Kategorie artykułu: Kampus XYZ Społeczeństwo

Za sześć lat będą nas leczyć lekarze z nowych kierunków. „Studenci jeździli 250 km na anatomię" (WYWIAD)

Na prywatnych uczelniach i politechnikach masowo powstają kierunki lekarskie. Problem w tym, że często brakuje kadry, infrastruktury i miejsc specjalizacyjnych. Zdaniem prof. Michała Markuszewskiego, rektora Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego, za 8–10 lat narracja o niedoborze lekarzy się skończy – a w części ośrodków pojawi się problem ze znalezieniem pracy.

Michał Markuszewski, rektor Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego.
– Za mało wagi przywiązano do tego, w jaki sposób funkcjonują nowo otwierane kierunki lekarskie na wielu uczelniach. Ale korzyścią z dużej liczby lekarzy, którzy się pojawią za kilka lat na rynku, będzie systematyczne wyrównywanie kadr w różnych regionach kraju – mówi prof. Michał Markuszewski, rektor Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego. Fot. GUM

Z tego artykułu dowiesz się…

  1. Czy liberalizowany system edukacji nadal gwarantuje wysoką jakość kształcenia lekarzy.
  2. Za ile lat skończy się w Polsce problem z brakiem specjalistów medycznych.
  3. Dlaczego szkoły medyczne chcą zlikwidować staże lekarskie i co proponują w zamian.
Loading the Elevenlabs Text to Speech AudioNative Player...

Katarzyna Mokrzycka, XYZ: Panie profesorze, czy za sześć do ośmiu lat powinnam zaczynać wizytę u lekarza od pytania, jakie studia ukończył? Dziś kierunek lekarski może otworzyć niemal każda uczelnia – politechnika, akademia humanistyczna i inne uczelnie. Czy taki model nadal gwarantuje jakość kształcenia nowych lekarzy? Jak pan to ocenia jako rektor profesjonalnej uczelni medycznej?

Prof. Michał Markuszewski, rektor Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego: Sama idea rozszerzania możliwości kształcenia lekarzy wydaje mi się odpowiedzią na realny problem niedoboru kadry medycznej w Polsce. Z punktu widzenia systemu ochrony zdrowia zwiększenie liczby absolwentów kierunku lekarskiego ma poprawić dostęp do świadczeń zdrowotnych. I dlatego z samym pomysłem zwiększenia kadr nie można dyskutować.

Warto wiedzieć

Dr hab. Michał Markuszewski

Dr hab. Michał Markuszewski jest rektorem Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego (w kadencji 2024–2028), jednej z najwyżej ocenianych krajowych uczelni medycznych.

Od 2020 r. pełnił funkcję prorektora ds. nauki, a w latach 2016–2020 był dziekanem Wydziału Farmaceutycznego. Z wykształcenia jest farmaceutą. W pracy naukowej zajmuje się m.in. analizą farmaceutyczną.

Edukacyjne wyjazdy do prosektorium

Natomiast w tym procesie umknęła jedna rzecz – kształcenie lekarzy jest jednym z najbardziej wymagających procesów edukacyjnych. Nie chcielibyśmy, żeby pacjenci obawiali się o swoje bezpieczeństwo i żeby się musieli zastanawiać, kto i gdzie tego lekarza uczył.

Dlatego uważam, że uruchamianie nowych kierunków powinno odbywać się wyłącznie w ośrodkach, które dysponują odpowiednią kadrą akademicką, zapleczem klinicznym i infrastrukturą dydaktyczną. Do nich należą między innymi centra symulacji medycznej czy chociażby prosektoria, które są kluczowe dla kształcenia anatomii, a których nie posiadało wiele uczelni otwierających kierunki lekarskie.

Uważam, że uruchamianie nowych kierunków powinno odbywać się wyłącznie w ośrodkach dysponujących odpowiednią kadrą akademicką, zapleczem klinicznym i infrastrukturą dydaktyczną.

Nie posiadało czy nie posiada?

Nie posiadały ich w momencie otwierania tych kierunków – taka możliwość pojawiła się dopiero w roku akademickim 2023/2024. A pamiętajmy, że anatomii uczy się na pierwszym roku studiów. To oznacza, że pierwsi studenci tych uczelni nie mieli płynnego dostępu do zajęć prowadzonych na zwłokach. Z tego, co wiem, niektóre szkoły woziły studentów autokarami do miast oddalonych nawet o 250 km, by mogli odbyć zajęcia z anatomii. Nie wiem, jak jest teraz, nie chcę wchodzić w szczegóły. Krótko mówiąc, za mało uwagi przywiązano do tego, w jaki sposób funkcjonują nowo otwierane kierunki lekarskie.

System akredytacji, czyli nadzoru nad jakością kształcenia, powinien gwarantować, że każdy absolwent, niezależnie jaką uczelnię ukończy, będzie osiągał kompetencje zawodowe wymagane do prawidłowego, czyli także bezpiecznego wykonywania zawodu lekarza.

Jaki będzie lekarz po politechnice?

W pana opinii dziś gwarantuje czy nie gwarantuje? Czy Politechnika Wrocławska, która uruchomiła kierunek medyczny, może zapewnić takie samo wykształcenie lekarza, jak akademia medyczna z wieloletnim doświadczeniem?

Powiem pani, że tworząca kierunek medyczny renomowana politechnika w dużym mieście, jak np. Wrocław, Kraków, Warszawa jest jeszcze do zaakceptowania i ten pomysł nie przeraża mnie tak bardzo. W dużej aglomeracji najczęściej jest odpowiednia przestrzeń, aby kształcić lekarzy. Jest wiele szpitali i znacznie bardziej elastyczny dostęp do kadry, która tych młodych lekarzy ma uczyć.

Za mało uwagi przywiązano do tego, w jaki sposób funkcjonują nowo otwierane kierunki lekarskie na wielu uczelniach. Niektóre uczelnie woziły studentów autokarami do miast oddalonych nawet o 250 km, by mogli odbyć zajęcia z anatomii.

Gorzej jest w tych małych ośrodkach miejskich, gdzie za wykształcenie lekarzy bierze się jakaś prywatna uczelnia typu akademia nauk stosowanych. Baza kliniczna jest tam mniej niż wystarczająca, a dostęp do kadry akademickiej polega w dużym stopniu na zapraszaniu wykładowców z Polski.

Ale może, żeby trochę uspokoić emocje, warto podkreślić, że bardzo dużą część nowych miejsc na kierunkach lekarskich uruchomiły renomowane uczelnie, które zajmują się kształceniem lekarzy od dawna. W ciągu ostatnich 10 lat liczba miejsc na kierunkach lekarskich zwiększyła się z około 6 tysięcy do prawie 10,5 tysiąca. Tylko na naszym uniwersytecie zwiększyliśmy w tym czasie rekrutację na kierunku lekarskim ponad dwukrotnie – z 240 do 500 studentów. Podobnie inne uczelnie zrzeszone w Konferencji Rektorów Akademickich Uczelni Medycznych. Jest to odpowiedź publicznych uniwersytetów medycznych na zidentyfikowane potrzeby systemu ochrony zdrowia.

W ciągu ostatnich 10 lat liczba miejsc na kierunkach lekarskich wzrosła z ok. 6 tys. do niemal 10,5 tys. rocznie. Na naszym uniwersytecie zwiększyliśmy w tym czasie rekrutację na kierunku lekarskim ponad dwukrotnie.

Zaczyna się problem z dostępem do kadry akademickiej

Czyli rośnie liczba studentów, ale nie zwiększa się zaplecze kliniczne. Czy zatem student ma się gdzie uczyć w praktyce? Jak wąskim gardłem stają się szpitale kliniczne, gdzie na jednego lekarza uczącego zaczyna przypadać tłum studentów?

Absolutnie się z tym zgadzam, to jest duży problem. W Warszawie, największym mieście w Polsce, otworzyło się pięć kierunków lekarskich. To jest miasto, gdzie można kształcić na odpowiednio wysokim poziomie dydaktycznym, akademickim i klinicznym. Ale też nie bez końca! Zaczyna się bowiem problem dostępu do kadry akademickiej. Nawet Warszawa jako stolica i bardzo duże miasto ma ograniczone zasoby.

Mieliśmy w kraju problem przeciążonych lekarzy, którzy biegali ze szpitala do szpitala, z dyżuru na dyżur. Teraz będziemy mieli w takim samym stanie kadrę akademicką, która w biegu będzie krążyć między różnymi uczelniami z wykładu na wykład?

Tak i tak już się dzieje w niektórych ośrodkach. Na tym będą cierpieć studenci. Najbardziej właśnie tam, gdzie kadra jest podwójnie zatrudniona. Uważam, że problemy kadrowe na uczelniach medycznych będą w perspektywie najbliższej dekady największym problemem. Bez odpowiedniej infrastruktury oraz pieniędzy będzie nam trudno zatrzymać czy przyciągnąć zdolnych, ambitnych ludzi do pracy na uczelniach medycznych.

Kroki prawne wobec konkurencji

Odchodzą do prywatnych uczelni?

Widzimy ruch w tę stronę, ale nie chodzi tylko o przechodzenie do prywatnych uczelni. Po prostu praca na uczelni jest nieatrakcyjna finansowo, szczególnie dla młodych ludzi zatrudnianych na stanowisku asystenta czy nawet adiunkta. Wynagrodzenia asystenta na publicznym uniwersytecie są niewiele wyższe niż pensja minimalna.

Lekarze klinicyści mają tę przewagę, że mogą jeszcze praktykować i tam zarabiać lepiej niż na uczelni, ale pracownicy, którzy nie są lekarzami, zaczynają szukać sobie innej pracy. Młodzi ludzie bardzo szybko nabywają nowe kompetencje.

Oburzyła pana zmiana nazwy innej gdańskiej uczelni medycznej, prywatnej, bo kojarzy się z waszym uniwersytetem. Napisaliście o tym publicznie w mediach społecznościowych. To aż tak duży problem?

Bardzo nieprzyjemnie zaskoczyła nas decyzja ministra nauki o wyrażeniu zgody na zmianę nazwy jednej z prywatnych wyższych szkół zawodowych na „Gdańską Akademię Medyczną Nauk Stosowanych”. Nie zgadzamy się z interpretacją przepisów ustawy o szkolnictwie wyższym, którą przyjęło ministerstwo. Resort pozwolił na swobodne ukształtowanie nazwy przez podmiot komercyjnie oferujący usługi edukacyjne. Podmiot ten bez skrępowania korzysta z faktu, że w Gdańsku większość osób kojarzy nazwę „Akademia Medyczna” wyłącznie z naszą uczelnią i naszym szpitalem klinicznym. Co więcej, swoje usługi reklamuje biogramami pracowników naukowych naszej uczelni.

Podjęliśmy już w tej sprawie pierwsze kroki prawne i przewidujemy kolejne. Mamy obowiązek stać na straży dziedzictwa Akademii Medycznej w Gdańsku, której jesteśmy jedynym spadkobiercą. Mamy też obowiązek chronić społeczność, kandydatów na studia i pacjentów przed dezinformacją dotyczącą charakteru komercyjnie oferowanych usług, nastawionych po prostu na zysk.

„Narracja o brakach lekarzy przestanie być aktualna”

Czy lekarzy jest w Polsce zbyt mało? Często można usłyszeć opinię, że obecna liczba lekarzy byłaby wystarczająca, gdyby nie byli nadmiernie obciążeni biurokracją i gdyby nie ograniczano im dostępu do specjalizacji.

Szacunki dotyczące niedoboru kadry medycznej w Polsce są różne. Jedne wskazują, że lekarzy wciąż brakuje, inne – że zbliżamy się już do średniej unijnej. Wiele zależy od przyjętej metodologii, m.in. od tego, czy uwzględnia się wyłącznie lekarzy pracujących z pacjentami, czy wszystkich, którzy ukończyli studia medyczne.

Z mojego punktu widzenia dyskusja o tym jest jednak trochę akademicka. Bo możemy być pewni, że problem z niedoborami kadry zacznie zanikać po tak znaczącym zwiększeniu liczby osób studiujących na kierunkach lekarskich, z jakim mamy właśnie do czynienia. W perspektywie kilku lat obecne roczniki zaczną wchodzić na rynek pracy. Narracja o brakach lekarzy w Polsce przestanie być aktualna za 8-10 lat. A wręcz z dużym prawdopodobieństwem pojawi się problem ze znalezieniem miejsca pracy dla lekarza, zwłaszcza w dużych miastach.

Dziś jedną z przyczyn odczuwanego niedoboru lekarzy jest w Polsce nierównomierne rozproszenie kadry medycznej. W dużych miastach jest wielu lekarzy. Im jednak mniejsza miejscowość, tym mniej kadry. Największe problemy widać w małych miastach i na wsiach.

Bo dziś nikt już nie chce być doktorem Judymem, panie profesorze.

Na to wygląda, ale to zapewne będzie się zmieniać. Liczba miejsc w szpitalach i przychodniach w dużych ośrodkach miejskich jest ograniczona. Nie da się jej zwiększać w nieskończoność. Korzyścią z większej liczby lekarzy, którzy pojawią się na rynku za kilka lat, może więc być stopniowe wyrównywanie dostępności kadr w różnych regionach kraju.

Problem niedoboru kadry zacznie zanikać po tak znaczącym zwiększeniu liczby osób studiujących na kierunkach lekarskich, z jakim mamy dziś do czynienia. W perspektywie kilku lat obecne roczniki zaczną wchodzić na rynek pracy.

Finansowanie inwestycji to gra z czasem

Uczelnie, które nie uruchamiają kierunków lekarskich, skarżą się, że tylko na naukę medyków popłynęły duże fundusze z Krajowego Planu Odbudowy (KPO). Czy to dofinansowanie może zwiększyć gwarancje dobrego wykształcenia przyszłych lekarzy? Wystarczy zbudować w szkołach, które nigdy nie uczyły lekarzy, zaplecze treningowe, infrastrukturę szkoleniową i to, co będzie imitować szpital, żeby wyrównać ograniczony dostęp do prosektorium i żywych pacjentów?

Nie wiem, ile z tych uczelni, które uruchomiły niedawno kierunki lekarskie, miało dostęp do funduszy z KPO. Trudno więc powiedzieć, czy mogły wzbogacić swoje zaplecze medyczne. To jest jednak mało prawdopodobne. Problem polega ponieważ na tym, że pieniądze z KPO przyszły za późno, żeby przeprowadzić duże budowy, jakieś kompleksowe inwestycje. W grę wchodzi co najwyżej kupno sprzętu, remonty sal wykładowych itp., a także refinansowanie inwestycji rozpoczętych dużo wcześniej.

Warto tu chyba wyjaśnić, że Ministerstwo Zdrowia (MZ) umieściło zadanie, jakim jest poprawa jakości kształcenia na kierunkach medycznych, we wnioskach do KPO dla Komisji Europejskiej. A Ministerstwo Nauki z pieniędzy zrezygnowało. Dlatego te pieniądze zostały przyznane tylko uczelniom medycznym [podlegają pod MZ – red.]. Mogę się tylko domyślać, dlaczego z tej możliwości zrezygnował ówczesny minister nauki Przemysław Czarnek, ale to dlatego inne szkoły wyższe nie są beneficjentami tego programu.

Ministerstwo Zdrowia wpisało poprawę jakości kształcenia na kierunkach medycznych do wniosków kierowanych do Komisji Europejskiej w ramach Krajowego Planu Odbudowy. Ministerstwo Nauki z tej możliwości nie skorzystało. Dlatego fundusze zostały przyznane wyłącznie uczelniom medycznym.

Pieniądze dostaliśmy w ubiegłym roku, a już do końca marca tego roku musimy je rozliczyć. W praktyce często oznaczało to raczej łatanie bieżących braków. Uczelniom udało się wykorzystać pieniądze na większe projekty, tylko gdy wykorzystywały je do zrefundowania inwestycji, które już trwały. My na przykład mamy nadzieję zrefundować rozpoczętą kilka lat temu budowę Uniwersyteckiego Centrum Stomatologii. Okazało się, że ta inwestycja wpisała się w ramy Krajowego Planu Odbudowy.

Lekarz bez specjalizacji

Panie profesorze, po co kształcić 10,5 tys. przyszłych lekarzy, skoro miejsc na specjalizacjach finansowanych przez Ministerstwo Zdrowia jest o połowę mniej? Dotyczy to także specjalizacji priorytetowych. Sześć lat studiów, półtora roku stażu, a potem wąskie gardło – brak specjalizacji – i nie masz co robić?

Taki problem oczywiście może się pojawić. Profesjonalne, jakościowe kształcenie specjalizacyjne wymaga opiekuna, odpowiedniej kadry nadzorczej, odpowiedniego sprawdzania wiedzy. To wymaga wysiłku i dobrej organizacji. Ostatnio, słuchając pani minister, nie odniosłem jednak wrażenia, żeby jej zdaniem był z tym duży problem. Może zatem ministerstwo ma pomysł, jak z tym sobie poradzić. Ja go nie znam.

Moim zdaniem powinniśmy czerpać z doświadczeń innych krajów, które mają podobną strukturę demograficzną i podobne uwarunkowania ekonomiczne i prawne. Warto podążać tropem krajów i uczelni o dłuższej niż nasza tradycji wolności akademickiej i dbałości o jakość kształcenia.

Zamiast stażu więcej praktyki na studiach

Ale to właśnie uczelnie medyczne i ich rektorzy zaproponowali likwidację stażu podyplomowego dla lekarzy. Czy skrócenie okresu nauki zawodu i zdobywania doświadczenia przez młodych lekarzy nie oznacza właśnie pogorszenia jakości kształcenia? Przeciwne takiej zmianie jest samo środowisko lekarzy.

Skrócenie okresu nauki to szybsze wejście lekarza na rynek pracy. Podkreślamy przy tym, że likwidacja stażu musi być połączona ze zmianą podejścia do kształcenia na kierunku lekarskim. Zamiast stażu chcemy na naszych uczelniach położyć jeszcze większy nacisk na umiejętności praktyczne. Już teraz studenci zdobywają doświadczenie w dużym stopniu przed stażem. Przez pierwsze dwa lata zajęcia są bardzo teoretyczne. Na trzecim roku wchodzą zajęcia kliniczne. A kolejne trzy lata nazywamy już studiami klinicznymi. To niemal sama praktyka. Studenci mają zajęcia w kontakcie z pacjentami, na oddziałach szpitalnych zdobywają praktyczną wiedzę.

My przyjmujemy, że ostatni rok studiów ma być intensywną praktyką kliniczną w szpitalu. Nasza uczelnia już idzie w tę stronę. Na szóstym roku studenci pracują w małych grupach, czasem wręcz samodzielnie. Mają kontakt z pacjentem pod nadzorem lekarza, co przypomina staż.

Przyjmujemy, że ostatni rok studiów ma być intensywną praktyką kliniczną w szpitalu. Nasza uczelnia już idzie w tę stronę. Na szóstym roku studenci pracują w małych grupach, pod nadzorem lekarza.

Szlifowanie umiejętności kosztuje

Co odpowiedziałby pan jako rektor uczelni lekarzom, którzy protestują przeciwko likwidacji stażu?

Wiem, że taka zmiana może budzić obawy i niepokój. Jeśli jednak podejdziemy do niej rozsądnie i dobrze zaplanujemy systemowe zmiany w kształceniu oraz weryfikacji efektów nauczania już w trakcie studiów, to ja bym się nie bał tego rozwiązania. Aby rozszerzyć taki model, potrzebujemy jednak wsparcia finansowego. Nauka w mniejszych grupach wymaga większej liczby nauczycieli i lepszej infrastruktury, takiej jak centra symulacji medycznej. Umiejętności praktycznych trzeba się bowiem uczyć, jeszcze zanim student podejdzie do pacjenta.

Bez dodatkowych funduszy się nie da?

Pieniądze są zawsze problemem. Jest ich ciągle za mało, bo mamy coraz więcej obciążeń. Na przykład: studenci szkół doktorskich mają prawo do stypendiów socjalnych. Ale uczelnia nie dostaje żadnych dodatkowych funduszy na te stypendia, więc musimy je jakoś wygospodarować z budżetu. Podobnie jest z działaniami, które mają poprawiać cyberbezpieczeństwo – potrzeba jest, chęci też, ale ministerstwo zdrowia nie przekazuje nam na to żadnych dodatkowych pieniędzy.

Etyka zawodowa: praca w toku

Dla mnie jako pacjenta ważnym elementem jakości kształcenia lekarzy jest także nauczenie ich obcowania z chorym człowiekiem. Przy stale rosnących wynagrodzeniach lekarzy odrzucam dziś tłumaczenie chamskich zachowań albo po prostu ignorowania chorego tym, że lekarze czy pielęgniarki są przepracowani. Czy ocena satysfakcji pacjenta nie powinna wreszcie stać się obligatoryjnym elementem procesu wyceny usług i finansowania placówek medycznych?

Ocenę jakości leczenia prowadzi Centrum Monitorowania Jakości w Ochronie Zdrowia.

Chodzi mi o to, panie profesorze, żeby człowiek czuł się zaopiekowany, a nie tylko zoperowany. Ostatnio, stojąc z bólem w poczekalni, usłyszałam od pielęgniarki, którą zapytałam, o której będzie lekarz: „Ja już idę do domu, mnie tu nie ma”. Takich historii wciąż są setki. Każdy jakąś zna, przeżył albo widział.

Ta zmiana w podejściu do pacjenta to kolejny etap, tak sądzę. Trzeba uczciwie powiedzieć, że w Polsce mamy znacznie krótszą historię dbania o jakość w kształceniu lekarzy niż w wielu rozwiniętych państwach. Do pewnych standardów dopiero dochodzimy. Mogę tu jednak podać przykład Uniwersyteckiego Centrum Klinicznego, naszego szpitala w Gdańsku, które wprowadziło właśnie taki system oceny satysfakcji pacjentów. Działa tam specjalna aplikacja, w której pacjenci po pobycie w szpitalu lub w poradni mogą ocenić usługę. Myślę, że z czasem taki standard upowszechni się w całym kraju.

Trzeba uczciwie powiedzieć, że w Polsce mamy znacznie krótszą historię dbania o jakość w kształceniu lekarzy niż w wielu rozwiniętych państwach. Do pewnych standardów dopiero dochodzimy.

Generalnie jednak jestem przeciwny rozwiązaniom obligatoryjnym. Uważam, że gdy zaczyna się ludzi do czegoś zmuszać, nawet najszlachetniejsze idee i najlepsze intencje mogą przynieść odwrotny skutek. Jestem zwolennikiem zachęcania, pokazywania, dlaczego dane rozwiązania są potrzebne, oraz wskazywania dobrych praktyk i realnych korzyści.

Dyrekcja naszego szpitala tłumaczy zarówno pracownikom, jak i pacjentom, że chodzi przede wszystkim o poprawę standardów tam, gdzie jest to możliwe. Często nie mamy świadomości, że pewne obszary nie funkcjonują optymalnie, nie dostrzegamy niedociągnięć. Jeśli coś można usprawnić bez szkody dla działania szpitala, a z korzyścią dla pacjentów i całego systemu, warto to zrobić.

Nasz szpital w Gdańsku wprowadził system oceny satysfakcji pacjentów. Ma specjalną aplikację, w której pacjenci po pobycie w klinice – szpitalu czy poradni – mogą ocenić usługę. Myślę, że taki standard stanie się powszechny w końcu w całym kraju.

Zwalczanie medycznych fake newsów u lekarzy

Czy uczelnia medyczna powinna być jednocześnie uczelnią badawczą, czy jednak skoncentrować się na tym, żeby dobrze wykształcić personel medyczny? Nie martwi pana, że medycy publicznie kontestują skuteczność szczepień albo rekomendują jakieś średniowieczne sposoby leczenia nowotworów? Wolność słowa ponad wiedzę medyczną i zdrowy rozsądek?

Nie da się dobrze kształcić personelu medycznego bez rozwijania także kompetencji badawczych i naukowych. Kadra akademicka, która jednocześnie realizuje badania naukowe, jest też odpowiednio przygotowana, jeżeli chodzi o nową wiedzę i praktykę, ma kontakt z międzynarodowymi środowiskami naukowymi i klinicznymi. To daje też umiejętność krytycznego myślenia. Ta wiedza, prowadzenie badań naukowych i krytyczne myślenie mogą być właśnie taką „szczepionką przeciw dezinformacji”.

Na naszej uczelni staramy się walczyć z fałszywymi tezami i opiniami, które pojawiają się w przestrzeni publicznej. Staramy się w studentach budować odporność na manipulowanie faktami i niesprawdzone dane z obszaru medycyny. Myślę, że uczelnie, które mają komponent badawczy, będą lepiej przygotowane na odbijanie dezinformacji.

Otwarcie na biznes i otwieranie biznesu

Współpracuje pan z biznesem? Na przykład z branżą farmaceutyczną, która wydaje się naturalnym partnerem dla uczelni medycznej – zarówno przy zlecaniu badań, jak i jako fundator stypendiów, o których pan wcześniej wspominał.

Są firmy, z którymi współpracujemy bardzo blisko. Przygotowujemy absolwentów do pracy w przemyśle farmaceutycznym i kosmetycznym, m.in. dla naszego regionalnego sąsiada – Polpharmy. Zależy nam także na współpracy eksperckiej i wspólnej realizacji projektów badawczych.

Rozmawiamy o tym z biznesem, chociaż muszę przyznać, że jak dotąd z mniejszym raczej niż z większym sukcesem. Ale ja jestem z tych, którzy uważają, że kropla drąży kamień i trzeba po prostu o tym rozmawiać. Potencjał i świadomość wagi prowadzenia krajowych badań nad lekami rośnie wśród polskich firm.

Główne wnioski

  1. Jakość kształcenia lekarzy budzi pytania. Masowe uruchamianie kierunków lekarskich na uczelniach niemedycznych wywołuje obawy o poziom kształcenia. Wiele z tych szkół startowało bez prosektoriów i odpowiedniego zaplecza klinicznego. Renomowane uczelnie publiczne odpowiadają na potrzeby systemu, ale chaotyczne otwieranie kierunków w słabszych placówkach budzi niepokój.
  2. Za 8–10 lat problem niedoboru lekarzy może wygasnąć. Liczba miejsc na studiach lekarskich wzrosła z ok. 6 tys. do 10,5 tys. rocznie. Za kilka lat na rynek pracy wejdzie znacznie więcej absolwentów – niedobór kadry może przestać być problemem, a w dużych miastach może pojawić się nawet nadwyżka lekarzy. Wąskim gardłem pozostaną miejsca specjalizacyjne, a wyzwaniem – potencjalnie – jakość wykształcenia.
  3. Największe wyzwania to nadal wyzwania systemowe. Brakuje kadry akademickiej, wykładowcy są przeciążeni, a młodzi pracownicy odchodzą z uczelni z powodu niskich wynagrodzeń. Problemem jest też nierównomierne rozmieszczenie lekarzy między dużymi miastami a mniejszymi miejscowościami. Uczelnie medyczne chcą wzmacniać praktyczne umiejętności już w trakcie studiów, zamiast utrzymywać obowiązkowy staż podyplomowy. Coraz ważniejsza staje się też walka z dezinformacją medyczną – również w samym środowisku lekarskim.