Kategorie artykułu: Biznes Polityka Technologia

Web Summit w Polsce. Szansa na kosmiczny event czy bardzo drogi marketing? (OPINIA)

Organizator największej w Europie konferencji technologicznej rozmawia z rządem o jej organizacji w Polsce. Czym naprawdę jest to wydarzenie, kto za nim stoi i co Polska może zyskać – a co stracić?

Paddy Cosgrave, założyciel kongresu Web Summit i Andrzej Domański, minister finansów
Paddy Cosgrave, założyciel i prezes Web Summitu, namawiał w minionym tygodniu Andrzeja Domańskiego, ministra finansów, by rząd zaangażował się w największą konferencję technologiczną w Europie. Fot: materiały prasowe MF

Z tego artykułu dowiesz się…

  1. Jaką historię ma Web Summi i jego organizator.
  2. Ile realnie kosztuje organizacja wydarzenia i jakie zobowiązania się z tym wiążą.
  3. Jakie korzyści gospodarcze przynosi ta konferencja.
Loading the Elevenlabs Text to Speech AudioNative Player...

Web Summit to – bez wątpienia – największe megawydarzenie technologiczne w Europie. I jedno z najważniejszych na świecie. Dlaczego „mega”? Bo lizbońska edycja gromadzi 70 tys. uczestników z całego świata. Do tego dochodzą jeszcze edycje w Brazylii i Katarze. To jednak również jedno z najbardziej kontrowersyjnych wydarzeń, z ekscentrycznym organizatorem, który z gospodarzami potrafi grać twardo.

Od kilku miesięcy przedstawiciele organizatora odwiedzają Polskę, spotykają się z reprezentantami naszego biznesu i administracji publicznej. W piątek minister finansów i gospodarki Andrzej Domański spotkał się z Paddym Cosgrave’em, szefem Web Summitu, czym pochwalił się w mediach społecznościowych:

„Rozmawialiśmy o kierunkach rozwoju innowacji, wzmacnianiu współpracy w obszarze nowych technologii oraz zaangażowaniu Polski w kolejne edycje Web Summit” – napisał minister Andrzej Domański na Facebooku.

O czym są te rozmowy? Pierwotnie dotyczyły przeniesienia wydarzenia z Lizbony do Warszawy. Teraz – według moich ustaleń – na stole jest także alternatywny pomysł: stworzenie kolejnej regionalnej edycji Web Summitu. Pora więc postawić pytanie, czy warto się o to starać i jak duże publiczne zasoby powinniśmy na to przeznaczyć.

Byłem uczestnikiem Web Summitu w Lizbonie, byłem też na innej topowej europejskiej konferencji technologicznej – Slushu w Helsinkach. Dwa razy uczestniczyłem w słynnym forum w Davos. Od 20 lat jeżdżę również na kluczowe polskie wydarzenia. Nie piszę tego, by się przechwalać, lecz by pokazać, że niniejsza opinia opiera się na obserwacjach z bliska – momentami bardzo bliska. Znam też dobrze historię przenosin Web Summitu z Dublina do Lizbony, która pokazuje, jak wysoką cenę ekonomiczną i polityczną płacą miasta chcące „kupić sobie” miejsce na globalnej mapie kongresów o innowacjach.

Opener dla geeków

Web Summit wystartował w 2009 r. w Dublinie. Pierwsza edycja była kameralna – wzięło w niej udział 150 osób. Kilkanaście lat później liczba uczestników przekracza 70 tys., a organizator podaje, że reprezentują oni 160 krajów.

Wydarzenie trwa od poniedziałku do czwartku, ale spora grupa zostaje na weekend. Nie jest to typowy biznesowy kongres. To olbrzymia strefa targowa, na której swoje stoiska budują setki firm (w większości technologicznych) z całego świata oraz startupy. Na kilkunastu scenach, rozrzuconych po kilku budynkach, odbywają się prelekcje tematyczne.

Ze względu na skalę jest to nie lada wyzwanie dla uczestnika – w krótkim czasie trzeba pokonywać długie dystanse, by zobaczyć interesujące wystąpienie, przebijając się przez gęsty tłum. Skojarzyło ci się z festiwalem muzycznym? I słusznie. Bo w istocie nie mniej ważną – a dla wielu ważniejszą – częścią tego wydarzenia są wieczorne imprezy i koncerty, które odbywają się m.in. na głównym placu Lizbony.

Większość uczestników to pracownicy działów technologicznych, którzy dostali wyjazd w nagrodę (kto nie chciałby pojechać do Lizbony, zwłaszcza gdy w dużej części Europy jest zimno i ciemno?). Oczywiście w tak dużej grupie są też liderzy biznesu, przedstawiciele funduszy czy startupów, jednak giną w masie. Zupełnie inaczej niż na Slushu, gdzie najważniejsze rzeczy dzieją się na scenach albo w strefach spotkań 1:1.

Kto stoi za Web Summitem?

Web Summit stał się globalnym produktem eksportowym: obok flagowej edycji w Lizbonie powstały edycje w Katarze i Brazylii, a także Collision w Toronto oraz RISE w Hongkongu. Za tą ekspansją stoi irlandzka spółka Connected Intelligence. I to ważny aspekt w kontekście rozważań o organizowaniu wydarzenia w Polsce. Gros wartości ekonomicznej i know-how pozostaje w Irlandii, niezależnie od lokalizacji samej konferencji. A organizator potrafi wyciskać z kraju gospodarza maksimum – o czym za chwilę.

Założycielem i centralną postacią Web Summitu jest Paddy Cosgrave. Irlandczyk jest bez wątpienia wizjonerem, który potrafi budować szeroką sieć kontaktów. Ma jednak również skłonność do publicznych konfliktów, ponieważ nie hamuje się w zabieraniu głosu w sprawach politycznych i społecznych. Ostro krytykował rząd Irlandii, nie unika zapraszania na scenę polaryzujących polityków, ma też na koncie medialne kampanie wymierzone w partnerów, z którymi się poróżnił.

Właśnie ten styl doprowadził do największego kryzysu w historii Web Summitu. W 2023 r. publicznie zabrał głos w sprawie wojny Izraela z Hamasem, nie potępiając ataku terrorystów, a jedynie akcję odwetową. To wywołało exodus sponsorów (m.in. Google, Meta, Amazon, Intel), a niektórzy prelegenci odwołali przyjazd. W efekcie Cosgrave musiał zrezygnować z funkcji prezesa – jednak nie na długo. W kwietniu 2024 r. wrócił na stanowisko, co sugeruje, że oddanie sterów było jedynie taktycznym zagraniem w celu uspokojenia nastrojów sponsorów.

Dublin: jak pękło partnerstwo publiczno-prywatne

Nie mniejsze kontrowersje towarzyszyły przenosinom Web Summitu z Dublina do Lizbony. Oficjalnie decyzja była tłumaczona „niedostateczną infrastrukturą”, ale to ciekawe studium przypadku: od modelowego wręcz partnerstwa publiczno-prywatnego do otwartego konfliktu.

Faktem jest, że Dublin nie nadążał za szybko rosnącym wydarzeniem: obiekt był przestarzały, problemy z siecią Wi-Fi na technologicznym szczycie kwalifikowały się do memów, brakowało miejsc noclegowych, których ceny szybowały w kosmos, a miasto było sparaliżowane komunikacyjnie. Irlandzki rząd uważał, że te problemy powinni rozwiązywać odpowiedzialni za poszczególne obszary, podczas gdy organizator oczekiwał skoordynowanego „planu państwa” i wyznaczenia centralnego koordynatora.

Przełomowym momentem w sporze było upublicznienie korespondencji mailowej z Kancelarią Premiera Irlandii. Organizator pokazał, że otrzymał zaledwie „trzystronicowy plan stworzenia planu”, podczas gdy inne miasta składały setki stron szczegółowych gwarancji i rozwiązań. Po tym wydarzeniu relacje wyraźnie się schłodziły, a politycy publicznie zadeklarowali, że nie dadzą się szantażować.

Lizboński gambit: 110 mln euro i klauzula na 3 mld

Paddy Cosgrave mógł tak twardo negocjować z Irlandią, ponieważ równolegle rozmawiał z innymi miastami. Po globalnym przetargu, w którym brało udział ponad 20 lokalizacji, wygrała Lizbona. Portugalska stolica potraktowała Web Summit jako strategiczny projekt, a nie kolejnego najemcę hal targowych.

Miasto podpisało z Web Summitem 10-letnią umowę wartą 110 mln euro (ok. 460 mln zł), która zakłada dopłacanie z budżetu 11 mln euro do każdej edycji. Zobowiązało się również do rozbudowy kompleksu targowego Altice Arena. Władze są jednak przekonane, że ta inwestycja się opłaca – według ich szacunków konferencja przynosi portugalskiej gospodarce 300 mln euro rocznie.

Lizbońskie władze wyciągnęły lekcję z problemów kolegów z Dublina i zabezpieczyły się przed groźbą przenosin wydarzenia, wpisując do umowy klauzulę wykupu na poziomie 3 mld euro. Oznacza to, że przedwczesne wyjście Web Summitu z Lizbony byłoby dla organizatora katastrofą finansową.

Ekonomika megawydarzenia i ukryty rachunek

Czy Warszawę stać na taką inwestycję? Budżet naszej stolicy jest większy niż Lizbony, jednak warto pamiętać, że mamy deficyt. Nie dysponujemy też centrum kongresowym. Wydaje się, że jedyną lokalizacją umożliwiającą organizację tego wydarzenia jest Stadion Narodowy. Wymagałoby to jednak budowy całej infrastruktury od zera, co oznaczałoby jeszcze większe koszty.

Warto również pamiętać, że 11 mln euro dotacji to nie koniec wydatków miasta-gospodarza. Po stronie publicznej leżą koszty związane z bezpieczeństwem, transportem, reorganizacją ruchu, promocją oraz dostosowaniem infrastruktury. To także ogromne wyzwanie dla branży HoReCa, która musi zmierzyć się z niespotykaną falą klientów w ciągu kilku dni.

Czy organizacja wydarzenia dawałaby Warszawie lub innemu polskiemu miastu takie same korzyści jak Lizbonie? Web Summit odbywa się w listopadzie, a więc wypełnia okres, w którym ruch turystyczny jest niższy. Dane pokazują, że podczas trwania konferencji hotele w Lizbonie są zajęte w około 90 proc., a ceny są średnio o 20 proc. wyższe niż przeciętnie w listopadzie.

Trudno jednak wyobrazić sobie, że równie chętnie uczestnicy przyjeżdżaliby w tym czasie do Polski, gdzie pogoda jest znacznie mniej sprzyjająca. Z kolei organizacja wydarzenia w miesiącach letnich sprawiłaby, że nie napędzałoby ono niskiego sezonu, lecz dodatkowo windowałoby ceny w wysokim.

Czy bilans ekonomiczny rzeczywiście jest tak korzystny? W portugalskich mediach można znaleźć liczne głosy ekonomistów i ekspertów poddających w wątpliwość rządowe szacunki wpływu Web Summitu na gospodarkę (300 mln euro rocznie) oraz krytykujących fakt, że nie zostały one poddane niezależnemu audytowi. Wskazuje się również, że pozycja Portugalii na mapie innowacji nie przesunęła się w takim stopniu, jak zapowiadano.

Czy Web Summit buduje lokalny ekosystem startupów?

Jedną z najczęściej powtarzanych obietnic jest wzmocnienie lokalnej sceny startupowej. Tych samych argumentów używa organizator podczas rozmów z ministrem Andrzejem Domańskim. To jednak kwestia trudna do jednoznacznego zmierzenia. Wielu startupowców skarżyło się na niski zwrot z inwestycji: przy kosztach rzędu kilku tysięcy euro za bilety, przeloty, zakwaterowanie i marketing realna liczba jakościowych spotkań z decyzyjnymi inwestorami była znacznie niższa niż podczas helsińskiego Slushu.

Nie jest to zaskakujące. Startup wystawiający się na Web Summit rywalizuje z setkami innych firm, więc przebicie się jest naprawdę trudne. Dodatkowo w tłumie 70 tys. osób niezwykle trudno wyłowić właściwą osobę do spotkania. Web Summit nie dysponuje tak sprawnym mechanizmem umawiania spotkań jak Slush, a „stężenie” decyzyjnych osób z funduszy venture capital wśród uczestników jest relatywnie niskie.

Faktem jest jednak, że portugalski ekosystem startupów w ostatnich latach dynamicznie się rozwija. Liczba zarejestrowanych startupów przekroczyła 5 tys., co oznacza, że stanowią one około 1 proc. wszystkich firm. W rankingu hubów startupowych „FT” Lizbona zajmuje 24. miejsce na świecie. Trzeba jednak pamiętać, że jednym z powodów tego wzrostu jest fakt, iż Portugalia podczas pandemii i upowszechnienia pracy zdalnej stała się popularnym miejscem relokacji młodych ludzi – ze względu na relatywnie korzystne koszty życia, klimat oraz… znakomite warunki do surfingu.

No i gdzie ten local content?

Czy zatem Polska powinna starać się o Web Summit? Nie widzę w tym specjalnego sensu – to bardzo kosztowny projekt. Po awansie Polski do G20 nie mamy problemu z rozpoznawalnością. W ostatnim roku znaleźliśmy się na czołówkach wielu światowych mediów. Nie musimy więc uwiarygadniać się międzynarodowymi markami – powinniśmy budować własne.

Mamy dwa wartościowe wydarzenia biznesu technologicznego: Impact w Poznaniu oraz Infoshare w Gdańsku, a także dodatkową jesienną edycję w Katowicach (XYZ jest patronem medialnym obu imprez, więc do zobaczenia!). Z publicznych środków otrzymują ułamek tego, co Web Summit. Nie mam wątpliwości, że gdyby rozdzielić między nie 110 mln euro w ciągu najbliższych 10 lat, to przeniesie je to do innej ligi i pozwoli zbudować pozycję liderów w Europie.

Czy Web Summit jest od nich lepszy pod względem produkcyjnym? Nie. I nie jest to tylko moja subiektywna opinia. Impact stał się produktem eksportowym – od dwóch lat organizowany jest również w Bukareszcie i zdobywa najbardziej prestiżowe wyróżnienia za organizację wydarzeń.

Może więc Web Summit jest lepszy pod względem merytorycznym? Również nie. To na scenach Impactu, a nie Web Summitu, występują nobliści z ekonomii. Przewagą Web Summitu jest za to występowanie globalnych liderów firm technologicznych (np. Elona Muska czy Sama Altmana), ale i oni powoli pojawiają się na polskich wydarzeniach. Przede wszystkim jednak Infoshare i Impact dają dużą ekspozycję polskim przedsiębiorcom. Są w gronie głównych gwiazd, a nie jedynie dodatkiem do globalnego show.

W sytuacji, gdy rząd za strategiczny cel obrał wspieranie polskiej gospodarki i promuje local content, ściąganie zagranicznej konkurencji i przeznaczanie na ten cel potężnych funduszy z publicznego budżetu wydaje się działaniem w dokładnie przeciwnym kierunku.

Jeśli jednak władze ostatecznie zdecydują się na ten krok, proponuję solidnie przygotować się do rozmów. Paddy Cosgrave to wyjątkowo twardy i sprawny negocjator. Widziałem prezentację dla polskich partnerów – gdybym nie zobaczył jej z bliska, pomyślałbym, że to rzeczywiście kosmiczny event.

Widząc zachwyty części ekosystemu startupowego nad ideą ściągnięcia Web Summitu do Polski (choć warto zauważyć również liczne głosy krytyczne, w tym lidera środowiska Artura Kurasińskiego), myślę sobie: „Cudze chwalicie, swego nie znacie”. I warto pamiętać: „Polacy nie gęsi, iż swój język mają”.

Główne wnioski

  1. Web Summit to prestiżowy brand, ale bardzo kosztowny projekt. Organizacja wydarzenia tej skali oznacza wieloletnie zobowiązania finansowe liczone w setkach milionów złotych oraz dodatkowe koszty infrastrukturalne i organizacyjne. Doświadczenia Lizbony pokazują, że to inwestycja obarczona ryzykiem, a realny bilans ekonomiczny bywa kwestionowany.
  2. Korzyści dla lokalnego ekosystemu nie są oczywiste. Choć Web Summit obiecuje wzmocnienie sceny startupowej, w praktyce konkurencja o uwagę inwestorów jest ogromna, a dostęp do decyzyjnych funduszy VC ograniczony. Mniejsze, bardziej skoncentrowane wydarzenia często oferują lepszą jakość kontaktów biznesowych.
  3. Polska powinna najpierw wzmacniać własne marki. Zamiast inwestować ogromne pieniądze publiczne w zagraniczną markę, bardziej racjonalne może być rozwijanie i umiędzynarodawianie rodzimych konferencji technologicznych. To lepiej wpisuje się w strategię wspierania polskiej gospodarki i budowania własnej pozycji na mapie innowacji.