Kategorie artykułu: Biznes Polityka

Rafał Brzoska: EWG 2.0, czyli dlaczego jestem eurokonstruktywistą (FELIETON)

Jestem eurokonstruktywistą, a to jest opowieść za Europą. To apel o przywrócenie jej skrzydeł. To rozmowa o konkretnych rozwiązaniach. Pokonywaliśmy już wielkie kryzysy. Jeśli chcemy wygrać przyszłość, nie możemy stać w miejscu. Musimy odpowiedzieć na globalne wyzwania gospodarcze i technologiczne. Europejski motyl nie potrzebuje odwłoku, lecz skrzydeł. Nie kolejnej warstwy przepisów, lecz odwagi, by latać. Wolność gospodarcza, wolna konkurencja i silna przedsiębiorczość nie są zagrożeniem dla europejskiego projektu, ale warunkiem jego przetrwania.

biurokracja w UE.
Fot. wygenerowane przez autora

Z tego artykułu dowiesz się…

  1. Czym eurokonstruktywista różni się od euroentuzjasty i eurosceptyka.
  2. Dlaczego Polska powinna stanąć na czele odnowy Unii Europejskiej.
  3. Jakie siedem rozwiązań warto wprowadzić w EWG 2.0.
Loading the Elevenlabs Text to Speech AudioNative Player...

23 lutego 2026 r. w portalu XYZ zaproponowałem koncepcję reformy Unii Europejskiej, którą nazwałem EWG 2.0. Skłoniła mnie do tego niezgoda na to, że Europa straciła swoje ambicje, stając się mistrzem regulacji, a nie innowacji. Przestrzegałem w tej rozmowie, że żaden kraj nie zbudował potęgi na nadmiarze przepisów, biurokratycznych absurdach i wysokich podatkach. Nazwałem tę koncepcję EWG 2.0, bo z jednej strony oznacza ona powrót do tego, co kiedyś działało, a z drugiej strony zdecydowany krok w przyszłość. Pamiętamy przecież wszyscy, że europejska integracja zaczęła się od prostej idei: mniej barier, więcej handlu, wolny rynek i wolna konkurencja. W 1957 r. dla krajów członkowskich na pierwszym miejscu była ekonomia, nie ideologia. Jeżeli wrócimy do tych fundamentów, Europa może znów stać się wzorem dla świata. Jeśli nie, inni napiszą naszą przyszłość za nas.

Nie eurosceptyk i nie euroentuzjasta

Zacznę jednak od wyjaśnienia, dlaczego określiłem się jako eurokonstruktywista. Logika bipolarnego sporu między euroentuzjastami a eurorealistami wyczerpała się i nie odpowiada już ani rzeczywistości, ani wyzwaniom, przed którymi stoimy.

Ci pierwsi zakładają, że Unia Europejska jest idealistyczną wspólnotą opartą na altruistycznych państwach działających w imię „interesu europejskiego”. Wierzą, że na czele Unii stoi obiektywna i niezależna Komisja Europejska, a „wszyscy ludzie będą braćmi, tam, gdzie jej przemówi głos”. Niestety, jest to tak bliskie rzeczywistości, jak tekst „Ody do radości" bliski jest zapisom Umowy o partnerstwie UE-Mercosur.

Nie jestem jednak też „eurorealistą”. Zauważyłem bowiem, że tak często określają się ludzie uważający w głębi duszy, że Unia Europejska to „wojna wszystkich ze wszystkimi”, w której państwo państwu wilkiem. Ale i to nie jest prawdą. Unia Europejska to wielki projekt, który przyniósł naszemu kontynentowi dostatek i pokój. To też dowód, jak wiele może osiągnąć klasa polityczna, jeżeli jest w stanie wznieść się ponad partyjne wojny domowe. Wśród „Ojców Założycieli” byli chadecy, tacy jak Joseph Bech, premier Luksemburga, Robert Schuman z francuskiego MRP, Konrad Adenauer z CDU, czy Alcide De Gasperi z włoskiej Partii Chrześcijańsko-Demokratycznej. Ale nie byłoby Unii bez socjalisty Paula-Henriego Spaaka, liberała Johana Beyena czy apolitycznego technokraty Jeana Monneta.

Jestem więc eurokonstruktywistą, bo wychodzę poza spór i szukam konkretnych rozwiązań, by wzmocnić Unię oraz uwolnić ją od zbędnych regulacji i ideologicznych wariactw. Jestem za silną Unią Europejską, ale silną dobrobytem swoich obywateli, wiernością ideałom, które legły u podstaw jej powstania, a przede wszystkim sprawnością, z jaką radzi sobie z globalnymi wyzwaniami i zagrożeniami.

Ponad politycznymi podziałami

Przy jej reformie – renesansie – będziemy musieli współpracować ponad politycznymi podziałami. Zwłaszcza że one coraz mniej przystają do rzeczywistości. Zwróćmy uwagę na program 500+. Ten program, w swojej istocie solidarnościowy i godnościowy, został stworzony przez PiS, ale od początku był też wspierany przez środowiska o tradycyjnej wrażliwości lewicowej, takie jak Partia Razem. Dziś śmiertelnym wrogiem tego wyrównywania szans i dzielenia się owocami wzrostu staje się radykalna polityka klimatyczna forsowana przez Komisję Europejską i środowiska liberalno-lewicowe. Ona prowadzi nas nieuchronnie do ekonomicznej wiecznej zimy. Stoimy też przed realnym zagrożeniem kinetycznym i hybrydowym ze wschodu. Nie znajdziemy środków finansowych na silną armię i bezpieczną granicę, tak ważnych dla obozu prawicowego i ruchu narodowego, jeżeli środowiska te nie uznają za własne liberalnych i centrowych postulatów wspierania przedsiębiorczości, konkurencyjności oraz deregulacji. Świadomość, że rozwój gospodarczy jest warunkiem bezpieczeństwa, stanowi zapewne jeden z powodów tak silnego wsparcia partii prawicowych dla postulatów SprawdzaMY.

Z zadowoleniem przyjąłem więc, że do mojej koncepcji odnieśli się już pierwsi politycy, np. Mateusz Morawiecki w trakcie arcyciekawej debaty z Janem Rokitą w Kanale Zero. Zapraszam do dyskusji i współpracy wszystkie środowiska polityczne i eksperckie. Udało nam się to zrobić przy deregulacji. Będzie możliwe również przy dyskusji o reformie Unii Europejskiej.

Największy problem: przeregulowanie

Od więc czego zaczniemy? Gdzie leży sedno problemu? Żyjemy w czasie gospodarczej zmiany i geopolitycznych napięć. Świat nie czeka. Ameryka przyspiesza, a tempo coraz częściej narzuca jej Azja. Tymczasem Europa wciąż debatuje, reguluje i harmonizuje. W rezultacie zostaje w tyle i zamienia się w skansen.

To nie jest abstrakcyjny problem. Rok temu w Davos wybrzmiała historia, która powinna dać całej Europie do myślenia. Jeden z amerykańskich liderów biznesu planował dużą inwestycję w Irlandii. Zgodę dostał w tydzień. Potem dowiedział się, że potrzebna będzie jeszcze ta unijna, a to potrwa pięć lub sześć lat. Uznał więc, że to absurd i po prostu zrezygnował. Był to Donald Trump. Niezależnie od ocen samego Trumpa i jego polityki, zwłaszcza międzynarodowej, w tej historii wybrzmiewa rzecz istotna. Europa przegrywa walkę o inwestycję nie z powodu braku kapitału, talentu czy rynku, lecz przez własną ociężałość.

Jak najprościej

Nieprzypadkowo więc my, Polacy, jako jedną z recept na tę gospodarczą atrofię wybraliśmy deregulację. Co ciekawe, jako pierwszy zrobił to prezydent Ronald Reagan, tak zasłużony dla naszej niepodległości. W 1981 roku zaproponował program odbudowy oparty na czterech zasadach: ograniczeniu wydatków, obniżce podatków, stabilnej polityce monetarnej i właśnie deregulacji. Przekonywał, że biurokratyczne absurdy osłabiają gospodarkę, tłumią konkurencję i zniechęcają do inwestowania. Nie chcemy i nie będziemy kopiować Ameryki, ale wyciągnęliśmy podobne wnioski: jeżeli chcemy wzrostu, musimy przyspieszyć.

Europa wciąż jest rynkiem, na którym ludzie i firmy chcą być obecni. Ale żeby tak pozostało, potrzebujemy gospodarki silnej, innowacyjnej i atrakcyjnej dla inwestorów. Potrzebujemy Europy, która nie boi się ryzyka, nie karze za ambicję i nie utrudnia życia tym, którzy chcą budować, tworzyć i zatrudniać. Rozwój gospodarczy bierze się przecież z milionów codziennych decyzji. Podejmują je ludzie gotowi na ryzyko, by wprowadzić lepszy produkt, stworzyć miejsca pracy, a przede wszystkim inwestować w innowacje. To nadmierne regulacje są największą barierą wzrostu w Unii Europejskiej. Stajemy się mistrzami w unijnej biurokracji, która wymyśla kolejne powody swojego istnienia. Nie muszę dodawać, jak kłóci się to zwłaszcza z naszym polskim mindsetem, który mówi, że wygrywa się odwagą, pracą i stawianiem czoła wyzwaniom.

Dlatego to Polska powinna stać się liderem koniecznej przemiany Unii Europejskiej. Kiedy patrzę na historię integracji, widzę, że jej pierwotny sukces opierał się na prostej i skutecznej logice. Wspólnota tamtych lat nie miała ambicji, aby zarządzać codziennym życiem każdego z jej mieszkańców i przedsiębiorców. Miała uwalniać energię gospodarczą, usuwać bariery, wzmacniać handel, otwierać wspólny rynek. Miała pozwalać ludziom zarabiać dzięki pracy, pomysłom i ambicji. Dzisiaj, największym zagrożeniem dla Unii Europejskiej nie są jej krytycy, lecz ona sama.

Jak skrzydła motyla zamieniły się w odwłok

Jestem dumny ze skromnych warunków, w jakich wyrastałem. W 1994 roku jako nastolatek po raz pierwszy pojechałem do Europy Zachodniej, żeby zarobić trochę pieniędzy przy pracach ogrodniczych i odciążyć rodziców. To doświadczenie, które dzielę z milionami Polaków, z wieloma z Was również. Pamiętam, że wróciłem z tych „saksów” z paroma markami. Ale przywiozłem stamtąd coś znacznie cenniejszego: szacunek do wolnego rynku, wolnej konkurencji i ciężkiej pracy. Pięć lat później założyłem pierwszą firmę. To właśnie z tych doświadczeń narodził się InPost. Pamiętacie tamtą Europę? Pamiętacie, jak uderzała nas jej zamożność i kolory, wygoda i standard życia? Dynamizm tamtego rynku, siła i konkurencyjność ich przemysłu. Dla nas – wychowanych w szarej rzeczywistości — Europa była wtedy jak egzotyczny motyl: lekka, szybka i bogata.

Jestem dumny ze skromnych warunków, w jakich wyrastałem. W 1994 roku jako nastolatek po raz pierwszy pojechałem do Europy Zachodniej, żeby zarobić trochę pieniędzy przy pracach ogrodniczych i odciążyć rodziców. To doświadczenie, które dzielę z milionami Polaków, z wieloma z Was również.

Integracja europejska zaczęła się wraz z Traktatem Rzymskim z 1957 roku i powstaniem Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej. Zamysł był jasny: mniej ceł i barier, więcej handlu i wolnej konkurencji. Ekonomia, nie ideologia. Wygrywali lepsi i szybsi. Korzystały na tym gospodarki państw członkowskich, ale przede wszystkim korzystali obywatele. Wspólny rynek dawał skalę, a ona sprawiała, że opłacało się inwestować, ryzykować, być innowacyjnym. To Europejska Wspólnota Gospodarcza pomogła też zbudować pokój, nawet między dawnymi śmiertelnymi wrogami, takimi jak Francja i Niemcy.

Potem coś zaczęło się zmieniać. W 1986 roku przyjęto Jednolity Akt Europejski. Miał przyspieszyć rozwój i domknąć wizję wspólnego rynku. Z czasem jednak zamiast wolności zaczęła dominować harmonizacja. Intencje mogły być dobre, ale coraz więcej przepisów nie usuwało przeszkód, lecz zaczęło tworzyć nowe. Europejski motyl zaczął tyć, a odwłok zaczął zastępować skrzydła. UE formalnie narodziła się w 1992 roku. Wtedy też projekt gospodarczy zaczął przeobrażać się w system polityczno-instytucjonalny, zbudowany na puchnącej regulacji i coraz bardziej samowystarczalnej biurokracji. W centrum nie stał już wolny rynek, lecz zajęty sobą matrix.

Potem coś zaczęło się zmieniać. W 1986 roku przyjęto Jednolity Akt Europejski. Miał przyspieszyć rozwój i domknąć wizję wspólnego rynku. Z czasem jednak zamiast wolności zaczęła dominować harmonizacja. Intencje mogły być dobre, ale coraz więcej przepisów nie usuwało przeszkód, lecz zaczęło tworzyć nowe. Europejski motyl zaczął tyć, a odwłok zaczął zastępować skrzydła.

Krok wstecz i krok naprzód

Metafora motyla nadal jest trafna, ale na wspak. W naturze rozwija on skrzydła, gdy przestaje być poczwarką. Europa jako EWG była dynamiczna, atrakcyjna dla kapitału, talentów i ambicji. Potem zaczęła zamieniać się w poczwarkę i owijać się kokonem procedur, zakazów i absurdów. Poczwarkę, coraz bardziej zadowoloną, ale i mniej skłonną do lotu. A żadna gospodarka nie wygrywa dzięki wygodzie. Wygrywa dzięki ruchowi. W SprawdzaMY mówiliśmy głośno, że nadregulacja ma jedną szczególnie brutalną cechę. Najmocniej uderza w słabszych – ludzi dopiero budujących swoje życie oraz w małe i średnie firmy. Wielkie korporacje stać na prawników, compliance, skomplikowane raportowanie i kosztowne analizy. Dla nich to tylko część kosztów operacyjnych. Dla małej firmy to wyrok śmierci.

Dlatego trzeba zrobić krok wstecz, robiąc jednocześnie duży krok naprzód. Potrzebujemy Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej 2.0. Nie przemawia przeze mnie nostalgia, lecz troska o przyszłość. Wróćmy do tego, co działa. Kończymy z powolnym konsumowaniem resztek przewag, które nieubłaganie się kończą. Co to może oznaczać w praktyce?

Dlatego trzeba zrobić krok wstecz, robiąc jednocześnie duży krok naprzód. Potrzebujemy Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej 2.0.

Siedem działań

Po pierwsze: prymat wolnej konkurencji. Trzeba realnie przywrócić znaczenie czterem swobodom europejskim: przepływu kapitału, usług, ludzi i towarów. We wszystkim poza strategicznymi przetargami publicznymi konkurujmy jakością oferowaną klientom, a nie krajem pochodzenia.

Po drugie: zmiana paradygmatu walki o bezpieczeństwo ekonomiczne kraju. Z wolną konkurencją wiąże się jednak jeden warunek – bezwzględna zasada wzajemności. Ingerencja w nią ze strony obcych państw musi spotkać się ze zdecydowaną odpowiedzią Polski. Globalna konkurencja, walka o miejsca pracy, rynki zbytu i inwestycje zaostrzają się każdego dnia. To wyzwanie również dla służb specjalnych. Muszą chronić krajowych przedsiębiorców. Muszą – na skróconej pętli decyzyjnej – ochraniać kluczowe interesy ekonomiczne państwa, wspierać zagraniczną ekspansję polskich spółek oraz inwestycje w jego energetyczne bezpieczeństwo. Niestety w III RP zbyt często dzieje się odwrotnie, a przykłady z energetyki jądrowej i branży kolejowej nasuwają się same. Powtórzę to wyraźnie: system bezpieczeństwa państwa ma za zadanie chronić interesy gospodarcze, handlowe i energetyczne kraju, a nie arbitralnie o nich rozstrzygać. Do tego tematu warto wrócić.

Po trzecie: legislacyjna brzytwa Ockhama. Gdy dwie regulacje wchodzą ze sobą w konflikt, wybierajmy prostszą, krótszą i bardziej zrozumiałą. Tę, która chroni prawa konsumenta, nie odbierając mu wolności wyboru. Nie bójmy się sięgać w UE po najlepsze, najbardziej przedsiębiorcze rozwiązania. Jeśli coś działa w jednym państwie, jest bezpieczne dla konsumenta i wzmacnia wolną konkurencję, powinno działać w całej Unii. Trzeba raz na zawsze odejść od harmonizacji dla samej harmonizacji.

Po czwarte: prawdziwa zasada subsydiarności. Unia Europejska powinna robić tylko to, czego nie da się dobrze zrobić lokalnie. Na takich zasadach skonstruowano Traktaty. Tak też brzmi logika kompetencji powierzonych. Tymczasem dziś zbyt często obserwujemy sytuację dokładnie odwrotną. Jakby to Bruksela była z definicji pierwszym i właściwym miejscem każdej decyzji, a państwom członkowskim zostawiała tylko to, czego nie zdążyła lub nie chciała objąć swoim władztwem.

Po piąte: zasada wygaśnięcia regulacji. Jeżeli przepis nie działa, jest przestarzały albo jego koszty przewyższają korzyści, powinien po prostu zniknąć. EWG 2.0 powinna opierać się na zasadzie „need to regulate”, czyli regulować tylko wtedy, gdy jest to rzeczywiście konieczne dla jasno określonego celu publicznego i gdy nie istnieje lepsza alternatywa. Każdy nowy przepis powinien mieć też uzasadnienie, które jest zrozumiałe i łatwe do zweryfikowania. Jeżeli przestaje być potrzebny — znika z porządku prawnego. Dodatkowo, jeżeli koszty regulacji przewyższają korzyści albo regulacja okazuje się bezskuteczna, tu też automatycznie uruchamiany jest mechanizm uchylenia – sunset clause.

Po szóste: AI w służbie obywatela i gospodarki. Korzystajmy z rewolucji AI, aby uczynić naszą gospodarkę bardziej konkurencyjną, a państwo przyjaznym obywatelom i partnerskim wobec przedsiębiorców. Rozwiązania musimy zaproponować wszyscy. Jednym z nich może być test: AI dla MŚP. Każdy ustawowy obowiązek sprawozdawczy i podatkowy nakładany na takie podmioty powinien dać się wykonać przy pomocy darmowych narzędzi AI. Jeżeli nie jest to możliwe – regulacje są zbyt skomplikowane.

I wreszcie po siódme: unijny test deregulacyjny. Każda dyrektywa/rozporządzenie unijne musi zdać egzamin. Czy zwiększa konkurencję? Obniża bariery? Czy przyspiesza decyzje? Czy upraszcza codzienne życie obywateli? Ułatwia inwestycje? Czy zostawia firmom przestrzeń do innowacji? I czy naprawdę musi powstać na poziomie unijnym? Jeśli choć na jedno z tych pytań odpowiedź brzmi: „nie”, niech trafia do kosza. I niech dzieje się tak bez względu na to, jak postępowo brzmi jej nazwa czy uzasadnienie.

To jest opowieść za Europą

Jestem eurokonstruktywistą, a to jest opowieść za Europą. To apel o przywrócenie jej skrzydeł. To rozmowa o konkretnych rozwiązaniach. Pokonywaliśmy już wielkie kryzysy. Jeśli chcemy wygrać przyszłość, nie możemy stać w miejscu. Musimy odpowiedzieć na globalne wyzwania gospodarcze i technologiczne. Europejski motyl nie potrzebuje odwłoku, lecz skrzydeł. Nie kolejnej warstwy przepisów, lecz odwagi, by latać. Wolność gospodarcza, wolna konkurencja i silna przedsiębiorczość nie są zagrożeniem dla europejskiego projektu, ale warunkiem jego przetrwania.

Główne wnioski

  1. Spór między euroentuzjastami, którzy idealizują UE, a eurosceptykami, którzy uważają, że UE to wojna wszystkich ze wszystkimi, mogą rozstrzygnąć eurokonstruktywiści. To osoby, które szukają rozwiązań, by wzmocnić UE.
  2. Reforma UE jest potrzebna, bo organizacja, która wyszła od prostych zasad: mniej ceł i barier, więcej handlu i wolnej konkurencji, obrosła w regulacje i przestała być konkurencyjna. Wolność zastąpiła harmonizację.
  3. Należy zastosować siedem reguł. To: prymat wolnej konkurencji, zapewnić bezpieczeństwo ekonomiczne kraju, stosować legislacyjną brzytwę Ockhama, zasadę subsydiarności, wygaśnięcia regulacji, wprowadzać AI w służbie obywatela i gospodarki, stosować deregulacje.

Śródtytuły od redakcji

Napisaliśmy o tym, bo uznaliśmy to za ważne i ciekawe. Dla pełnej transparentności informujemy, że fundusz RiO, należący do Omeny Mensah i Rafała Brzoski, prezesa i akcjonariusza InPostu, jest inwestorem w XYZ.