Kategoria artykułu: Kultura

Zwróćcie uwagę na talent: „Burza” w Sopocie

Czy żywica, ziemia albo cukier mogą być farbą? Oczywiście! Przekonamy się o tym na wystawie „Burza” Marcina Janusza w Państwowej Galerii Sztuki w Sopocie. Zapamiętajcie to nazwisko, bo niedługo będzie o nim głośno.

Marcin Janusz z niezwykłą konsekwencją eksperymentuje z samą materią obrazu. Sięga po cukier, żywicę, ziemię czy wosk, dzięki czemu jego prace zyskują niemal rzeźbiarską fakturę. Fot. Autor

Z tego artykułu dowiesz się…

  1. Dlaczego wcześniejsze studia Marcina Janusza mogą być istotne w spojrzeniu na jego sztukę.
  2. Z jakich materiałów niczym z farby korzysta artysta.
  3. Jak jego twórczość wpisuje się w dzisiejsze trendy rynkowe.
Loading the Elevenlabs Text to Speech AudioNative Player...

Marcin Janusz należy do grona tych artystów, którzy swoimi obrazami budują całe światy. To rzeczywistości zawieszone gdzieś pomiędzy baśnią a biologicznym atlasem, między ludową legendą a snem. W jego twórczości rzeczywistość nigdy nie jest stabilna, nieustannie pulsuje, przeobraża się, rozpada i odradza. Ma w sobie coś z zapisu cyklu życia. To opowieść o świecie znajdującym się w stanie nieustannego „pomiędzy”, gdzie granice między człowiekiem, naturą a mitem zacierają się niemal całkowicie.

To malarstwo, które wymaga od widza zwolnienia kroku. W epoce błyskawicznego scrollowania kolejnych obrazów Janusz każe się zatrzymać, posłuchać historii starszych niż współczesność. Bo jego płótna przypominają prastare opowieści przekazywane przy ognisku, pełne leśnych duchów, tajemniczych stworzeń, bagien, gór lodowych, świetlików czy kwiatów paproci. Nie są jednak ilustracjami ludowych podań. Artysta wykorzystuje ich język, by opowiadać o naszych współczesnych lękach, migracjach, kryzysie klimatycznym, przemianach świata i niepewności jutra.

Cukier krzepi

Jednocześnie Marcin Janusz z niezwykłą konsekwencją eksperymentuje z samą materią obrazu. Sięga po cukier, żywicę, ziemię czy wosk, dzięki czemu jego prace zyskują niemal rzeźbiarską fakturę. Obraz przestaje być jedynie powierzchnią, a staje się obiektem, który niemal chce się dotknąć. Ta materialność podkreśla organiczność przedstawionych światów, ich kruchość i nieustanne przemiany, owo ciągłe „stawanie się”. Faktura jest tu kolejnym językiem opowieści, równie ważnym jak kolor czy kompozycja.

Cukier jest kuszący, świetlisty, kojarzy się z przyjemnością i dziecięcą nagrodą, lecz jednocześnie pozostaje substancją nietrwałą. Może stopnieć, rozpuścić się, zmienić strukturę. Sam artysta mówi o nim jako o metaforze czegoś cennego i pożądanego, a zarazem kruchego i skazanego na zniknięcie. Ziemia przynosi inne skojarzenia: narodziny, płodność i wzrost, ale również grób, rozkład i powrót ciała do materii. Żywica zatrzymuje to, co płynne, niczym bursztyn przechowujący ślad dawnego życia. Każde tworzywo nosi więc w sobie własną pamięć i własną przepowiednię.

Dzięki temu obrazy Janusza sytuują się gdzieś pomiędzy malarstwem, reliefem a organicznym obiektem. Nie tyle przedstawiają przemianę, ile same jej podlegają. Materia zdaje się w nich pracować: fermentować, tężeć, topnieć i krystalizować. Marcin Janusz przywraca sztuce ciężar, chropowatość, lepkość, a nawet wyobrażenie zapachu i smaku (na jednej ze swoich wystaw w aranżacji artysta i galeria Leto postanowili wykorzystać… siano). To malarstwo to idealna odpowiedź na czasy dyskusji o haptyczności sztuki, czyli jej oddziaływaniu na inne zmysły niż wzrok.

W świecie ludowych mitów

Być może (zastrzegam przypuszczenie, a nie oznajmienie) nieprzypadkowa wydać się może biografia artysty. Marcin Janusz, urodzony w 1991 roku, zanim ukończył malarstwo na krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych, zdobył… licencjat z ratownictwa medycznego na Uniwersytecie Jagiellońskim. Czy ta wiedza powraca w jego twórczości, mieszając tutaj naukę z intuicją, a biologiczność i cielesność z metafizyką?

Inspiracje naturą i biologią są w jego twórczości oczywiste, ale równie ważna wydaje się pamięć kulturowa. Janusz nie cytuje dawnych podań i wierzeń wprost. Raczej tworzy ich współczesne odpowiedniki.

Paradoks tej sztuki polega na tym, że choć opowiada o świecie pełnym napięć i niepokojów, nie robi tego publicystycznym krzykiem. Janusz wybiera język metafory. Zamiast ilustracji katastrofy proponuje baśń. Dzięki temu jego obrazy pozostają otwarte na interpretacje i długo pracują w pamięci widza. Nie dają gotowych odpowiedzi, ale uruchamiają wyobraźnię.

Może właśnie dlatego twórczość Marcina Janusza jest dziś tak przekonująca. W świecie zdominowanym przez natychmiastowość i nadmiar informacji przypomina, że najważniejsze historie dojrzewają powoli. A pod powierzchnią współczesności wciąż płyną stare mity, dawne wierzenia i archetypy, które – choć zmieniły kostium – nadal opisują nasze lęki, nadzieje i marzenia. Janusz nie ucieka od teraźniejszości. Przeciwnie – próbuje ją zrozumieć, prowadząc nas ścieżkami wydeptanymi przez legendy i sny, których najwyraźniej wciąż bardzo potrzebujemy.

Główne wnioski

  1. Marcin Janusz z niezwykłą konsekwencją eksperymentuje z samą materią obrazu. Sięga po cukier, żywicę, ziemię czy wosk, dzięki czemu jego prace zyskują niemal rzeźbiarską fakturę. Obraz przestaje być jedynie powierzchnią, a staje się obiektem, który niemal chce się dotknąć.
  2. Inspiracje naturą i biologią są w jego twórczości oczywiste, ale równie ważna wydaje się pamięć kulturowa. Janusz nie cytuje dawnych podań i wierzeń wprost. Raczej tworzy ich współczesne odpowiedniki. Jego bohaterowie przypominają istoty z pogranicza jawy i snu, organizmy dopiero rodzące się lub właśnie zanikające, pulsujące jakąś świetlistością.
  3. Wystawę „Burza”, kuratorowaną przez Annę Klocek-Wojtaszek, można oglądać w Państwowej Galerii Sztuki w Sopocie do 16 sierpnia.