł do władzy dyktatora Augusto Pinocheta, to udokumentowali oni systematyczne działania Waszyngtonu mające na celu destabilizację lewicowego rządu Salvadora Allende i wcześniejsze próby wywołania puczu przeciwko niemu. Najnowsze badania dostarczają dalszych dowodów na to, jak amerykańscy prezydenci autoryzowali tę strategię.
- Nikaragua (lata 80.): Wyrok Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości, potępiający USA za wspieranie partyzantki i zaminowanie portów, do dziś pozostaje punktem odniesienia w dyskusjach o suwerenności i bezprawnym użyciu siły w konfliktach zastępczych.
- Panama (1989): To najbardziej uderzająca analogia do wydarzeń z 3 stycznia tego roku. W ramach operacji „Just Cause” wojska USA dokonały inwazji na Panamę, której bezpośrednim celem było aresztowanie przywódcy kraju Manuela Noriegi, oskarżonego o handel narkotykami. Scenariusz był niemal identyczny jak w przypadku Maduro: Noriegę wywieziono do Stanów Zjednoczonych, osądzono i skazano na wieloletnie więzenie. To, co w oczach Waszyngtonu było sukcesem organów ścigania, dla Ameryki Łacińskiej pozostało w pamięci po prostu jako zbrojna inwazja.
- Wenezuela (2002): Raporty wywiadu USA z dni poprzedzających próbę obalenia Hugo Cháveza pokazują, że Waszyngton wiedział o „dojrzewającym puczu”. To paliwo dla wenezuelskiej narracji, głoszącej, że amerykańskie plany „zmiany reżimu” w Caracas sięgają znacznie wcześniej niż wydarzenia z początku tego roku.
Nie ma żartów
Historie te nie oznaczają oczywiście, że za każdym kryzysem w Ameryce Łacińskiej stoi Waszyngton. Sprawiają jednak, że gdy prezydent USA żartuje o „doktrynie Donroe” (nawiązując do XIX-wiecznej doktryny Monroe o amerykańskiej dominacji na półkuli zachodniej) i jednym tchem mówi o egzekwowaniu prawa oraz kontrolowaniu dochodów z ropy, w regionie budzą się demony przeszłości. Dla Latynosów brzmi to jak powrót do starego, dobrze znanego scenariusza.
Główne wnioski
- Interwencja USA w Wenezueli pogłębiła polityczne podziały w Ameryce Łacińskiej. Stworzyła wyraźny rozłam między rządami. Prawice wspierają politykę Trumpa i widzą w usunięciu Maduro krok ku przywróceniu demokracji w tym kraju. Lewicowe oceniają ten ruch jako poważne naruszenie jego suwerenności i groźny precedens na przyszłość.
- Historyczne doświadczenia regionu związane z amerykańskimi interwencjami powodują, że nawet zdecydowani przeciwnicy Maduro zachowują daleko idącą ostrożność. Dla wielu priorytetem wciąż pozostaje integralność terytorialna, suwerenność oraz ograniczanie ryzyka dalszej destabilizacji politycznej.
- Sprzeciw wobec działań USA nie musi oznaczać sympatii do samego Maduro. Krytyczne stanowiska takich państw jak Brazylia, Meksyk czy Chile nie wynikają z ideologicznego wsparcia dla jego reżimu. Są wyrazem uzasadnionych obaw, że akceptacja interwencji stworzyłaby niebezpieczny wzorzec umożliwiający mocarstwom dowolne naruszanie granic pod pretekstem usuwania „złych” rządów.