Ile kosztuje i ile pali samochód rajdowego mistrza Europy? „Jeden błąd może kosztować połowę rocznego budżetu"
Za kierownicą rajdówki pokonuje nawet 50 tys. km rocznie. I robi to najszybciej w Europie. Miko Marczyk z pilotem Szymonem Gospodarczykiem są obecnie najlepszą załogą na kontynencie. W rozmowie z XYZ polski kierowca opowiada o kosztach ścigania się w rajdach i ambicjach rywalizacji o mistrzostwo świata.
Z tego odcinka dowiesz się…
- Ile wynosi budżet załogi rywalizującej w rajdowych mistrzostwach Polski i Europy.
- Jak często na trasie rajdy trzeba zmieniać opony w aucie.
- Dlaczego obecne regulacje rajdowych mistrzostw świata utrudniają kierowcom starty w tej serii.
Wideocast
Powiększ video
Wideocast
Powiększ audio
Rajdowa załoga to dwie osoby - kierowca i pilot. Jednak przygotowanie i obsługa samochodu oraz pomoc w logistyce i promocji to praca dla nawet kilkunastu osób.
– Zazwyczaj na rajdzie mamy czterech mechaników odpowiedzialnych za samochód. Każdy zajmuje się swoją częścią auta i musi działać bardzo szybko. To są ludzie, którzy w pół godziny potrafią wymienić skrzynię biegów i elementy zawieszenia, żebyśmy mogli wrócić na kolejną pętlę rajdową – mówi Miko Marczyk w podcaście „Sport to pieniądz”.
Mechanicy to jednak dopiero początek. Do zespołu należą także inżynier odpowiedzialny za ustawienia auta, koordynator logistyki i osoby zajmujące się mediami.
– Minimalnie na rajdzie jest nas osiem czy dziesięć osób, ale licząc gości i partnerów zdarzają się sytuacje, że podczas dużych imprez pod naszym namiotem serwisowym jest nawet kilkadziesiąt osób – mówi Miko Marczyk.
Samochód za ponad milion złotych
Sprzęt, którym ścigają się zawodnicy, to konstrukcje dalekie od seryjnych aut znanych z salonów. Marki przygotowują auta pod konkretne wytyczne serii rajdowych. Regulaminy opisują co samochód może mieć pod maską.
– Moja rajdówka, czyli Skoda Fabia RS Rally2, kosztuje w fabryce 308 tys. euro netto. I tak naprawdę każdy może ją kupić, jeśli ma takie pieniądze, choć w praktyce trzeba często czekać na swoją kolej, bo rocznie powstaje ok. 50 sztuk takich aut – opowiada mistrz Europy.
Zakup auta to jednak dopiero początek kosztów, bo budżet na sezon składa się z wielu elementów.
– Jeżeli mówimy o walce o najwyższe pozycje, to budżet sezonu w mistrzostwach Polski wynosi około 2 mln zł. W przypadku mistrzostw Europy jest to już mniej więcej 7 mln zł – wylicza Miko Marczyk.
Koszty rosną m.in. przez konieczność ciągłych testów i korzystania z nowych opon. Rajdówki spalają też ogromne ilości paliwa – nawet około 60 litrów na 100 kilometrów odcinka specjalnego.
Bez pieniędzy ani rusz
Wymagania finansowe rajdów sprawiają, że umiejętności sportowe są w niej nie mniej ważnie od poskładania budżetu.
– Jeżeli nie masz możliwości finansowania z własnych pieniędzy, to musisz mieć także umiejętność zorganizowania zespołu i środków na starty. Kierowca często jest osobą, która musi zbudować cały projekt rajdowy - mówi Miko Marczyk.
Budżety rosną wraz z prestiżem serii. W rajdach samochodowych najważniejszą są mistrzostwa świata - WRC. Tam kierowcy rywalizują samochodami o innej specyfikacji niż np. w mistrzostwach Europy. Są to auta o większej mocy, ale też znacznie droższe - kosztują powyżej miliona euro.
–Jeżeli chodzi o starty w WRC, to wchodząc do tej stawki mówimy już o kilku milionach euro za sezon – opowiada Miko Marczyk.
Zmiana regulaminu otworzy drzwi?
Tak wysoki próg wejścia do WRC oznacza, że obecnie rywalizuje w nim niewiele ekip. Dlatego organizatorzy rozważają zmiany w przepisach, które przyciągnęłyby nowe zespoły i zwiększyły konkurencyjność. Mogłaby na nich skorzystać załoga Miko Marczyk - Szymon Gospodarczyk.
– Szansa na wejście dziś do mistrzostw świata na poziomie klasyfikacji generalnej jest niewielka. Oceniłbym ją na kilka procent. Jeśli jednak zmienią się przepisy i starty staną się bardziej dostępne ekonomicznie, ta szansa może wzrosnąć nawet do kilkudziesięciu procent – uważa Miko Marczyk.
Ewentualne zmiany w regulaminie wejdą w życie w kolejnym sezonie. W tym załoga mistrzów Europy będzie bronić wywalczonego w 2025 r. tytułu. Co jednak nie jest dla niej celem samym w sobie.
– Gdybym kończył swoją drogę, to za wszelką cenę chciałbym tylko i wyłącznie dążyć do pewnych zwycięstw. Natomiast dużo bardziej interesuje mnie to, żebym wiedział, że jestem sporo
lepszy. Gdyby dzisiaj ktoś mi zaproponował to, że będę osiągał trochę niższe wyniki, ale będzie to wynikało z jakiejś pechowej sytuacji, może awarii samochodu, pojedynczego błędu, albo bardzo mocnego rywala, ale ja będę wyraźnie lepszy niż byłem w zeszłym roku, to bardziej mnie to interesuje niż sukces sportowy, w którym było dużo losowego farta - mówi Miko Marczyk.