Prof. Góralczyk: Chiński szok uderza w Niemcy, Merz w Pekinie ratuje gospodarkę
Podczas wizyty Friedricha Merza w Chinach podpisano wiele umów gospodarczych. Wizyta nie zmieni natomiast polityki Pekinu wobec Rosji. Kanclerz Niemiec przyznaje, że Państwo Środka ma ambicje kształtowania globalnego porządku. Niestety dla Europy – Chiny grają na rozwodnienie więzi transatlantyckich – pisze analityk spraw międzynarodowych XYZ.
Z tego artykułu dowiesz się…
- Jak zmieniły się stosunki niemiecko-chińskie od czasów kanclerz Angeli Merkel.
- Jak kanclerz Friedrich Merz postrzega Chiny.
- Co chce osiągnąć rząd Chin w Europie.
A było tak pięknie! Przez dekady Unia Europejska (UE) i najsilniejszy w niej organizm, Niemcy, korzystały z trzech parasoli: amerykańskiego w sferze bezpieczeństwa, rosyjskiego w surowcach energetycznych (Nordstream!) oraz chińskiego jako wielkiego rynku zbytu i zaopatrzenia. Ten trzeci był na tyle ważny, że pani Angela Merkel przez 16 lat swego kanclerstwa była w Chinach aż 12 razy, praktycznie za każdym razem z połową gabinetu i silną reprezentacją biznesu.
Kanclerz Friedrich Merz podczas obecnej wizyty w Chinach (24-26 lutego) też wpisał się w ten scenariusz, przynajmniej w sensie otoczenia biznesowego. Polecieli z nim bowiem CEO 30 wielkich niemieckich firm, od Siemensa, BMW, Bayera, Mercedesa czy BASF począwszy. Tyle że okoliczności mocno się zmieniły, bowiem od czasu pandemii COVID-19 Chiny zmieniły swój status. Przestały być tylko intratnym rynkiem i partnerem, a stały się rywalem i wyzwaniem. Najbardziej wyrazistym tego przykładem stało się spektakularne pokonanie przez Chiny niemieckiego przemysłu samochodowego, przez dekady okrętu flagowego niemieckiej gospodarki i tamtejszego modelu rozwojowego.
Jak się zmieniał handel
Wielką przygodę na chińskim rynku rozpoczął w połowie lat 80. minionego stulecia Volkswagen. Podbił tamtejszy rynek i z czasem sprzedawał tam, podobnie jak inne firmy z branży, więcej samochodów niż u siebie i w Europie. Natomiast od końca lat 90. i szczególnie za długich rządów kanclerz Merkel Chiny, będące już od tamtej pory światową taśmą produkcyjną, stały się ważnym dostawcą towarów i źródłem łańcuchów dostaw, z którego chętnie i pełnymi garściami czerpano.
Przy czym, co ważne, stale rosnące saldo obrotów handlowych trzymano w ryzach i równowadze. Do czasu, jak się okazało, bowiem ostatnio – podobnie jak u innych partnerów Chin – pojawił się po stronie niemieckiej deficyt. Dwustronne obroty handlowe za rok ubiegły sięgnęły sumy 250 mld euro (294 mld dolarów). Chiny ponownie, po krótkiej utracie pozycji na rzecz USA, stały się największym partnerem handlowym Niemiec. Ujemne saldo sięgnęło w minionym roku 90 mld euro, co już jest powodem poważnej troski, no i materią do rozmów. Dlatego Merz za ważny cel tej wizyty uznał „uzdrowienie relacji handlowych”.
– Mamy bardzo konkretne obawy dotyczące naszej współpracy, którą chcemy poprawić i uczynić sprawiedliwą – zadeklarował otwarcie kanclerz Niemiec już podczas pierwszej rozmowy z premierem Li Qiangiem.
Rosnący ból głowy
Merz nie udał się do Chin pierwszy. Niedawno byli tam kolejno: Emmanuel Macron oraz premierzy – Kanady Mark Carney oraz Wielkiej Brytanii Keir Starmer. Ta prawdziwa pielgrzymka do Chin polityków z Zachodu ma jedno najpoważniejsze źródło – mrożący efekt Donalda Trumpa. Nakłada on cła i taryfy, jak też ma roszczenia wobec Kanady, Grenlandii czy całej UE, co trzęsie w posadach relacjami transatlantyckimi.
A przecież już wcześniej, w odpowiedzi na inicjatywy i pomysły Trumpa, Chińczycy zagrali inną obok produkcji towarowej i handlu mocną kartą. To pierwiastki ziem rzadkich, bez dostępu do których niemożliwy jest obecnie postęp technologiczny. Chcąc uniknąć paraliżu u siebie, trzeba z Chińczykami, mającymi akurat w tej dziedzinie monopol, po prostu rozmawiać i negocjować. I to właśnie się dzieje, jesteśmy tego świadkami. Podczas wizyty kanclerza Niemiec podpisano wiele umów gospodarczych. Powinno to stanowić ważny punkty zaczepienia i zastanowienia także w Polsce, jako że jesteśmy z gospodarką niemiecką mocno powiązani. W tym sensie nie jest wcale dla nas obojętne, co Niemcy ustalają z Chinami.
Niemcy tymczasem, w tym osobiście kanclerz Merz, mają w związku z Państwem Środka rosnący ból głowy. Albowiem wielostronna i wielowymiarowa chińska ekspansja rośnie. Dawniej były intratne kontrakty, dziś na agendzie są natomiast coraz bardziej obawy, a nawet strach. Pierwszy sygnał alarmowy Niemcy otrzymali mniej więcej dekadę temu. Chińskie firmy przejęły wtedy potentata w dziedzinie produkcji robotów przemysłowych, firmę KUKA. Było to dowodem, że Chińczycy zaczynają im wybierać domowe srebra, w tym rozwiązania technologiczne.
Chiński szok
Proces przyspieszył za pandemii, kiedy to – podobnie jak w Polsce i całej Europie – nagle i wyraziście uświadomiliśmy sobie, jak bardzo jesteśmy uzależnieni od chińskich dostawców (nie tylko w postaci maseczek czy sprzętu medycznego). Widząc, co się dzieje, Niemcy jako jedyni w Europie latem 2023 r. opublikowali swoją strategię wobec Chin, którą w początkach tego roku jeszcze zmodyfikowali. W obu dokumentach już na samym wstępie znalazł się jednak znaczący zapis. Zgodnie z nim Chiny są dla Niemiec równocześnie „partnerem, konkurentem i systemowym rywalem”.
Przy czym w obecnych modyfikacjach coraz większą uwagę zwraca się na tzw. chiński szok. Chodzi o szybką utratę miejsc pracy (nawet w tempie ok. 10 tys. miesięcznie) z racji zamykania zakładów (w tym samochodowych) niezdolnych do równorzędnego konkurowania z silnie subsydiowanymi przez państwo towarami chińskimi, począwszy od najgłośniejszych ostatnich samochodów elektrycznych (EV). Jak to wyjaśniał poczytny dziennik „Die Welt”: „Niemcy oparły się pierwszej fali <<chińskiego szoku>>, który odmienił światową gospodarkę, ale druga uderzyła w nich z całą mocą i usuwa im grunt pod nogami”.
Chiński syndrom
W ten sposób na niemieckiej agendzie pojawił się „chiński syndrom”. Chińczycy ze swoją ekspansją technologiczną (AI, EV, OZE, roboty przemysłowe, ziemie rzadkie, itd.) po prostu podważyli, a w istocie wywrócili cały dotychczasowy niemiecki model gospodarczy. Doskonale opisał to Wolfgang Münchau w przenikliwej pracy o znamiennym tytule „Kaput”. W jego ocenie, podzielanej przez wielu, ten kurs oparty na surowym merkantylizmie i idący w parze z technofobią (albowiem nowoczesne technologie to startupy, a nie wielkie molochy), połączonymi z konserwatyzmem fiskalnym i monetarnym oraz protekcjonizmem w systemie finansowym (maksymalny dług tylko 0,35 proc. PKB, co obowiązywało do niedawna i co zwolnił dopiero Merz), przyniósł ze sobą tytułową klęskę.
Przy czym załamał się jeszcze inny mechanizm, opisany przez tego autora.
„Chiny i Indie miały zalać świat swoimi wyrobami. Niemcy miały zalać Chiny i Indie wyprodukowanym w Niemczech wyposażeniem do produkcji. Obie strony odnosiły korzyści. Do czasu” – czytamy.
Ten czas najwyraźniej minął: nie ma już poprzedniej euforii i pozytywnych emocji, są nagie interesy. Toteż Merz musi rozmawiać z Chińczykami na innych zasadach niż kiedyś pani Merkel. Najwyraźniej chce odwrócić ostatnio notowaną tendencję, że duże koncerny niemieckie, owszem, zamykają własne fabryki, ale otwierają je w Chinach. Te natomiast przestały być pupilkiem do wychowania lub wykorzystania. Zamieniły się w globalnego potentata, czego dowiodły szoki spowodowane ogromną podażą EV oraz groźbą licencjonowania dostaw ziem rzadkich. W istocie rzeczy mamy więc do czynienia ze zmianą paradygmatu, z którą teraz musi radzić sobie obecny kanclerz.
O co chodzi Chinom
Uwertury dokonał, otwierając niedawną, głośną konferencję bezpieczeństwa w Monachium.
– Chiny mają ambicje, by kształtować globalne sprawy, a fundamenty pod ten stan rzeczy układały ze strategiczną cierpliwością przez lata. W przewidywalnej przyszłości Pekin może zrównać się z USA pod względem siły militarnej. Co więcej, Chiny systematycznie wykorzystują zależności w stosunku do innych, przekształcają światowy porządek na swych własnych zasadach – powiedział Friedrich Merz na otwarciu konferencji w kontekście innego syndromu – Trumpa.
A przed samym wylotem do Pekinu wypowiedział na lotnisku słowa, do niedawna nie do pomyślenia z ust polityka zachodniego tej rangi.
– Chiny urosły do rangi światowego mocarstwa. Nikt już nie może ignorować tego faktu – przyznał kanclerz Niemiec.
W sensie politycznym grunt więc był umiejętnie przygotowywany. Ale jednak wizyta w głównym przesłaniu politycznym, zgodnie z którym Niemcy chciałyby zmniejszenia chińskiego zaangażowania po stronie Rosji, żadnego przełomu nie przyniosła, jak się zresztą spodziewano. I to mimo tego, że Xi Jinping postulował w rozmowie z kanclerzem, by oba państwa nie tylko utrzymywały „strategiczną komunikację”, ale też „zwiększały strategiczne wzajemne zaufanie” oraz „były wiarygodnymi partnerami, którzy wzajemnie się wspierają”.
Stąd też wizyta ta była przez gospodarzy niezwykle starannie i z dużą oprawą protokolarną przygotowana. Albowiem Chinom zależy, o czym mówił na tejże konferencji w Monachium szef dyplomacji Wang Yi, aby UE, począwszy od Niemiec do siebie przyciągnąć i w ten sposób jeszcze bardziej rozluźnić, już i tak rozchybotane przez politykę Donalda Trumpa, więzi transatlantyckie. Czy jednak „mądra strategia wobec Chin”, a jakiej mówił Merz przed ta wizytą, przyniesie spodziewane skutki, pokaże dopiero czas. Jeden wniosek z tej strategii jest już jednak oczywisty. Postulowana przez wielu koncepcja nacisku na Chiny czy stosowania odwetowych ceł, jak w przypadku EV, była błędna. I przynajmniej w najbliższym czasie nie będzie stosowana.
Efekt Trumpa
Na chwilę obecną i po tej wizycie widać, że obu stronom bardziej wychodzą uzgodnienia gospodarcze niż te o charakterze geostrategicznym. W sprawie Rosji czy Ukrainy się nie dogadano, ale w sprawie zamówienia na 120 dodatkowych nowych airbusów najwyraźniej tak. Chińczycy nie chcą sobie niczym wiązać rąk przed kluczową dla nich – i dla świata – oficjalną wizytą u nich Donalda Trumpa, zapowiedzianą na 31 marca (do 2 kwietnia). Natomiast Europie, rozkołysanej i pofragmentowanej, uważnie się przyglądają. To – w przeciwieństwie do nas – jest dla nich stan raczej pożądany, mimo oficjalnych enuncjacji mówiących o wzmacnianiu naszego kontynentu jako samodzielnego bieguna na globalnej mapie.
Apelują też, co oczywiste, o zmianę własnego wizerunku w Niemczech i Europie, mocno przyczernionego ostatnimi wydarzeniami i wyzwaniami. Wiedzą bowiem doskonale, że „efekt Trumpa” działa na ich korzyść. Dlatego podczas tej wizyty chińskie media stale apelowały o to, by „w obecnym świecie pełnym turbulencji utrzymać dialog, a nie wzniecać konfrontację – i stawiać na filozofię obopólnych korzyści (win-win), a nie grę o sumie zerowej”. Tyle tylko, że partnerzy Chin już niejednokrotnie się przekonali, że win-win w tamtejszym rozumieniu jakże często zamienia się w wynik 2:0 dla Chin…
Główne wnioski
- Podpisano natomiast szereg umów gospodarczych, których ustaleniom warto się przyglądać i wnikliwie je analizować również w Polsce, albowiem stanowimy naczynia połączone z gospodarką niemiecką. Postulowana w niektórych kręgach izolacja czy wręcz wrogość wobec Chin to mimo wszystko chyba nie najlepsza opcja, której inni, nawet ci silniejsi od nas, jak widać, nie wybierają. Chiny jednak, pamiętajmy o tym, to trudny i wymagający partner – i takim pozostaną.
- W relacjach Chin z Niemcami, UE i Europą nastąpiła zmiana paradygmatu – to Chiny zaczynają nam dyktować warunki, a nie my im.
- Wizyta kanclerza Merza w Państwie Środka, kolejna ostatnio w wydaniu ważnego polityka zachodniego, nie przyniosła żadnego przełomu w wymiarze geostrategicznym, bowiem władze w Pekinie czekają na zapowiedzianą na koniec marca wizytę Donalda Trumpa.

