Kategorie artykułu: Polityka Świat

80-letni Lula gra o czwartą kadencję. Czy prezydent Brazylii to ostatni obrońca liberalnego porządku świata?

To może być ostatnia i najważniejsza bitwa w długiej karierze byłego związkowca z robotniczego Pernambuco. Wkraczając w rok wyborczy, Luiz Inácio Lula da Silva nie walczy już tylko o reelekcję, lecz o kształt świata, jaki chce po sobie pozostawić. Brazylijski prezydent próbuje na nowo zdefiniować „ład oparty na zasadach” – wolny od zachodniej hipokryzji i wrażliwy na interesy Globalnego Południa. Chce udowodnić, że nawet w epoce dyktatu siły i wojen handlowych nadal liczą się dialog i prawo międzynarodowe. Sprawdzamy, jak ta wizja zderza się z rzeczywistością: amerykańskimi cłami, interwencją w Wenezueli i ostrą walką o władzę w samej Brazylii, od której zależy geopolityczny kurs całego regionu.

Luiz Inácio Lula da Silva, prezydent Brazylii
Luiz Inácio Lula da Silva, prezydent Brazylii, wita zwolenników podczas uroczystości upamiętniającej trzy lata od próby zamachu stanu Jaira Bolsonaro. Fot. Ton Molina/ Bloomberg via Getty Images

Z tego artykułu dowiesz się…

  1. Dlaczego prezydent Brazylii Lula wciąż stawia na dyplomację wielostronną mimo coraz bardziej podzielonej i spolaryzowanej światowej polityki.
  2. W jaki sposób prezydent Brazylii próbuje godzić ambicje lidera Globalnego Południa i walkę o klimat z trudnymi realiami gospodarczymi w kraju.
  3. Jak rysuje się polityczna przyszłość Brazylii przed wyborami prezydenckimi w październiku 2026 r. i kto wyrasta na głównego kontrkandydata urzędującej głowy państwa.
Loading the Elevenlabs Text to Speech AudioNative Player...

To odważna gra ze strony Luli, bo pojęcie „ładu opartego na zasadach” stało się politycznym polem minowym. Dla coraz bardziej popękanego Zachodu wciąż oznacza ono powojenną architekturę ONZ, reguły międzynarodowego handlu i nienaruszalność granic. Globalne Południe widzi w nim jednak często pusty slogan, wykorzystywany przez mocarstwa doraźnie i wedle uznania.

Strategia prezydenta Brazylii polega na przejęciu tego języka i jednoczesnym postulacie przebudowy obecnego systemu. W licznych felietonach dla zagranicznej prasy Lula przekonuje, że alarmistyczne ostrzeżenia o końcu globalizacji są przesadzone. Zamiast tego nawołuje, by współpracę międzynarodową odnowić, tym razem opartą na sprawiedliwszych zasadach i uwzględniającą interesy wszystkich stron. Pokazuje to jasno, o co toczy się jego gra: Lula występuje jako obrońca multilateralizmu w czasach naznaczonych wojnami handlowymi, siłową dyplomacją i niebezpieczną grą na krawędzi konfliktów zbrojnych.

Lula występuje jako obrońca multilateralizmu w czasach naznaczonych wojnami handlowymi, siłową dyplomacją i niebezpieczną grą na krawędzi konfliktów zbrojnych.

Dlaczego Lula wciąż stawia na multilateralizm?

Najmocniejszy sygnał padł podczas szczytu G20 w Johannesburgu w listopadzie 2025 r. Lula otwarcie oskarżył Donald Trumpa o „utrwalanie unilateralizmu” i wskazał na szczyt G20 oraz zorganizowany w Brazylii COP30 jako dowody na to, że wielostronna dyplomacja wciąż przynosi efekty. „Multilateralizm zwycięży” – zapewniał Lula – „bez względu na to, jak bardzo Trump będzie próbował go osłabić”.

Wybór momentu nie był przypadkowy. Zaledwie dzień wcześniej zakończył się w Belém szczyt COP30, który był sprawdzianem tego, na ile współpraca klimatyczna jest w stanie przetrwać napięcia w światowej polityce. Analitycy Izba Gmin wskazali jasne strony tego wydarzenia: przyjęcie „Decyzji Mutirão”, której celem jest dostosowanie krajowych strategii do Porozumienia Paryskiego z 2015 r., a także wyraźne postępy w finansowaniu „sprawiedliwej transformacji”. Trzeba jednak zaznaczyć, że w końcowym dokumencie zabrakło kluczowego elementu: zgody na stopniowe odejście od paliw kopalnych.

Lula przekuł ten niejednoznaczny bilans w polityczny atut. Jego przekaz jest jasny: nawet niedoskonały kompromis pokazuje, że mechanizmy multilateralizmu wciąż działają, podczas gdy unilateralizm prowadzi jedynie do brutalnego podziału świata na zwycięzców i przegranych. Dla lidera, który pozycję Brazylii od lat buduje na „convening power”, czyli zdolności gromadzenia nawet skonfliktowanych stron przy wspólnym stole, a nie na sile militarnej, instytucje międzynarodowe nie są abstrakcyjną ideą. To kluczowe platformy, na których opiera swoją politykę.

Główny orędownik umowy handlowej UE–Mercosur

To w handlu najpełniej materializuje się wizja Luli dotycząca „ładu opartego na zasadach”, a jej głównym sprawdzianem stała się latami opóźniana umowa UE–Mercosur. Gdy 9 stycznia 2026 r. państwa Unii otworzyły drogę do jej finalizacji, Lula ogłosił „historyczny dzień dla multilateralizmu”. W jego narracji porozumienie to jest czymś więcej niż kontraktem – stanowi bezpośrednią odpowiedź na falę protekcjonizmu i unilateralizmu.

Europejscy przywódcy podchwycili tę narrację. W komunikacie Rady Europejskiej, poprzedzającym ceremonię podpisania w paragwajskim Asunción, umowę zdefiniowano nie tylko jako narzędzie dywersyfikacji handlu, ale przede wszystkim jako filar „wielostronnego ładu opartego na zasadach”. Brazylia urosła w tym dokumencie do rangi strategicznego partnera – kluczowego nie tylko dla inwestycji i klimatu, ale też dla obrony globalnych reguł gry.

Jednocześnie ta sama historia ujawnia ułomności systemu, którego zaciekle broni Lula. 21 stycznia Parlament Europejski zdecydował o skierowaniu umowy UE–Mercosur do Trybunału Sprawiedliwości UE. Zdaniem ekspertów, na których powołuje się Reuters, manewr ten może opóźnić wejście porozumienia w życie nawet o dwa lata, stawiając jego ostateczny los pod dużym znakiem zapytania.

Dla Luli to jednocześnie kłopot i argument. Kłopot, bo uderza w jego wizję globalnych reguł jako koła zamachowego wzrostu gospodarczego i inwestycji. Argument, bo skierowanie sprawy do sądu – w jego oczach – wyraźnie odróżnia rządy prawa od zwykłego przymusu: instytucje bywają powolne, ale to one chronią świat przed sprowadzeniem konfliktów do brutalnej gry interesów.

Klimatyczny dwugłos

Klimat to obszar, w którym Lula najambitniej walczy o miano architekta agendy Globalnego Południa. Brazylijska prezydencja promowała szczyt COP30 w amazońskim Belém jako „COP wdrożeniowy” (COP of implementation), wyraźnie pozycjonując go jako wielostronną inicjatywę służącą przełożeniu deklaracji na konkretne działania. Chodziło również o to, by globalne zasady ochrony klimatu stały się bliższe realiom gospodarczym i codziennym potrzebom ludzi.

Finał nie przyniósł jednak triumfu. Brazylijski plan na osiągnięcie porozumienia rozbił się o spory dotyczące finansowania i odejścia od paliw kopalnych. Polityczny zysk Luli leży jednak gdzie indziej. Szczyt zgromadził blisko 60 tys. delegatów i zakończył się wynegocjowanym kompromisem. To dowód, że mechanizm działa – osiągnięto rezultaty, których żadne mocarstwo nie byłoby w stanie narzucić reszcie świata w pojedynkę.

Krytycy i aktywiści klimatyczni punktują jednak słabości tej narracji. Ich zdaniem wiarygodność Luli podkopują działania podejmowane na krajowym podwórku oraz polityczny dwugłos jego administracji. Jak wskazuje analiza brytyjskiego dziennika „The Guardian”, opublikowana jeszcze przed szczytem COP30, brazylijska prezydencja lawirowała między ambitną polityką ograniczania wylesiania i celami społecznymi a dalszym wspieraniem projektów wydobywczych w kraju. Pokazuje to, jak cienka jest linia, po której porusza się Lula, próbując pogodzić aspiracyjną rolę globalnego lidera walki ze zmianami klimatu z naciskami ze strony brazylijskiego lobby przemysłowego.

Na drugim biegunie Trump

Jeśli multilateralizm jest polityczną wizytówką Luli, to Donald Trump jest antagonistą, który nadaje jej ostrość. Ich relacje stały się poligonem, na którym twarda gra handlowa miesza się z ideologicznym starciem.

Krytyczny moment nastąpił 9 lipca 2025 r. W liście do Luli Trump ogłosił wprowadzenie zaporowych, 50-procentowych ceł na brazylijski import. Był to kolejny etap nakręcającej się eskalacji – amerykański prezydent powiązał sankcje z procesem sądowym Jaira Bolsonaro, byłego prezydenta Brazylii i głównego rywala Luli, który Trump nazwał – w typowym dla siebie stylu – „polowaniem na czarownice”. Reakcja Luli była natychmiastowa. Brazylijski prezydent postawił sprawę jasno: to atak na suwerenność, który spotka się z odwetem. W kolejnych wystąpieniach nie gryzł się w język, nazywając groźby Trumpa „niedopuszczalnym szantażem” i próbą siłowego wpływania na niezależne instytucje państwa.

Brazylia przeniosła to starcie na forum wielostronne. Na spotkaniu Światowej Organizacji Handlu przedstawiciele Luli, nie wymieniając USA z nazwy, uderzyli w sedno problemu: arbitralne cła nie tylko niszczą handel, ale stają się narzędziem ingerencji w sprawy wewnętrzne.

Cenę za ten spór płaci biznes. Jeszcze w styczniu 2026 r. Reuters opisywał frustrację w brazylijskim sektorze kawowym. Choć część produktów „ocalono”, na zwykłą kawę rozpuszczalną wciąż nałożone jest 50-procentowe cło, paraliżujące eksporterów.

Polityczny wstrząs po uprowadzeniu Maduro

Najcięższa próba dla doktryny Luli nadeszła 3 stycznia 2026 r. Interwencja wojskowa USA w Wenezueli i pojmanie Nicolása Maduro wywołały polityczne trzęsienie ziemi. Reakcja brazylijskiego prezydenta była ostra: potępił amerykańską operację jako naruszenie „nieprzekraczalnej granicy” i zażądał „zdecydowanej” reakcji ONZ. Brazylia dołączyła tym samym do regionalnego chóru ostrzegającego przed niebezpieczną normalizacją zbrojnych ingerencji z zewnątrz. Dla Globalnego Południa wydarzenie to urosło do rangi symbolu walki o legitymizację instytucji międzynarodowych.

Lula jeszcze bardziej zaostrzył swoją retorykę, gdy Trump ogłosił powstanie „Rady Pokoju”. Brazylijski prezydent zarzucił Trumpowi próbę „tworzenia nowej ONZ”, trafiając celnie w obawy przed demontażem formalnych instytucji na rzecz doraźnych struktur sterowanych przez światowe potęgi. Niezależnie od tego, czy uznamy takie stanowisko za konsekwentną obronę instytucjonalnego ładu, czy jedynie polityczną taktykę wymierzoną w Trumpa, oddaje ono sedno doktryny Luli: mocarstwa nie mają prawa jednostronnie narzucać światu własnych reguł gry.

Biografia, która uwiarygadnia przekaz

Wizerunek Luli jako obrońcy multilateralizmu jest tym bardziej przekonujący, że jego własny życiorys to historia ciągłego rzucania wyzwania hierarchii. Urodzony w 1945 r. w biedzie brazylijskiego stanu Pernambuco, przeszedł drogę, która stała się legendą – od dziecięcej przeprowadzki do São Paulo za lepszym życiem, przez ciężką pracę w fabrykach metalurgicznych i przewodzenie strajkom robotniczym jako lider związkowców, aż po współtworzenie Partii Pracujących w okresie stopniowej redemokratyzacji kraju pod rządami wojskowej dyktatury. Symbolem tej drogi pozostaje utracony w wypadku przy pracy mały palec lewej ręki, przypominający, że polityczny kapitał Luli powstawał nie w dyplomatycznych salonach, lecz w realiach brazylijskiego przemysłu.

Po gorzkich porażkach w 1989, 1994 i 1998 r. dopiero za czwartym podejściem otworzyły się przed nim drzwi prezydenckiego Palácio da Alvorada. Jego pierwsza prezydentura (2003–2010) zbiegła się z okresem globalnego boomu na surowce. Pozwoliło to Brazylii na rzadki wyczyn – realizację ambitnej polityki socjalnej przy jednoczesnym zachowaniu stabilności makroekonomicznej. Do pałacu prezydenckiego powrócił w 2023 r. po spektakularnym politycznym odrodzeniu.

Brazylijski program walki z ubóstwem wzorem dla świata

Fundamentem politycznej siły Luli pozostaje jego rewolucja socjalna. Sztandarowy program „Bolsa Família”, uruchomiony w 2003 r. po fuzji czterech mniejszych systemów, zyskał status jednego z najskuteczniejszych mechanizmów walki z biedą na świecie. Bank Światowy stawia go za wzór efektywności, podkreślając, że nawet podczas globalnego kryzysu finansowego (2008–2010) jego ekspansja pozwoliła Brazylii skutecznie zasypywać przepaści społeczne.

Ten krajowy sukces stał się twardą walutą w polityce zagranicznej Luli. W oczach Globalnego Południa lider, który potrafi poprawić życie własnych obywateli, ma silniejszy mandat, by domagać się globalnych reguł nastawionych na wspieranie rozwoju, a nie wyłącznie na ochronę interesów geopolitycznych wielkich mocarstw.

Polityczny bilans Luli obciąża jednak seria skandali, które zachwiały brazylijskim życiem publicznym. W 2018 r. były prezydent trafił do więzienia w wyniku operacji „Lava Jato” (myjnia samochodowa), największego w historii kraju śledztwa antykorupcyjnego. Wolność odzyskał rok później, ale powrót do polityki umożliwiła mu dopiero decyzja brazylijskiego Sądu Najwyższego. Trybunał unieważnił wcześniejsze wyroki, wskazując na błędy procesowe oraz stronniczość sędziego Sérgia Moro, który prowadził sprawę.

Ostatnia bitwa Luli

Zgodnie z brazylijskim kalendarzem wyborczym pierwsza tura wyborów prezydenckich odbędzie się 4 października 2026 r., a prawdopodobna dogrywka trzy tygodnie później. Decyzja Luli o ponownym kandydowaniu nie jest więc abstrakcyjnym scenariuszem na przyszłość, lecz czynnikiem, który już teraz kształtuje realia polityczne w Brazylii.

Tymczasem prawica wciąż próbuje się zorganizować w nowej rzeczywistości. Były prawicowo-populistyczny prezydent Jair Bolsonaro wypadł z gry – z zakazem kandydowania do 2030 r. i wyrokiem ponad 27 lat więzienia za próbę zamachu stanu po przegranej z Lulą w 2022 r. Nie wymazało to jednak „bolsonarismo” ze sceny politycznej. Wręcz przeciwnie – wymusiło brutalną walkę o sukcesję. Uwaga skupiła się na Fláviu Bolsonarze, jego synu i senatorze z Rio de Janeiro. Jednak gdy w grudniu 2025 r. ojciec oficjalnie namaścił najstarszego syna, w szeregach prawicy zawrzało. Jak donosi Reuters, ten ruch zamiast scalić obóz, zasiał wątpliwości, czy zdoła on utrzymać jedność wokół jednego politycznego spadkobiercy.

Ostatnie sondaże dają Luli prowadzenie, lecz daleko mu do komfortowej przewagi. W styczniowym badaniu Genial/Quaest urzędujący prezydent otwiera stawkę z wynikiem 36 proc. Za nim plasują się Flávio Bolsonaro (23 proc.) i centroprawicowy gubernator São Paulo Tarcísio de Freitas (9 proc.), który formalnie nie ogłosił swojego startu. W symulacji drugiej tury Lula wciąż wygrywa z Fláviem stosunkiem 45 proc. do 38 proc., jednak różnica między nimi wyraźnie maleje w porównaniu z poprzednimi pomiarami, co powinno być poważnym sygnałem ostrzegawczym dla obozu prezydenta.

Główne wnioski

  1. Lula da Silva wyrasta na głównego rzecznika multilateralizmu i interesów Globalnego Południa, budując wyraźną przeciwwagę dla unilateralnej polityki Donalda Trumpa, w tym jego wojen celnych i gróźb interwencji w Wenezueli. Brazylijski prezydent wykorzystuje dyplomację wielostronną (szczyty G20, COP30) oraz umowę handlową UE–Mercosur, by wykazać wyższość dialogu i prawa międzynarodowego nad dyktatem siły.
  2. Ambicją Luli jest nie tylko ochrona obecnego ładu opartego na zasadach, ale przede wszystkim jego reforma w kierunku systemu bardziej wrażliwego na interesy Globalnego Południa i odpornego na polityczne wstrząsy generowane przez liderów pokroju Donalda Trumpa.
  3. W cieniu wyzwań geopolitycznych Lula walczy o utrzymanie władzy w kraju. Choć prowadzi w sondażach prezydenckich, jego przewaga nad obozem prawicy topnieje. Po skazaniu Jaira Bolsonaro za próbę puczu po przegranej w poprzednich wyborach na głównego rywala urzędującego prezydenta wyrasta obecnie Flávio Bolsonaro.