Kategorie artykułu: Polityka Świat

Wybory w Danii. Trzy scenariusze dla rządu i ich konsekwencje dla Polski

Ani tradycyjny czerwony blok skupiający partie lewicowe, ani niebieski blok prawicowy nie są w stanie samodzielnie osiągnąć wymaganych 90 mandatów w 179-osobowym Folketingu. Klucz do zamku Christiansborg trzyma ugrupowanie Umiarkowanych (Moderaterne), którego lider Lars Løkke Rasmussen może stać się architektem nowego duńskiego porządku. Sprawdzamy, jakie są możliwe koalicje i jak zmienią podejście Danii do polityki imigracyjnej, Ukrainy czy funduszy unijnych.

Lars Lokke Rasmussen
Duński minister spraw zagranicznych Lars Løkke Rasmussen i jego partia Umiarkowanych zyskali po tym, jak Donald Trump zaczął się domagać przejęcia przez USA Grenlandii. Fot. PAP/EPA/OLIVIER HOSLET

Z tego artykułu dowiesz się…

  1. Dlaczego lider Umiarkowanych (Moderaterne) stał się królem wyborów?
  2. Jak sprawa Grenlandii wpłynęła na wynik?
  3. Jaki może być układ koalicyjny?
Loading the Elevenlabs Text to Speech AudioNative Player...

Gdy we wtorek wieczorem zamknęły się lokale wyborcze w Danii, a pierwsze wyniki zaczęły napływać z komisji w Kopenhadze, Aarhus i Odense, stało się jasne, że kraj czeka polityczna przeprawa, jakiej nie widziano od pokoleń. Według końcowych wyników, które zostały opublikowane przez duńską komisję wyborczą, rozkład głosów przedstawia się następująco:

  • Socjaldemokraci (Socialdemokratiet) 21,85 procent,
  • Lewica (Venstre) – 10,14 procent,
  • Umiarkowani (Moderaterne) – 7,68 procent,
  • Sojusz Liberalny (Liberal Alliance) – 9,37 procent,
  • Konserwatyści (Det Konservative Folkeparti) – 7,59 procent,
  • Czerwono-Zielony Sojusz (Enhedslisten) – 6,34 procent,
  • Duńska Partia Ludowa (Dansk Folkeparti) – 9,1 procent,
  • Radykalna Lewica (Radikale Venstre) – 5,82 procent,
  • Socjalistyczna Partia Ludowa (Socilistik Folkreparti) – 11,59 procent,
  • Duńscy Demokraci (Danmarksdemokraterne) – 5,82 procent,
  • Partia Obywatelska (Borgerpartiet) – 2,13 procent,
  • Alternatywa (Alternativet) – 2,58 procent.

Powyższe wartości nie sumują się do 100, ponieważ nie uwzględniają mandatów z Grenlandii i Wysp Owczych, które również wchodzą w skład 179-osobowego Folketingu.

Ikona wykres interaktywny Wykres interaktywny

Przeliczając te wyniki na mandaty w 179-osobowym Folketingu, którego siedzibą jest zamek Christiansborg, blok czerwony – socjaldemokraci, Czerwono-Zielony Sojusz, Radykalna Lewica, Alternatywa oraz Socjalistyczna Partia Ludowa (która uzyskała 8,3 proc.) – dysponuje 84 mandatami. Blok niebieski – Venstre, Liberalny Sojusz, Konserwatyści, Duńscy Demokraci, Duńska Partia Ludowa oraz Partia Obywatelska – uzyskuje 77 mandatów.

Ikona wykres interaktywny Wykres interaktywny

Do większości potrzebnych jest 90 mandatów, co oznacza, że ani lewica, ani prawica nie mogą rządzić samodzielnie. I właśnie w tym momencie na scenę wkraczają Moderaterne, którzy z wynikiem 7,7 procent uzyskali około 14 mandatów. To oni, zaledwie kilka miesięcy po tym, jak sondaże skazywały ich na polityczny nokaut, dziś stają się języczkiem u wagi, a Lars Løkke Rasmussen – jak określił go tytuł w „Politico" – „królewskim rozjemcą”, który zadecyduje o tym, kto poprowadzi Danię przez kolejne cztery lata.

Socjaldemokraci wygrali, ale… przegrywają. Najgorszy wynik od ponad 120 lat

Jednym z najbardziej zaskakujących elementów tej elekcji jest wynik partii rządzącej, który zmusza do głębszej refleksji nad kondycją duńskiej socjaldemokracji. Socjaldemokraci, którymi kieruje pani premier Mette Frederiksen uzyskali 21,85 procent. To najgorszy wynik od 1901 roku, kiedy partia osiągnęła 17,9 procent. W poprzednich wyborach parlamentarnych w 2022 roku socjaldemokraci mogli pochwalić się wynikiem 27,5 procent. Spadek o 5,65 punktu procentowego jest dramatyczny i wymaga analizy decyzji podjętych przez Frederiksen w ostatnich latach.

Przez ostatnie cztery lata premier rządziła w koalicji wykraczającej poza tradycyjny podział na lewicę i prawicę. Jej partnerami byli bowiem centroprawicowa Venstre (która uzyskała 10,14 procent, co oznacza spadek o 3,06 punktu procentowego względem 2022 roku) oraz centrowa partia Moderaterne Larsa Løkke Rasmussena. Ta współpraca, choć przyniosła stabilność w czasie kryzysu grenlandzkiego i pozwoliła na prowadzenie spójnej polityki zagranicznej w obliczu presji ze strony administracji amerykańskiej, okazała się kosztowna dla socjaldemokratycznego elektoratu. Wielu wyborców, szczególnie tych z tradycyjnej bazy partyjnej, zarzucało Frederiksen zbytnie zbliżenie się do prawicy w kwestiach imigracyjnych oraz zbyt małą determinację w realizacji lewicowego programu społecznego.

Mimo to Mette Frederiksen pozostaje najsilniejszym indywidualnym graczem na duńskiej scenie politycznej, a jej partia – największą w parlamencie. Jak zauważyła w trakcie kampanii, odnosząc się do potencjalnej roli Moderaterne: „Jeśli [Rasmussen] zdecyduje się poprzeć innego premiera, to z bardzo dużym prawdopodobieństwem w Danii powstanie rząd prawicowy”. To ostrzeżenie, choć miało charakter mobilizujący wobec własnego elektoratu, jednocześnie odsłoniło słabość pozycji Frederiksen. Po raz pierwszy od objęcia urzędu w 2019 roku to nie ona dyktuje warunki gry, lecz musi czekać na decyzję polityka, którego jeszcze kilka miesięcy temu wielu skreślało.

Fenomen Moderaterne. Jak geopolityka uratowała partię skazaną na zagładę?

Aby w pełni zrozumieć skalę spektakularnego powrotu Larsa Løkke Rasmussena i jego ugrupowania, trzeba cofnąć się do grudnia 2025 roku. Sondaże dawały wtedy Umiarkowanym (Moderaterne) poparcie na poziomie 2,2 procent. Był to wynik, który w duńskiej polityce oznaczał jedno: przekroczenie progu wyborczego (wynoszącego 2 procent) było niepewne, a wejście do parlamentu graniczyło z cudem. Partia, która nazwę zaczerpnęła od fikcyjnego ugrupowania z popularnego serialu politycznego „Borgen”, zdawała się spełniać los wielu politycznych projektów centrowych. Był to szybki wzrost w momencie założenia, a następnie równie szybki upadek w wyniku presji ze strony tradycyjnych bloków. Ostateczny wynik 7,68 procent i około 14 mandatów jest więc triumfalnym powrotem, który zawdzięcza w dużej mierze wydarzeniom geopolitycznym.

Przełom nastąpił w styczniu 2026 roku, gdy duńska polityka zagraniczna stanęła w obliczu kryzysu, jakiego nie widziała od czasów zimnej wojny. Kiedy prezydent Donald Trump zintensyfikował retorykę o przejęciu Grenlandii, a jego administracja otwarcie kwestionowała suwerenność duńskiego terytorium autonomicznego, Kopenhaga musiała zmierzyć się z rzeczywistością, w której jej główny sojusznik stał się źródłem zagrożenia.

– Te wybory parlamentarne są najważniejszymi w historii Grenlandii. Żyjemy w czasach, w których supermocarstwo próbuje przejąć nad nami kontrolę – powiedział Jens-Frederik Nielsen, premier Grenlandii.

To stwierdzenie, choć odnosiło się bezpośrednio do perspektywy wyspy, doskonale oddawało również atmosferę, jaka zapanowała w duńskich elitach politycznych.

Twarda odpowiedź

W tym momencie Lars Løkke Rasmussen, minister spraw zagranicznych, znalazł się w centrum uwagi. To on był twarzą duńskiej odpowiedzi – twardej, profesjonalnej, ale spokojnej. W parze z premier Frederiksen poprowadził politykę, która zaimponowała wyborcom, a jego doświadczenie na arenie międzynarodowej, nabyte podczas dwóch kadencji na stanowisku premiera oraz wcześniejszych funkcji ministerialnych okazało się bezcenne.

Sondaż Megafon z końca stycznia pokazał skok Umiarkowanych z 2,2 procent do 6,4 procent, a dziennikarze zaczęli wtedy pisać o „efekcie Grenlandii”. Jak zauważył Mikkel Runge Olesen z Duńskiego Instytutu Spraw Zagranicznych, „fakt, iż trzeba było zacząć postrzegać Stany Zjednoczone nie tylko jako partnera, ale także jako potencjalne zagrożenie, był ogromnym wstrząsem dla duńskiej elity politycznej”. To właśnie Lars Løkke Rasmussen dzięki swojej postawie w tym kryzysie stał się symbolem stabilności w czasach niepewności, a jego partia – beneficjentem geopolitycznego napięcia, które na stałe wpisało się w duńską debatę publiczną.

Człowiek, który myje zęby mydłem

Nie sposób jednak zrozumieć fenomenu Larsa Løkke Rasmussena bez odwołania się do jego niecodziennego wizerunku publicznego. W duńskiej polityce – znanej z raczej poważnego i technokratycznego tonu – stanowi on ewenement. Jak wynika z obszernego portretu opublikowanego przez „Politico" na dzień przed wyborami, Rasmussen to polityk, który gdy zabraknie pasty do zębów, sięga po mydło w kostce. Ta anegdotyczna praktyka, która mogłaby wydawać się błahostką, dla wielu Duńczyków stała się metaforą jego stylu. Stylu pragmatycznego, nieprzeintelektualizowanego, skłonnego do improwizacji, ale jednocześnie uparcie trzymającego się własnego kursu.

W trakcie kampanii Rasmussen wielokrotnie wykorzystywał swoje poczucie humoru i autoironię jako narzędzia komunikacji. Odróżniały go one od bardziej formalnych wypowiedzi jego głównych konkurentów. Gdy w jednym z kluczowych momentów kampanii Mette Frederiksen i Troels Lund Poulsen (lider Venstre) ścierali się w telewizyjnej debacie, Rasmussen wrzucił na Instagrama zdjęcie z kozą, podpisując je: „Powodzenia dla liderów dwóch największych partii”. Internauci natychmiast zasypali komentarz emotkami kóz i okrzykami „GOAT” – skrótem od „Greatest Of All Time”. Jak skomentował to w „Politico" duński korespondent polityczny, Rasmussen „wykorzystał moment, w którym jego rywale znaleźli się w światłach reflektorów, by w ironiczny sposób przypomnieć wyborcom o własnej pozycji”.

Autentyczność jako najpotężniejszy oręż

Profil Rasmussena jest zbliżony do polskiego ministra spraw zagranicznych Radosława Sikorskiego. Choć dzieli ich kilka lat i reprezentują różne tradycje polityczne, obaj mają styl, który w dyplomacji jest rzadkością: swobodę, cięty język i umiejętność rozładowania napięcia dobrze skonstruowanym żartem.

Rasmussen wielokrotnie pokazywał, że ma dystans do siebie i lubi grać słowami. Najbardziej znany przykład pochodzi z kolacji w Białym Domu za czasów Baracka Obamy. Zwracając się do amerykańskiego prezydenta, Rasmussen powiedział z powagą, że musi się do czegoś przyznać: „Ja też bardzo polubiłem tego Donalda. Popieram go jako prezydenta. Jest całkiem sprytny, ma ogromne zdolności przywódcze i jest prawdziwym wizjonerem”. Po chwili ciszy dodał: „Oczywiście, mówię o Donaldzie Tusku, który jest przewodniczącym Rady Europejskiej”.

Gorące tematy duńskiej debaty: podatki...

Choć to kryzys grenlandzki dał Moderaterne drugie życie i wyniósł Rasmussena do roli kluczowego gracza, to wybory rozstrzygały się na krajowym podwórku. Rozegrały się wokół tematów, które tradycyjnie dominują w duńskiej kampanii wyborczej. Geopolityka ustąpiła miejsca temu, co eksperci nazywają „chlebem i masłem”. Chodzi o kwestie związane z portfelem wyborców, bezpieczeństwem socjalnym oraz granicami duńskiego modelu państwa dobrobytu.

Największym punktem zapalnym była propozycja Mette Frederiksen dotycząca przywrócenia podatku od majątku (wealth tax) dla najbogatszych 20 tysięcy Duńczyków, który nie był egzekwowany od 30 lat. Plan ten, mający sfinansować reformy w szkołach i opiece nad seniorami, spotkał się z ostrą krytyką prawicowych konkurentów. Straszyli ucieczką kapitału i utratą konkurencyjności duńskiej gospodarki. Dla Frederiksen była to próba odwrócenia niekorzystnego trendu i przypomnienia lewicowego DNA jej partii po latach rządów w koalicji z centroprawicą. Jednocześnie jednak propozycja ta stała się jednym z głównych argumentów dla wyborców niebieskiego bloku, którzy widzieli w niej powrót do polityki gospodarczej, która ich zdaniem hamuje rozwój.

... kokaina i granice duńskiej tożsamości

Drugim tematem, który wywołał sensację w ostatnich dniach kampanii i zdominował nagłówki duńskich gazet, było przyznanie się lidera Liberalnego Sojuszu Alexa Vanopslagha do zażywania w przeszłości kokainy. Było to w czasie, gdy już pełnił funkcję przewodniczącego partii. Skandal ten, który w wielu innych krajach europejskich oznaczałby koniec kariery politycznej, w Danii przyjął niespodziewany obrót. Vanopslagh nie tylko przetrwał kryzys, ale wyszedł z niego wzmocniony. Jego ugrupowanie osiągnęło wynik 9,4 procent, to wzrost o 3,6 punktu procentowego względem 2022 roku. Jak zauważyli komentatorzy, duński elektorat okazał się zmęczony polityczną poprawnością. Docenił polityka, który nie boi się przyznać do błędów, pod warunkiem że robi to w sposób autentyczny i bez uników. Ta sytuacja doskonale obrazuje specyfikę duńskiej kultury politycznej. Autentyczność i zdolność do przyznania się do słabości często przeważają nad wymogiem nieskazitelności.

Trzecim filarem debaty, który powracał w każdym z głównych wystąpień partyjnych, była kwestia imigracji i suwerenności. Mimo że Dania pozostaje wzorem restrykcyjnej polityki azylowej w Europie – z możliwością przenoszenia wnioskodawców do ośrodków poza Europą – partie rywalizowały w propozycjach coraz twardszych kursów. Frederiksen zapowiedziała wprowadzenie „awaryjnego hamulca” dla wniosków azylowych oraz zaostrzenie kontroli wobec cudzoziemców bez legalnego statusu. Było to bezpośrednią odpowiedzią na narrację prawicy, która od lat czyni z imigracji swój główny temat.

Jak kryzys suwerenności zmienił duńskie postrzeganie sojuszy?

Wybory parlamentarne w Danii nigdy wcześniej nie były tak mocno naznaczone perspektywą grenlandzką. Dania, która przez dekady opierała swoją politykę bezpieczeństwa na sojuszu z Waszyngtonem i była jednym z najwierniejszych partnerów Stanów Zjednoczonych w NATO, musiała zmierzyć się z rzeczywistością, w której jej główny sojusznik staje się źródłem zagrożenia dla integralności terytorialnej królestwa. W ostatnich tygodniach kampanii napięcie wokół Grenlandii opadło. Rozpoczęły się techniczne rozmowy między USA, Danią a Grenlandią w sprawie arktycznego porozumienia bezpieczeństwa. Polityczna pamięć o kryzysie jednak pozostała. I to właśnie Lars Løkke Rasmussen jako minister spraw zagranicznych był jej głównym beneficjentem. Jego partia zaś stała się symbolem twardej, ale dyplomatycznej odpowiedzi na wyzwanie, które wielu Duńczyków odczytało jako test suwerenności ich państwa.

Niepokojący wzrost skrajnej prawicy

W cieniu spektakularnego powrotu Larsa Løkke Rasmussena toczy się jednak inna historia. Dla wielu obserwatorów duńskiej sceny politycznej jest równie ważna, a z perspektywy przyszłości kraju – potencjalnie bardziej niepokojąca. Mowa o wyraźnym wzroście poparcia dla Duńskiej Partii Ludowej (Dansk Folkeparti, DF), ugrupowania, które przez lata było głównym reprezentantem skrajnie prawicowej, antyimigranckiej narracji w Danii. Ugrupowanie w wyborach w 2022 roku przeżyło spektakularny upadek. Teraz wróciło do łask wyborców.

Duńska Partia Ludowa uzyskała 9,1 procent głosów, co przekłada się na 16 mandatów w Folketingu. To wzrost o 11 mandatów w porównaniu z 2022 rokiem. DF zanotowała wówczas katastrofalny wynik 2,6 procent. Straciła blisko 80 procent poparcia z 2019 roku (kiedy miała 8,7 procent) i wypadła z pozycji kluczowego gracza, który jeszcze w 2015 roku był drugą siłą w kraju z wynikiem 21,1 procent. Ten dramatyczny spadek był efektem zarówno zmęczenia wyborców skrajną retoryką, jak i skutecznego przejęcia twardego kursu w polityce migracyjnej przez socjaldemokratów Mette Frederiksen. W ostatnich latach konsekwentnie zaostrzali oni duńskie prawo azylowe, odbierając DF monopol na ten temat. Obecny wynik 5,8 procent oznacza wzrost o 3,2 punktu procentowego w porównaniu z 2022 rokiem.

Również Duńscy Demokraci (Danmarksdemokraterne), ugrupowanie o profilu nacjonalistycznym i antyimigranckim, założone przez byłą członkinię DF, uzyskało 5,8 procent. To dodatkowo wzmacnia reprezentację skrajnej prawicy w duńskim parlamencie. Łącznie więc dwie partie o wyraźnie prawicowo-nacjonalistycznym profilu – DF i Duńscy Demokraci – dysponują około 20 mandatami. Stanowi to znaczący blok, który może wpływać na politykę imigracyjną i unijną.

Imigranci zawłaszczeni

Dziś DF wraca, choć w skromniejszej niż w złotych latach formule. Robi to w specyficznym momencie – gdy duńska debata publiczna pozostaje głęboko naznaczona kwestiami tożsamościowymi, które tradycyjnie były domeną skrajnej prawicy. Nowy przewodniczący partii Morten Messerschmidt – postać charyzmatyczna, ale kontrowersyjna (był sądownie oczyszczony z zarzutów o nadużycia funduszy unijnych, ale proces ten odbił się szerokim echem) – poprowadził kampanię opartą na trzech filarach. Były to radykalne ograniczenie imigracji, wystąpienie Danii z systemu azylowego Unii Europejskiej oraz krytyka „islamizacji” duńskiego społeczeństwa. Messerschmidt, który w przeszłości był postrzegany jako następca legendarnej założycielki DF, Pii Kjærsgaard, zdołał odzyskać część elektoratu, który w 2022 roku odpłynął do nowych, bardziej umiarkowanych ugrupowań prawicowych.

Co istotne, wzrost DF nie dokonuje się w próżni. Wpisuje się w europejski trend odradzania się partii skrajnie prawicowych, które w ostatnich latach umacniają swoją pozycję w Szwecji (Szwedzcy Demokraci), Finlandii (Partia Finów), Niemczech (AfD) czy we Włoszech (Bracia Włosi). W Danii jednak trend ten ma swoją specyfikę. O ile w latach 2015–2019 DF była główną siłą napędową antyimigranckiego kursu, o tyle dziś działa na scenie, na której twarda polityka wobec cudzoziemców została już w dużej mierze przejęta przez partie mainstreamowe. Socjaldemokraci Mette Frederiksen wielokrotnie określali swoją politykę migracyjną jako „najbardziej restrykcyjną w Europie”, a liberalna Venstre nie odstaje w tej kwestii. W efekcie DF musi dziś konkurować nie tylko z prawicą, ale także z lewicą, która skutecznie zawłaszczyła część jej narracji.

Dania dla Duńczyków

Mimo to partia Messerschmidta znajduje niszę, która pozwala jej na odbudowę. Jest nią przede wszystkim elektorat, który czuje się pominięty w debacie o podatkach i geopolityce. To mieszkańcy prowincji, szczególnie zachodniej Jutlandii, gdzie poczucie zagrożenia związane z imigracją łączy się z niepokojem o dostępność mieszkań, usług publicznych oraz – co ciekawe – rosnącą nieufnością wobec Stanów Zjednoczonych po kryzysie grenlandzkim. DF w swojej kampanii umiejętnie wykorzystała również obawy związane z tym, że Dania, wciągnięta w geopolityczne napięcia, traci kontrolę nad własną suwerennością. Hasło „Dania dla Duńczyków” zyskało w tym kontekście nowe, szersze znaczenie.

Z perspektywy duńskiej polityki wewnętrznej wzrost DF oznacza przede wszystkim utrudnienie w formowaniu stabilnych koalicji. Żadna z głównych partii – ani socjaldemokraci, ani Venstre, ani Moderaterne – nie zadeklarowała gotowości do współpracy z DF w ramach rządu. Liderzy wszystkich trzech ugrupowań wielokrotnie powtarzali w kampanii, że „DF jest poza nawiasem”. Jednak w sytuacji, gdy oba bloki są tak blisko większości, a DF dysponuje 10-11 mandatami, partia może stać się nieformalnym „gwarantem” dla prawicowego rządu mniejszościowego – wspierając go w kluczowych głosowaniach bez formalnego wchodzenia do koalicji. To scenariusz, który w duńskiej polityce ma swoje precedensy. W latach 2001–2011 to właśnie DF zapewniała parlamentarne poparcie dla prawicowych rządów Andersa Fogh Rasmussena i Larsa Løkke Rasmussena, nie zasiadając w gabinecie.

Procedura po wyborach: rola króla i możliwe scenariusze

Zanim jakikolwiek scenariusz koalicyjny zacznie się materializować, Dania przejdzie przez precyzyjnie określoną w tradycji konstytucyjnej procedurę, która w ciągu ostatnich dekad sprawdziła się jako skuteczne narzędzie rozwiązywania politycznych impasów. W przeciwieństwie do wielu innych europejskich demokracji parlamentarnych duński system nie przewiduje automatycznego desygnowania na premiera lidera partii, która uzyskała najwięcej głosów. Zamiast tego kluczową rolę odgrywa monarcha oraz nieformalna instytucja „królewskiego badacza” (kongelig forhandlingsleder), który jest powoływany do przeprowadzenia wstępnych negocjacji.

Proces rozpoczyna się od serii spotkań, jakie król Fryderyk X przeprowadzi w ciągu kilku dni po ogłoszeniu oficjalnych wyników wyborczych z przewodniczącymi wszystkich partii parlamentarnych. Spotkania odbywające się w pałacu Amalienborg mają charakter konsultacyjny – monarcha wysłuchuje stanowisk poszczególnych ugrupowań co do preferowanych koalicji oraz ewentualnych kandydatów na premiera. Na podstawie tych rozmów król desygnuje pierwszego „królewskiego badacza”. To zazwyczaj polityk, który w świetle pierwszych konsultacji ma największe szanse na sformowanie stabilnego rządu. W obecnej sytuacji najprawdopodobniej będzie to Lars Løkke Rasmussen, który sam zgłosił swoją kandydaturę do tej roli jeszcze przed wyborami. Argumentował, że jako lider partii Umiarkowanych jest naturalnym mediatorem między zwaśnionymi blokami.

Co robi królewski badacz

Rola królewskiego badacza nie polega na automatycznym przejęciu urzędu. Polega na prowadzeniu negocjacji między partiami, sprawdzeniu, czy istnieje większość dla konkretnego kandydata na premiera i konkretnego programu rządowego. Badacz ma czas nieograniczony formalnie, ale tradycja nakazuje działać sprawnie. Przeciętne duńskie negocjacje koalicyjne trwają od dwóch do czterech tygodni. Zdarzały się jednak przypadki wydłużone do kilku miesięcy (rekord wynosi 135 dni po wyborach w 1975 roku). Jeśli pierwszemu badaczowi nie uda się sformować rządu, monarcha desygnuje kolejnego. Procedura powtarza się aż do znalezienia większości.

Kluczową cechą duńskiego systemu jest jego pragmatyzm i brak sztywnych terminów. Nie ma „konstytucyjnego obowiązku” przedstawienia rządu w określonym czasie. Parlament (Folketing) funkcjonuje w tym okresie normalnie, z tym że rząd tymczasowy ma ograniczone kompetencje. Obserwatorom zewnętrznym może to wydawać się przedłużającym się chaosem. Dla Duńczyków jest to natomiast naturalna część procesu demokratycznego. To czas na wypracowanie kompromisów, które następnie zapewnią stabilność na całą czteroletnią kadencję.

– W Danii nie wybiera się rządu w dniu wyborów – wybiera się mandaty, a rząd powstaje w negocjacjach, które są równie ważne jak samo głosowanie – stwierdził w rozmowie z duńskim nadawcą TV2 politolog Peter Nedergaard.

Kilka scenariuszy koalicyjnych

Nadchodzące tygodnie przyniosą serię żmudnych negocjacji, które zgodnie z opisaną procedurą poprowadzi królewski badacz. Niezależnie od tego, kto formalnie obejmie tę funkcję, możliwe są trzy główne scenariusze. Każdy ma inną wagę polityczną, inną dynamikę negocjacyjną i – co kluczowe z perspektywy Polski – różne implikacje dla polityki zagranicznej, bezpieczeństwa oraz relacji dwustronnych.

Scenariusz nr 1: kontynuacja z ostatnich czterech lat

Najbardziej prawdopodobny w ocenie większości komentatorów scenariusz zakłada kontynuację modelu międzyblokowego, który obowiązywał przez ostatnie cztery lata. Byłaby to koalicja Socjaldemokratów (21,85 proc., 38 mandatów), Venstre (10,14 proc., 18 mandatów) oraz Moderaterne (7,68 proc., 14 mandatów). To trzy partie tworzące dotychczasowy gabinet. Problem w tym, że te trzy partie nie mają razem większości – łącznie dysponowałyby 70 mandatami, podczas gdy do większości potrzeba 90. Konieczne byłoby więc zaproszenie do koalicji lub ścisłej współpracy przynajmniej jednego dodatkowego partnera.

Najbardziej naturalnym kandydatem jest Radykalna Lewica (Radikale Venstre), która od dekad pełni rolę „wahadła” duńskiej polityki, potrafiąc współpracować zarówno z lewicą, jak i prawicą. Jej wynik 9,1 procent przełożyłby się na około 16 mandatów, co łącznie z trzema dotychczasowymi partnerami dałoby około 87 mandatów – wciąż za mało. Potrzebny byłby więc piąty partner, którym mogliby być Konserwatyści (7,59 proc., około 14 mandatów) lub – mniej prawdopodobnie – Socjalistyczna Partia Ludowa (11,59 proc., 20 mandatów). W efekcie powstałaby koalicja czterech lub pięciu partii, obejmująca spektrum od umiarkowanej lewicy po umiarkowaną prawicę.

Szanse i zagrożenia dla Polski

Z perspektywy Warszawy ten scenariusz byłby najbardziej przewidywalny i – w dużej mierze – korzystny. Dania pozostałaby wierna swojemu dotychczasowemu kursowi w polityce zagranicznej i bezpieczeństwa. Od inwazji Rosji na Ukrainę w 2022 roku charakteryzuje się on konsekwentnym wsparciem dla Kijowa oraz wzmacnianiem wschodniej flanki NATO. Socjaldemokraci Mette Frederiksen są jednym z najbardziej zdecydowanych sojuszników Polski w regionie. To właśnie Dania podpisała z Polską umowę o współpracy przy budowie gazociągu Baltic Pipe, która uniezależniła Polskę od rosyjskich dostaw gazu. W kwestiach bezpieczeństwa Frederiksen wielokrotnie podkreślała konieczność zwiększenia wydatków obronnych do 3 procent PKB, co jest zbieżne z polskimi priorytetami.

Potencjalne obszary napięć mogłyby pojawić się w kwestiach polityki klimatycznej i energetycznej. Duńska lewica, w tym SF, gdyby znalazło się w koalicji, może naciskać na bardziej ambitne cele redukcji emisji, co mogłoby kolidować z polską polityką opartą na węglu. Jednak w wariancie z udziałem Konserwatystów ten nacisk byłby złagodzony. Co istotne, Lars Løkke Rasmussen jako minister spraw zagranicznych pozostałby w rządzie. Gwarantowałoby to ciągłość w relacjach bilateralnych – a jego doświadczenie i autorytet w duńskiej polityce zagranicznej są dla Polski cenne, szczególnie w kontekście arktycznych ambicji Rosji i Chin.

Scenariusz nr 2: lewica górą

Drugi możliwy scenariusz zakłada utworzenie rządu czysto lewicowego, który byłby tolerowany przez Moderaterne bez formalnego wchodzenia w skład koalicji. W tym wariancie Mette Frederiksen zostałaby premierem rządu składającego się z Socjaldemokratów (21,85 proc., 38 mandatów), SF (11,59 proc., 20 mandatów) oraz Radykalnej Lewicy (5,82 proc., 10 mandatów) – łącznie 68 mandatów. Liczyłaby na to, że 14 mandatów Moderaterne zapewni jej większość w kluczowych głosowaniach. Ten model, określany w duńskiej terminologii jako „rząd mniejszościowy z parlamentarnym gwarantem”, nie jest w Danii niczym nowym. Działał w latach 90. i na początku XXI wieku.

Warunkiem koniecznym do jego realizacji jest jednak zgoda Løkke Rasmussena na takie rozwiązanie. A ten postawił wyraźne veto wobec współpracy z Czerwono-Zielonym Sojuszem (Enhedslisten), który uzyskał 6,34 proc. i około 11 mandatów. Frederiksen musiałaby więc wykluczyć tę partię z realnego wpływu na rząd, co dla lewicowej bazy socjaldemokracji byłoby trudne do przełknięcia. Enhedslisten jest naturalnym sojusznikiem ideowym w kwestiach społecznych, a jego wykluczenie mogłoby zostać odebrane jako uległość wobec centrum.

Plusy i minusy dla Polski

Ten scenariusz byłby z perspektywy Warszawy bardziej niepewny. Choć Mette Frederiksen pozostałaby premierem, to wzmocnienie SF i Radykalnej Lewicy w koalicji mogłoby oznaczać przesunięcie duńskiej polityki zagranicznej w kierunku bardziej „miękkiego” podejścia wobec Rosji. SF, choć dziś zdecydowanie proukraińska, ma w swojej historii pacyfistyczne skrzydło, które w obliczu przedłużającej się wojny mogłoby naciskać na ograniczenie pomocy wojskowej dla Kijowa. Co więcej, ten scenariusz prawdopodobnie oznaczałby dymisję Løkke Rasmussena ze stanowiska ministra spraw zagranicznych. W kontekście kryzysu grenlandzkiego byłoby to zmianą o znaczeniu strategicznym. Dla Polski utrata tak doświadczonego partnera w duńskim rządzie – polityka, który udowodnił swoją determinację w obronie suwerenności królestwa przed naciskami zewnętrznymi – mogłaby być odczuwalna w kwestiach bezpieczeństwa na Bałtyku i w Arktyce.

Z drugiej strony, ten sam scenariusz mógłby przynieść większą determinację w kwestiach klimatycznych i zielonej transformacji. W zależności od stanowiska polskiego rządu mogłoby to być punktem spornym w relacjach bilateralnych. Dania jest liderem transformacji energetycznej w regionie. Wzmocnienie SF mogłoby oznaczać zwiększenie presji na Polskę w zakresie tempa odchodzenia od węgla. W kwestiach migracyjnych kurs pozostałby restrykcyjny – to jedna z nielicznych dziedzin, w której duńska lewica i prawica są zgodne.

Scenariusz nr 3: Rasmussen na premiera

Scenariusz trzeci, najbardziej intrygujący i – przynajmniej na tym etapie – najmniej prawdopodobny, to powrót Larsa Løkke Rasmussena na stanowisko premiera po raz trzeci. Byłaby to sytuacja analogiczna do 1968 roku, gdy Hilmar Baunsgaard został premierem, mimo że kierował najmniejszą partią w koalicji. Aby to osiągnąć, Rasmussen musiałby zbudować koalicję obejmującą zarówno część czerwonego, jak i niebieskiego bloku. Mogłyby to być na przykład Moderaterne (7,68 proc., 14 mandatów), Venstre (10,14 proc., 18 mandatów), Konserwatyści (7,59 proc., 13 mandatów) i Radykalna Lewica (5,82 proc., 10 mandatów). Taka konstrukcja daje 55 mandatów, do których dochodziłyby głosy socjaldemokratów w poszczególnych ustawach), wymagałaby ogromnych zdolności mediacyjnych, a przede wszystkim – gotowości partii z obu stron do zaakceptowania premiera spoza swojego tradycyjnego obozu.

– Jeśli wynik wyborów będzie tak niejednoznaczny, jak sugerują sondaże, i jeśli ani tradycyjny niebieski, ani czerwony blok nie będzie miał większości bez Moderaterne, czy może pojawić się scenariusz, w którym [Rasmussen] sam sięgnie po stanowisko premiera? Nie ma wątpliwości, że jeśli nadarzy się okazja, on po nią sięgnie – stwierdziła na łamach „Politico" duńska korespondentka polityczna Christine Cordsen.

Interesujące perspektywy dla Polski

Z perspektywy Polski ten scenariusz byłby najbardziej interesujący, ale i najbardziej nieprzewidywalny. Lars Løkke Rasmussen jako premier oznaczałby powrót do modelu, w którym Dania stawia na silną pozycję międzynarodową i aktywne uczestnictwo w kształtowaniu polityki bezpieczeństwa regionu. Jego doświadczenie na arenie międzynarodowej mogłoby być atutem dla Polski w kontekście wzmacniania wschodniej flanki NATO. Rasmussen jest politykiem, który rozumie wagę bezpieczeństwa energetycznego. To za jego pierwszej kadencji na stanowisku premiera Dania zaczęła inwestować w infrastrukturę, która później umożliwiła budowę Baltic Pipe.

Jednocześnie Rasmussen jest politykiem pragmatycznym, dla którego interesy gospodarcze często idą w parze z polityką klimatyczną. Jego rząd prawdopodobnie kontynuowałby linię wsparcia dla Ukrainy. Mógłby jednak być bardziej otwarty na kompromisy w kwestiach budżetowych Unii Europejskiej. Dla Polski, jako głównego beneficjenta funduszy spójności, może mieć to znaczenie w kontekście kolejnych perspektyw budżetowych. Rasmussen wielokrotnie opowiadał się za reformą unijnych wydatków w kierunku większego nacisku na konkurencyjność. Mogłoby to oznaczać presję na ograniczenie funduszy spójności kosztem zwiększenia nakładów na obronność i innowacje.

W kwestiach związanych z praworządnością i wartościami unijnymi Rasmussen reprezentuje tradycyjne duńskie podejście. To wsparcie dla mechanizmów ochrony praworządności, ale z poszanowaniem suwerenności państw członkowskich. Nie należy spodziewać się, by Dania pod jego przywództwem stała się bardziej krytyczna wobec Polski niż w ostatnich latach. Relacje bilateralne pozostałyby raczej pragmatyczne, oparte na wspólnych interesach bezpieczeństwa.

Główne wnioski

  1. Niezależnie od tego, czy rząd utworzy Mette Frederiksen z lewicowym zapleczem, czy Lars Løkke Rasmussen z koalicją centrową, Dania pozostanie jednym z najwierniejszych sojuszników Polski w regionie – zarówno w kwestiach obronności, jak i bezpieczeństwa energetycznego.
  2. Lars Løkke Rasmussen i Moderaterne stali się niekwestionowanymi twórcami duńskiej polityki. Jeszcze w grudniu 2025 roku partia balansowała na granicy progu wyborczego, a dziś to od jej 14 mandatów zależy, czy nowy rząd będzie miał charakter lewicowy, prawicowy, czy też – po raz kolejny – międzyblokowy.
  3. Wzrost skrajnej prawicy – Duńska Partia Ludowa i Duńscy Demokraci łącznie z wynikiem 11,6 proc. – stanowi realne wyzwanie dla stabilności duńskiego systemu politycznego. Choć żadna z partii mainstreamowych nie zadeklarowała gotowości do koalicji z DF, ich łączne 20 mandatów może uczynić z nich nieformalnych gwarantów prawicowego rządu mniejszościowego.