Kategorie artykułu: Polityka Społeczeństwo

Polexit, obrona „polskich wartości” i akt o usługach cyfrowych. Dlaczego dezinformacja ma i nadal będzie miała się dobrze?

Choć treści generowane przez sztuczną inteligencję wciąż są dalekie od literackiej wirtuozerii, ich zasięg w obiegu dezinformacyjnym systematycznie rośnie. Jednocześnie weto prezydenta wobec aktu o usługach cyfrowych spowalnia i tak opóźnioną próbę uporządkowania tego obszaru. W rozmowach z ekspertami analizujemy konsekwencje tej decyzji oraz szerszy kontekst walki z dezinformacją napędzaną przez narzędzia AI.

Rolnicze protesty postulujące wyjście Polski z Unii Europejskiej
Postulaty Polexitu występują w wygenerowanej przez sztuczną inteligencję materiałach kolportowanych w ostatnich tygodniach na platformie TikTok. Fot. PAP/Paweł Supernak

Z tego artykułu dowiesz się…

  1. Co kryje się za treściami, które w ostatnich tygodniach zdobyły szeroki rozgłos w mediach społecznościowych.
  2. Jakie skutki, zdaniem ekspertów, przynosi odwlekanie wdrażania unijnych przepisów o usługach cyfrowych i reklamie politycznej.
  3. Jakimi narzędziami dysponuje państwo w starciu z treściami generowanymi przez sztuczną inteligencję.
Loading the Elevenlabs Text to Speech AudioNative Player...

W wirtualnym studiu telewizyjnym trwa nagranie programu publicystycznego – a właściwie opiniotwórczego, bo w tle wielkimi literami widza wita komunikat „BRONIMY POLSKICH WARTOŚCI”. Za prowadzącym siedzą widzowie ubrani w tradycyjne stroje ludowe. Na pierwszym planie młody mężczyzna o długich włosach trzyma w ręku krzyż.

Wygenerowane oburzenie o realnych skutkach

„Czterdzieści lat temu za ten kawałek drewna wyrzucali ze szkoły, dziś nauczycielka wyrzuca go do śmieci”. Potem padają hasła o „tęczowej tolerancji”, „smutnych panach” z czasów komunizmu i rzekomym zdejmowaniu krzyży. W tle gra wzruszająca muzyka, budując poczucie walki o słuszną sprawę. Post z nagraniem opatrzono podpisem „1984: MIĘTNE. 2026: KIELNO. TA SAMA WALKA, INNI OPRAWCY”. Film na Facebooku obejrzało już ponad pół miliona osób.

I to właściwie jedyny element tej historii, który jest prawdziwy. Cała reszta – od przejętego mężczyzny z krzyżem po zgromadzoną publiczność – została wygenerowana przez sztuczną inteligencję. Równie nieprawdziwa jest sama opowieść: rzekomo wyrzucony przez nauczycielkę przedmiot okazał się elementem halloweenowego stroju. Nie przeszkodziło to jednak algorytmom platformy wypromować nagranie do setek tysięcy odbiorców. Rozdmuchana narracja została następnie podchwycona przez prawicowych działaczy, z Robertem Bąkiewiczem na czele, którzy zorganizowali protesty przeciwko nauczycielce przed szkołą w Kielnie.

Nagranie nie przypomina realnego programu telewizyjnego nawet dla średnio wprawionego oka. Metaliczny, beznamiętny głos lektora tym bardziej nie brzmi jak naturalna mowa. Mimo to zalew tego rodzaju treści stał się już w sieci normą.

Co gorsza, nawet świadomy obywatel ma dziś niewielkie możliwości reagowania. Niedawne prezydenckie weto zablokowało wdrożenie unijnego aktu o usługach cyfrowych, a tym samym ograniczyło krajowe mechanizmy zgłaszania i blokowania dezinformacji w mediach społecznościowych. Jak zauważa Rafał Pikuła, publicysta i ekspert ds. nowych technologii, taka postawa głowy państwa nie jest zaskoczeniem.

Naciski czy obawy o cenzurę?

– Niestety można się było tego spodziewać. Prezydenckie weto wobec ustawy wdrażającej DSA to nie techniczny epizod legislacyjny, lecz czytelny sygnał politycznej bezradności państwa wobec chaosu informacyjnego – mówi Rafał Pikuła.

Jak dodaje publicysta, decyzja prezydenta to ucieczka w proceduralne wątpliwości zamiast wzięcia odpowiedzialności.

– Wydaje mi się, że prezydent nie rozumie wagi tej regulacji. Nie wiem, czy bardziej ulega naciskom lobbystów big techów, czy prawackiej – nie mylić z prawicową – narracji o „cenzurze” – komentuje publicysta.

Rząd, jeszcze przed spodziewanym wetem, zdecydował się działać na własną rękę. Impulsem była seria kolejnych fałszywych materiałów wygenerowanych przez sztuczną inteligencję.

Nieistniejące „prawilne Polki” o (jeszcze) nieistniejącym Polexicie

„Tak, chcę polexitu. Dość rządzenia Polską z Brukseli” – mówi do kamery młoda kobieta ubrana w biały t-shirt z godłem Polski. Przekaz nie jest przypadkowy. Na tiktokowym profilu „PRAWILNE POLKI” można było znaleźć więcej krótkich rolek o podobnej estetyce i treści. Ideowy profil konta był jednoznaczny: „Tu mówią piękne polskie dziewczyny, które mówią wprost, własne zdanie. NIE DLA EUROKOŁCHOZU #polexit”.

Również i ten profil nie zawierał ani grama ludzkiej twórczości. A właściwie – nie zawierał, bo na TikToku już go nie ma. Tym razem, po burzy na portalu X, zainterweniował polski rząd. Wiceminister cyfryzacji Dariusz Standerski poinformował także o wystąpieniu do Komisji Europejskiej o wszczęcie postępowania wobec TikToka. Umożliwia to akt o usługach cyfrowych, który obowiązuje we wszystkich państwach Unii Europejskiej. Poza Polską.

Państwowe ręce związane coraz mocniej

– W tej chwili skuteczność narzędzi, jakimi dysponuje państwo, jest bardzo ograniczona. To, co zrobiło Ministerstwo Cyfryzacji, zgłaszając posty dotyczące #PolExit do analizy Komisji Europejskiej, to w tych okolicznościach właściwie jedyna skuteczna, choć wolno działająca broń – czyli bezpośrednie stosowanie Aktu o usługach cyfrowych (DSA) – wyjaśnia Jakub Szymik z Obserwatorium Demokracji Cyfrowej.

Jak dodaje Szymik, problemy wynikające z nieprzyjęcia DSA są realne. Kluczowe jest jednak przyjęcie innego aktu – przepisów o reklamie politycznej.

– Przejrzystość w sieci zwiększyłoby też wdrożenie innego prawa – rozporządzenia w sprawie przejrzystości i targetowania reklamy politycznej. Na jego podstawie powinien zostać wyznaczony krajowy punkt kontaktowy, w którym można by zgłaszać naruszenia dotyczące zasad reklamy politycznej. Niestety, w Polsce nie ma o tym dyskusji – ani przy nowelizacji Kodeksu wyborczego, ani przy wdrożeniu DSA. Kwestia ta jest systematycznie odkładana na później – zauważa Jakub Szymik.

Jego zdaniem ponowne otwarcie prac nad DSA może być dobrą okazją, by poruszyć kwestię tego rozporządzenia i wyznaczyć punkt kontaktowy.

– Obecnie Polska w dużej mierze musi polegać na dobrej woli platform lub działaniach Komisji Europejskiej, która ma tu bardziej bezpośrednie przełożenie. W Obserwatorium Demokracji Cyfrowej mówimy o tym od miesięcy – braliśmy udział w konsultacjach tego rozporządzenia oraz dalszych wytycznych wydawanych przez Komisję Europejską na ten temat. To prawo ma swoje wady, ale obowiązuje w Unii, więc Polacy powinni mieć gdzie zgłaszać reklamy polityczne łamiące przepisy. Na razie ten temat w Polsce leży odłogiem – kwituje nasz rozmówca.

Wielka improwizacja w walce z dezinformacją

Jak dodaje Rafał Pikuła, trudno dziś w ogóle mówić o realnej walce państwa z dezinformacją.

– Cały czas to gra pozorów. Zresztą podobnie jak podatek cyfrowy od big techów – wciąż pozostaje w fazie deklaracji – zauważa publicysta.

Na pytanie, czy podpisanie ustawy wdrażającej DSA przez prezydenta zmieniłoby bieżący stan gry, odpowiada z dystansem.

– Nadal mielibyśmy raczej do czynienia z rytualnym odgrywaniem troski: są deklaracje, strategie, pełnomocnicy i slajdy, ale brakuje egzekucji, koordynacji i politycznej odwagi. Organy państwowe reagują punktowo, często dopiero wtedy, gdy problem staje się medialnie niewygodny. To nie jest system – to improwizacja. A improwizacja w starciu z profesjonalnie zaprojektowanymi ekosystemami dezinformacji zawsze kończy się porażką – gorzko stwierdza Rafał Pikuła.

Czy zatem mamy na stole jakiekolwiek realne polityczne narzędzia wobec akcji dezinformacyjnych?

Wysokie koszty społeczne i finansowe państwowej bierności

– Sytuacja jest tym bardziej niepewna, że niewiele wiemy o dalszej ścieżce wdrożenia samego Aktu o usługach cyfrowych. Rząd wskazuje, że opóźnienie to wyłączna konsekwencja weta prezydenta, ale jednocześnie nie przedstawił nowego kalendarza prac nad wdrożeniem tego prawa. Nad Polską wiszą też kary związane z opóźnieniem – toczy się postępowanie przeciwko państwu w związku z niewdrożeniem przepisów. Minister Standerski wspomniał, że zwłoka we wdrażaniu DSA mogła już „nabić licznik” na około 40 mln zł – zauważa Jakub Szymik.

Jak dodaje, Karol Nawrocki zadeklarował gotowość do podpisania nowej wersji ustawy w ciągu najbliższych dwóch miesięcy.

– Trzeba jednak pamiętać, że prace nad odrzuconą ustawą trwały dwa lata, a prezydent nie wskazał precyzyjnie, jaką wersję byłby gotów zaakceptować. Z szerszej narracji można odnieść wrażenie, że problemem jest dla niego sam fakt regulacji internetu - wskazuje Szymik.

Legislacyjnie więc nic się nie dzieje, a rozochoceni twórcy polexitowej propagandy nieustannie testują granice tego, co w infosferze jest jeszcze dozwolone. Skoro realnych ograniczeń brak, można spodziewać się dalszego masowego kolportowania dezinformacji generowanej przez AI.

Jak toporna narracja zdobywa rządy dusz

Tworzone przez sztuczną inteligencję klipy trafiają przy tym w realne lęki obecne wśród wielu odbiorców. Zdaniem Rafała Pikuły trudno mówić o przypadku.

– Treści, które dziś dominują zasięgami, nie wygrywają dlatego, że są „prawdziwe” czy „ważne”, lecz dlatego, że są brutalnie skuteczne. Algorytmy premiują gniew, strach i poczucie krzywdy, a autorzy tych przekazów doskonale wiedzą, jak te emocje produkować taśmowo. Państwo komunikuje się natomiast językiem komunikatów, zastrzeżeń i przypisów, licząc na racjonalnych odbiorców, których w praktyce jest coraz mniej – analizuje ekspert.

W efekcie – jak podkreśla Pikuła – powstaje rosnąca asymetria w życiu publicznym.

Dziś łatwo zrzucić winę na Nawrockiego – co paradoksalnie jest prezentem dla rządu, bo pozwala dalej mówić, że „nic się nie da”. Uśmiechnięta niemoc.

– Po jednej stronie mamy szybkie, agresywne i emocjonalne narracje, po drugiej ospałe instytucje sparaliżowane lękiem przed oskarżeniami o cenzurę. Dopóki państwo nie zaakceptuje faktu, że przestrzeń informacyjna jest polem realnego konfliktu, a nie seminarium eksperckim, dopóty będzie ją przegrywać. I żadna liczba oświadczeń ani wet tego nie zmieni. Dziś łatwo zrzucić winę na Nawrockiego – co paradoksalnie jest prezentem dla rządu, bo pozwala dalej mówić, że „nic się nie da”. Uśmiechnięta niemoc – kwituje Rafał Pikuła.

Lęk przed cenzurą napędza dezinformację

Jakub Szymik również nie widzi większych szans na szybkie zmiany legislacyjne w relacjach z big techami.

– Moja prognoza jest taka, że nawet jeśli rząd zaproponuje nową ustawę wdrażającą DSA, to prace nad nią będą obciążone z jednej strony głośnymi oskarżeniami o cenzurę, a z drugiej coraz pilniejszą presją wdrożenia unijnego prawa. Z politycznego punktu widzenia szanse na rozszerzenie tej debaty o kwestie reklamy okołowyborczej są niewielkie – uważa ekspert.

Jak dodaje, w nieskończoność nie da się jednak uciekać przed unijnymi regulacjami.

– Zaległości będą się piętrzyć i pogłębiać przepaść między Polską a innymi państwami Unii, gdzie te przepisy już obowiązują i wokół nich powstaje cały ekosystem. My natomiast, jako ostatni kraj w UE, wróciliśmy do punktu wyjścia we wdrażaniu najbardziej podstawowego elementu tego prawa – konstatuje Jakub Szymik.

Przypomnijmy: przegłosowana w listopadzie przez Sejm ustawa o unijnym akcie o usługach cyfrowych miała na celu zwiększenie ochrony użytkowników przed nielegalnymi treściamioraz wzmocnienie nadzoru nad platformami cyfrowymi. Na jej mocy właściwe organy (np. prezes UKE) miałyby prawo do blokowania określonych treści. Jednocześnie obywatelom, których materiały zostałyby zablokowane, przysługiwałoby prawo odwołania do polskiego sądu, który mógłby zdecydować o ich przywróceniu.

Na razie jednak odpowiedzialność big techów za rozpowszechniane treści pozostaje rozmyta, ich dystrybucja – praktycznie nieograniczona, a możliwości skutecznego zastrzegania naruszeń – mocno ograniczone. Wszystko w imię wolności słowa.

Główne wnioski

  1. W ostatnich tygodniach dużą popularnością w mediach społecznościowych cieszyły się materiały w całości wygenerowane przez sztuczną inteligencję. Treści zawierały narracje promujące polexit, a także przekazy sugerujące dyskryminację katolików– m.in. w związku z rzekomym wyrzuceniem krzyża przez nauczycielkę w szkole na Kaszubach, co okazało się nieprawdą.
  2. Weto prezydenta Karola Nawrockiego wobec ustawy wdrażającej unijne przepisy o usługach cyfrowych wywołało falę komentarzy. Zdaniem ekspertów nie było ono zaskoczeniem, a jego głównym skutkiem jest dalsze utrudnianie walki z nielegalnymi treściami i dezinformacją na platformach społecznościowych. Big techy wciąż nie ponoszą realnej odpowiedzialności za nieprawdziwe materiały promowane przez ich algorytmy.
  3. Rafał Pikuła podkreśla, że państwo przegrywa z dezinformatorami głównie z powodu lęku przed oskarżeniami o cenzurę. Bez zdecydowanych działań skala takich treści będzie tylko rosła. Z kolei Jakub Szymik zwraca uwagę, że zaległości Polski wobec pozostałych krajów UE, które już wdrożyły te regulacje, będą się jedynie pogłębiać.