USA odcinają Kubę od świata. Kryzys paliwowy paraliżuje wyspę
Brak dostaw ropy doprowadził Kubę do stanu permanentnego kryzysu energetycznego. Lotnictwo i transport publiczny są sparaliżowane, a paliwo trafia do obywateli wyłącznie w ramach ostrych limitów i głównie za amerykańskie dolary. Waszyngton liczy na polityczny efekt nacisku, jednak w praktyce rosną koszty społeczne, a strach przed represjami pozostaje jedynym czynnikiem hamującym masowy bunt.
Z tego artykułu dowiesz się…
- Dlaczego Kuba pogrążyła się w dramatycznym kryzysie paliwowym.
- W jaki sposób niedobory paliwa paraliżują codzienne życie na wyspie.
- Do czego w praktyce może prowadzić amerykańska strategia gospodarczego „zagłodzenia” reżimu w Hawanie.
Na przedmieściach Hawany stanie w kolejce po paliwo to już niemal drugi etat. Kierowcy koczują nocami, pilnując swoich miejsc, by wreszcie móc zatankować ściśle racjonowaną benzynę, dostępną jedynie za amerykańskie dolary. Limit? Często zaledwie 20 litrów na osobę. Tymczasem przez powtarzające się przerwy w dostawach prądu psują się zapasy żywności w domach, a szpitale funkcjonują tylko dzięki generatorom awaryjnym. Ten dramatyczny kryzys wewnętrzny rozlewa się także poza granice kraju, zmuszając linie lotnicze do odwoływania rejsów z powodu pustych cystern na lotniskach. To efekt bezlitosnego nacisku Waszyngtonu, który odciął wyspę od wenezuelskiej ropy i grozi cłami każdemu potencjalnemu dostawcy, dławiąc gospodarkę Kuby niemal całkowicie uzależnioną od importu tego surowca.
Jak niedobory paliwa przerodziły się w kryzys?
Gwałtowne pogorszenie sytuacji na Kubie to pokłosie dwóch potężnych wstrząsów z początku tego roku. Pierwszy z nich nadszedł z Waszyngtonu. Rozporządzeniem z 29 stycznia administracja Donalda Trumpa zagroziła nałożeniem ceł na każde państwo, które odważy się dostarczyć na wyspę ropę. Cel tego ruchu jest bezwzględny: wywindować koszty dla potencjalnych dostawców i wywołać efekt mrożący także poza granicami amerykańskiej jurysdykcji. W efekcie groźba ta drastycznie spotęgowała skutki obowiązującego od lat embarga.
Drugim ciosem okazała się sytuacja w Wenezueli – historycznie najważniejszym partnerze energetycznym Hawany. Od połowy grudnia 2025 r. kraj ten nie dostarczył Kubie ani ropy naftowej, ani paliw rafinowanych. Według doniesień agencji Reuters bezpośrednią przyczyną było zablokowanie przez Waszyngton wenezuelskiego eksportu. Skalę problemu najlepiej ilustruje incydent z grudnia: wenezuelski koncern państwowy PDVSA (Petróleos de Venezuela) załadował na tankowiec 80 tys. baryłek paliwa lotniczego przeznaczonego dla Kuby, lecz statek nigdy nie wypłynął z portu. Z danych żeglugowych wynika, że ładunek został wyładowany z powrotem w wenezuelskim porcie. Jednostka ostatecznie popłynęła z benzyną w innym kierunku.
Przerwanie tej energetycznej pępowiny zamieniło rutynowe niedobory w stan krytyczny. Władze Kuby wydały komunikat NOTAM (Notice to Air Missions). Ostrzegły wprost: przez najbliższy miesiąc wyspa nie będzie w stanie zagwarantować dostaw paliwa lotniczego. Kryzys uderzył w dziewięć lotnisk na wyspie, w tym w najważniejszy, stołeczny port José Martí. Reakcja branży lotniczej była błyskawiczna: Air Canada zawiesiła połączenia, wysyłając jedynie „puste” maszyny techniczne w celu ewakuacji ok. 3 tys. kanadyjskich turystów. Inni przewoźnicy ratują się międzylądowaniami na tankowanie u sąsiadów, m.in. na Dominikanie. Odporne na wstrząs okazały się jedynie linie amerykańskie – ich samoloty standardowo zabierają zapas paliwa na drogę powrotną.
Dlaczego ropa dla Kuby to „być albo nie być”?
Podatność Kuby na szoki paliwowe wpisana jest w jej gospodarczą rzeczywistość. Kraj potrzebuje ciągłych dostaw paliwa nie tylko po to, by utrzymać przy życiu transport, lecz przede wszystkim, by zapewnić funkcjonowanie przestarzałego systemu energetycznego, opartego niemal całkowicie na ropie.
Rachunek jest tu nieubłagany. Według szacunków Americas Society/Council of the Americas do utrzymania względnie normalnego funkcjonowania Kuba potrzebuje co najmniej 100 tys. baryłek ropy dziennie, podczas gdy krajowa produkcja sięga zaledwie około 40 tys. baryłek. Ta ogromna luka importowa była dotychczas uzupełniana przede wszystkim przez dostawy z Wenezueli, a w mniejszym stopniu także z Rosji i Meksyku.
Na to uzależnienie od importu nakłada się fatalny stan infrastruktury. Kubańskie elektrownie opalane ropą są technologicznie przestarzałe, a ich konserwacja nieregularna. Zakup części zamiennych i paliwa paraliżują chroniczne niedobory twardej waluty. W grudniu 2024 r. Reuters opublikował druzgocącą diagnozę: sieć energetyczna na Kubie znalazła się w stanie „niemal całkowitego rozkładu”. To wypadkowa braku surowca, klęsk żywiołowych i głębokiej zapaści gospodarczej, dopełniona stopniowym wysychaniem strumienia pomocy od sojuszników z Wenezueli, Moskwy i Meksyku.
Każde zachwianie dostaw uruchamia efekt domina. Brak paliwa oznacza brak prądu, co z kolei paraliżuje wodociągi, chłodnie, transport publiczny i dostawy żywności. Sytuacja wpędza Kubę w błędne koło: kryzys uderza w turystykę, jedyny sektor generujący dewizy niezbędne do finansowania importu. Według doniesień „Financial Times” hotele są stopniowo wygaszane, aby ograniczyć zużycie paliwa. Hiszpańska sieć Meliá zamknęła już trzy swoje obiekty. Władze próbują ratować sytuację, gromadząc turystów w wybranych ośrodkach, byle tylko ograniczyć zużycie energii.
Zdążyli się przyzwyczaić do blackoutów
Obecny stan nie jest nagłym załamaniem, lecz gwałtownym przyspieszeniem kryzysu, który narastał od co najmniej dwóch lat. Już w październiku 2024 r. agencja Reuters alarmowała, że ponad połowa Kuby pogrążyła się w ciemnościach. Rząd, pod presją niedoborów paliwa i rozpadającej się infrastruktury, zdecydował się na planowe odłączenie prądu. Pod koniec roku sytuacja uległa dalszej eskalacji: awaria elektrowni Antonio Guiteras w Matanzas doprowadziła do ogólnokrajowego blackoutu. Był to jeden z serii incydentów, które w tamtym okresie dotknęły wyspę.
Ten schemat powtórzył się także w kolejnym roku. W grudniu doszło do następnego częściowego załamania pracy sieci energetycznej, które pozbawiło dostaw prądu Hawanę oraz zachodnią część kraju. Właśnie wtedy przekroczona została ważna granica społecznej tolerancji. Codzienne trwające ponad 10 godzin przerwy w dostawach energii stały się normą nawet w stolicy. A tą przecież dotąd relatywnie chroniono przed najcięższymi skutkami kryzysu.
Kolejny „okres specjalny” na Kubie?
Dla wielu Kubańczyków obecna sytuacja przywołuje jednoznaczne skojarzenia z traumatycznym „okresem specjalnym” (período especial) z początku lat 90. Upadek Związku Radzieckiego z dnia na dzień odciął wówczas gospodarkę od subsydiów, preferencyjnego handlu i taniej ropy – filarów modelu funkcjonującego od rewolucji w 1959 r.
Dane z tamtego okresu pozostają jednoznaczne. Według Banku Światowego w latach 1989–1993 PKB Kuby spadło o 35 proc. Blackouty trwające 12–16 godzin dziennie stały się codziennością. Państwo wymusiło adaptację do skrajnych niedoborów: transport zmotoryzowany ustąpił rowerom, a na polach maszyny rolnicze zastąpiono zaprzęgami wołów.
Dziś analogie są coraz wyraźniejsze. Powracają racjonowanie paliwa, paraliż transportu, odwoływane zajęcia szkolne oraz rozkwit nieformalnych strategii przetrwania.
Rząd: nie ma mowy o żadnej „zapaści”
Strategia władz ma charakter klasycznego zarządzania kryzysowego: utrzymać podstawowe funkcje państwa i chronić sektory generujące dochody w walutach obcych.
Jak informuje „Granma”, oficjalny organ Komunistycznej Partii Kuby, paliwo ma trafiać wyłącznie do obszarów uznanych za krytyczne: rolnictwa, ochrony zdrowia, wodociągów oraz wojska. Priorytetem objęto również sektory przynoszące dewizy, w tym turystykę i eksport – na czele z przemysłem cygarowym. Oficjalna narracja pozostaje niezmienna. Minister handlu zagranicznego Oscar Pérez-Oliva Fraga zapewnia, że o systemowej zapaści nie ma mowy.
Codzienna praktyka na państwowych stacjach benzynowych podważa te deklaracje. Jak informuje hiszpański dziennik „El País”, paliwo coraz częściej dostępne jest wyłącznie za dolary. Koszt alternatywny tej polityki bywa wysoki: nawet 15 godzin oczekiwania w kolejce. To nie tyle decyzja administracyjna, co instrument ratowania płynności finansowej. Import ropy wymaga twardej waluty, a nie tracącego wartość peso, co zmusza państwo do agresywnego jej pozyskiwania na rynku wewnętrznym.
Równolegle władze próbują zarysować narrację wyjścia z kryzysu. Prezydent Díaz-Canel zapowiada rozwój energetyki słonecznej, zwiększenie krajowego wydobycia ropy oraz rozbudowę magazynów paliw. Na razie są to jednak plany obarczone wysokim ryzykiem realizacyjnym, przy ograniczonym dostępie do kapitału i technologii.
Na jak długo wystarczy jeszcze strach przed aparatem represji?
Biały Dom pod rządami Donalda Trumpa obrał kurs na gospodarcze „zagłodzenie” Kuby w celu doprowadzenia do załamania 67 lat komunistycznej dyktatury. Waszyngton liczy na wariant wenezuelski, a więc zmianę władz na takie, które byłyby otwarte na współpracę z USA oraz demontaż państwowego monopolu gospodarczego – bez konieczności interwencji militarnej.
Ten plan w ograniczonym stopniu uwzględnia jednak kubańskie realia. W przeciwieństwie do Wenezueli na Kubie brakuje rozpoznawalnego alternatywnego lidera lub zorganizowanej opozycji zdolnej do przejęcia władzy. Reżim utrzymuje szczelną kontrolę nad społeczeństwem, kierując resztki dostępnych pieniędzy do aparatu bezpieczeństwa. Co więcej, jawne naciski ze strony USA stanowią dla władz w Hawanie użyteczny instrument polityczny. Pozwalają konsolidować społeczeństwo i przenosić odpowiedzialność za gospodarczą zapaść na zewnętrznego wroga.
Mimo tej pozornej stabilności system zaczyna wykazywać pierwsze symptomy erozji. Niedawna deklaracja prezydenta Díaza-Canela o gotowości do rozmów z USA „bez warunków wstępnych” stanowi czytelny sygnał, że presja sankcyjna zaczyna realnie oddziaływać na reżim. Donald Trump natychmiast politycznie zdyskontował tę wypowiedź, twierdząc, że Hawana „chce z nim dobić targu”.
Jedno pozostaje bezsporne: reżim w Hawanie nigdy wcześniej nie znalazł się w tak niekorzystnym położeniu strategicznym. Kuba nie tylko utraciła wsparcie swojego głównego patrona – Wenezueli. Nie może również już liczyć na realną pomoc innych tradycyjnych sojuszników. Rosja skoncentrowana jest na wojnie w Ukrainie. Chiny priorytetyzują wyzwania o znacznie większej skali. Wreszcie Ameryka Łacińska przesunęła się politycznie w prawo, ograniczając gotowość do bezwarunkowego wsparcia Hawany.
Strategia USA pozostaje jednak wysoce ryzykowna. Waszyngton zakłada, że kubański reżim ugnie się, zanim kryzys społeczny osiągnie punkt krytyczny. Jak ostrzega jednak William LeoGrande z American University w rozmowie z „Financial Times”, zamiast kontrolowanej transformacji politycznej wyspa może pogłębić się w chaosie i kryzysie humanitarnym.
Kubańczycy już dziś funkcjonują na granicy przetrwania. Przed masowym buntem powstrzymuje ich niemal wyłącznie paraliżujący strach przed aparatem represji. Za udział w protestach grożą bowiem wieloletnie wyroki, sięgające nawet 20 lat więzienia. Kluczowe pytanie brzmi, jak długo sam strach wystarczy, by utrzymać kontrolę nad społeczeństwem dotkniętym chronicznym niedoborem żywności i energii.
Główne wnioski
- Kubańska gospodarka została odcięta od życiodajnych dostaw ropy w wyniku eskalacji presji celnej administracji USA wobec potencjalnych dostawców oraz całkowitego wstrzymania eksportu z Wenezueli.
- Brak paliwa doprowadził do załamania przestarzałej sieci energetycznej, paraliżu lotnictwa i transportu publicznego. Władze wprowadziły ostre racjonowanie, sprzedając paliwo głównie za amerykańskie dolary.
- Amerykańska strategia gospodarczej presji ma doprowadzić do upadku reżimu, lecz wobec braku realnej alternatywy politycznej zwiększa ryzyko kryzysu humanitarnego, a nie kontrolowanej zmiany władzy. Przed masowym buntem społeczeństwo powstrzymuje dziś niemal wyłącznie strach przed represyjnym aparatem państwa.