Zamaszysta „zamczystość”. Czyli każdy marzy o zamku
Kuba Snopek zrobił wystawę małą, ale dotykającą problemu, który rozlewa się po Polsce szerzej niż nowe zamknięte osiedla na obrzeżach wielkich miast. „Ostatni zamek” w Zamku Królewskim w Warszawie to rzecz o budowaniu marzenia. Mamy wciąż coś z księżniczek z dzieciństwa – chcemy do zamku. I „zazamczenie” kraju mówi o nas więcej, niż byśmy chcieli.
Z tego artykułu dowiesz się…
- Dlaczego wystawa „Ostatni zamek” Kuby Snopka to opowieść nie o architekturze, ale o emocjach, aspiracjach i pamięci.
- Skąd bierze się fenomen „zamków jednorodzinnych”.
- Co łączy Zamek Cesarski w Poznaniu, Zamek w Stobnicy i Kaer Morhen.
Polska – jeśli spojrzeć na nią nie przez pryzmat podręczników historii sztuki, ale przez Google Street View – architekturą warowną stoi. Kochamy zamki jednorodzinne, baszty w skali 1:1 przyklejone do garażu na dwa auta. Kochamy blanki zwane też krenelażem, czyli charakterystyczne zwieńczenia murów z charakterystycznymi zębami (merlonami). Nie bronią one przed nikim, ale symbolicznie odgradzają od wszystkiego. Czasem nawet stają się murami ogłoszeniowymi, jakby każdy baner „sprzedam” czy „wynajmę” potrzebował własnej fortyfikacji. To nie jest już tylko estetyka, to jest stan narodowego ducha. I widać to wyraźnie na wystawie Kuby Snopka „Ostatni zamek” prezentowanej w Zamku Królewskim w Warszawie.
Przy czym zaznaczmy: Kuba Snopek nie moralizuje. Raczej pokazuje. Albo zastanawia się i próbuje zrozumieć. Widzimy jego oczami rzeczy, które wszyscy znamy, ale rzadko oglądamy naraz, w jednym miejscu, w jednym kadrze, w jednym ciągu myślowym. I nagle okazuje się, że to nie są jednostkowe „wypadki przy pracy” architektury. To jest język. Język aspiracji, lęków i – co najciekawsze – pamięci o nas samych.
Brzmi jak historyzm w czystej postaci? Nic nowego. Architektura od zawsze lubiła cytować samą siebie. Neogotyk, neorenesans, neobarok – istnieje cała plejada stylów, które były powrotem estetyki przeszłości, reinterpretacją, czasem wręcz fantazją na temat minionych dziejów. Ale dziś historyzm wraca w wersji zdemokratyzowanej. Już nie jest domeną elit, państwowych projektów czy reprezentacyjnych gmachów. Trafił pod strzechy. A właściwie pod dachy z wieżyczkami. I jak to bywa z powszechnością i popularnością wśród ludu, ten historyzm także się wynaturza. Traci swoje reguły, swoje proporcje, swój charakter. Nie ma umiaru. Staje się bardziej emocją niż stylem. Bardziej deklaracją niż projektem.
Historyzm konieczny
Nieprzypadkowe jest miejsce tej wystawy – Zamek Królewski w Warszawie. Bo to przecież zamek szczególny: odbudowany, a więc jednocześnie „prawdziwy” i „zrekonstruowany”, zakorzeniony w historii i z niej na nowo wydobyty. Po wojennej zagładzie został przywrócony nie tylko jako budynek, ale jako symbol, świadoma decyzja o ciągłości, której fizycznie zabrakło. W tym sensie jest najważniejszą polską realizacją „historyzmu koniecznego”. To ani kaprys, ani estetyczna zabawa, ale raczej akt zbiorowej woli. I właśnie dlatego jego obecność jako ramy dla „Ostatniego zamku” wybrzmiewa podwójnie. Bo pokazuje, że między rekonstrukcją a fantazją, między pamięcią a projekcją rozciąga się szerokie pole napięć. Nie każdy zamek jest taki sam, choć wszystkie odwołują się do tej samej potrzeby: odzyskania, dopowiedzenia, deklaracji, a czasem po prostu wymyślenia historii na nowo.
Ale to początek. Na wystawie – poza zdjęciami Polski prowincjonalnej mniej lub bardziej „uzamaczonej” – są trzy przykłady, które są trzema różnymi dopowiedzeniami tematu.

Cesarski Poznań, widmo w Stobnicy i Kaer Morhen
Najpierw Zamek Cesarski w Poznaniu, najbardziej monumentalna z naszych „nieoczywistych” budowli obronnych, choć przecież nigdy nie była zamkiem w sensie militarnym. To architektura władzy, przebrana za architekturę pamięci. Zbudowany na początku XX wieku dla cesarza Wilhelma II, stylizowany na romańską twierdzę, miał udawać coś, czym nie był: średniowieczną ciągłość w miejscu, gdzie jej nie było, ale politycznie była potrzebna, by podkreślić przynależność ziemi wielkopolskiej. To zamek, który od początku był projektem ideologicznym, historyzmem w służbie politycznej dominacji. A potem historia dopisała mu kolejne warstwy: polonizacja, przebudowy, nowe funkcje. Dziś jest jak palimpsest, w którym każda epoka próbowała nadpisać poprzednią, ale żadnej nie udało się całkowicie wymazać. To zamek realny, ale jego „średniowieczność” jest czystą projekcją, świadomie skonstruowaną iluzją.

Zupełnie inaczej działa Zamek w Stobnicy, bo to właściwie zamek-widmo. Ruina, niedokończona ambicja, projekt, który chciał być czymś więcej, niż pozwalała rzeczywistość. To jedna z inwestycji, które próbują materializować marzenie o „własnym średniowieczu”, ale zatrzymują się w pół drogi. Z braku funduszy lub administracyjnych zakazów. To architektura aspiracji, która nie zdążyła skostnieć w formę. Zamek, który nie tyle udaje historię, ile próbuje ją dopiero wymyślić na użytek prywatnych ambicji.
I wreszcie trzeci przypadek, najbardziej radykalny, bo całkowicie niematerialny. Mowa o Kaer Morhen, czyli zamku z uniwersum Wiedźmina. Twierdza zrujnowana, odległa, wpisana w górski pejzaż. To już nie jest historyzm ani jego ludowa wersja. To jest czysta projekcja kulturowa, syntetyczna średniowieczność, zbudowana z klisz, inspiracji, archetypów. A jednak – paradoksalnie – dla wielu bardziej „prawdziwa” niż realne zamki. Bo odpowiada na potrzebę mitu, którą rzeczywistość nie zawsze jest w stanie zaspokoić. Kaer Morhen jest zamkiem pamięci wyobrażonej. Takiej, która nie musi być wierna faktom, żeby być przekonująca. Ale pokazuje żywotność architektonicznego mitu nawet w wirtualnym świecie.
Wieża z katalogu
„Ostatni zamek” można czytać jako opowieść o tej właśnie przemianie. O tym, jak przeszłość – zamiast być świadomie interpretowana – staje się magazynem form do dowolnego użycia. Jakbyśmy wszyscy dostali dostęp do wielkiego katalogu historii i mogli z niego wycinać fragmenty: tu wieża, tam łuk, tu maswerk, gdzie indziej krenelaż. Składamy z tego własne mikrofortece, prywatne bastiony, domowe cytadele.

Ale pod tym wszystkim kryje się coś jeszcze. Coś, co wybrzmiewa między obrazami, fotografiami, zestawieniami. To problem przerwanej historii. „Społeczeństwa, które nie pamiętają o historii, są skazane na jej powtarzanie” – ten cytat zawdzięczamy filozofowi George’owi Santayanie. I choć on mówi o wielkich zdarzeniach, to, jak widać, z małymi mamy podobnie. Historia w wypadku Polski nie miała szansy płynnie przejść przez wiek XIX i XX. Zamiast tego została poszarpana przez wojny, zmiany ustrojowe, modernizacyjne skoki bez ciągłości. W takich wypadkach często chcemy powrotów do czegoś, co znamy. I to nie jest tylko przypadek Polski. Choć u nas – co warto dostrzec – nawet socmodernizm chętnie sięgał na pewnym etapie po – niby znienawidzone – style historyczne. Tak było na przykład, gdy budowano Nową Hutę.
Skopje – odbudowane przez międzynarodową społeczność (Polacy podarowali miastu zniszczonemu trzęsieniem ziemi w latach 60. Muzeum Sztuki Nowoczesnej, które do dziś uchodzi za znakomity przykład architektury tamtych czasów) – dziś również ma potrzebę uhistoryzowienia architektury modernizmu powojennego, by jakoś poczuć łączność z przeszłością. Prezydent Donald Trump wręcz nakazuje, by budynki publiczne w USA nawiązywały do stylów historycznych.
Może więc te nasze domowe zamki nie są tylko kaprysem? Może są próbą nadrobienia? Dopięcia czegoś, co się nie domknęło? Zbudowania sobie genealogii, której realnie zabrakło? W tym sensie „Ostatni zamek” nie jest wystawą o architekturze. Jest wystawą o potrzebie zakorzenienia. O pragnieniu, by mieć swoją wieżę – nawet jeśli to wieża z katalogu. By mieć mur – nawet jeśli broni tylko przed spojrzeniem sąsiada. I jest w tym coś jednocześnie śmiesznego i poruszającego. Bo patrząc na te wszystkie prywatne warownie, trudno nie uśmiechnąć się pod nosem. Ale jeszcze trudniej całkiem je wyśmiać.
Główne wnioski
- „Ostatni zamek” pokazuje, że współczesna architektura nie jest już tylko kwestią gustu, lecz językiem opowieści o tożsamości, o tym, kim chcemy być i za kogo chcemy uchodzić;
- Powrót historyzmu w wersji oddolnej ujawnia napięcie między potrzebą zakorzenienia a brakiem ciągłości. „Zamki jednorodzinne” stają się materialnym śladem przerwanej historii, próbą jej nadrobienia, ale też jej niezamierzoną deformacją.
- Zestawienie realnych i wyobrażonych zamków od Poznania po świat Wiedźmina uświadamia, że dziś historia funkcjonuje jako zbiór obrazów do wykorzystania, a nie linearny proces. Czyni ją to jednocześnie bardziej dostępną i bardziej podatną na uproszczenia i mitologizacje.