Czołem pracy! Dziś świętuje lewica, ale klasa ludowa już dawno ją porzuciła na rzecz prawicy. Dlaczego?
Tradycyjny sojusz ruchu robotniczego z partiami lewicowymi osłabł. Prawica przejęła elektorat ludowy w wielu państwach zachodnich, ale też w Polsce. Dlaczego to prawica dzisiaj jest bardziej wiarygodna dla klasy ludowej?
Z tego artykułu dowiesz się…
- Z jakich powodów tradycyjny elektorat robotniczy odwrócił się od lewicy i masowo popiera dziś ugrupowania prawicowe oraz antysystemowe.
- W jaki sposób gniew na instytucje państwowe oraz poczucie niesprawiedliwości ekonomicznej napędzają poparcie dla polityków o poglądach wolnorynkowych i konserwatywnych.
- Dlaczego współczesna, zdominowana przez tzw. wielkomiejską inteligencję lewica utraciła zdolność skutecznej komunikacji ze społeczeństwem.
Dziś niemal cała Europa obchodzi dzień pracy. Święto mające swoje korzenie w upamiętnieniu strajku robotników w Chicago w 1886 r. ma przede wszystkim przypominać o międzynarodowej solidarności ruchu robotniczego, który pod koniec XIX w. walczył o godne warunki pracy.
Święto pracy – dziś lewicowe, kiedyś masowe
Świętowanie 1 maja jest w zbiorowej pamięci niemal sztandarowym skojarzeniem z ruchami lewicowymi w ich klasycznym rozumieniu. Do tego w naszej części świata przyczyniły się do tego zblatowane z państwową doktryną oficjalne i powszechne pochody pierwszomajowe.
Współcześnie świętowanie 1 maja wpisane jest w DNA partii odwołujących się do tradycji lewicowych. Swoje obchody organizował dawny Sojusz Lewicy Demokratycznej, dzisiejsza Nowa Lewica, która w tym roku odwołała obchody z powodu śmierci posła Łukasza Litewki. Od czasu secesji z klubu Nowej Lewicy swoje uroczystości organizuje opozycyjna partia Razem (w tym roku w Gdańsku), a od wielu lat niezależnie świętują także związki zawodowe czy lewicowe organizacje.
Nie można jednak nie zauważyć, że pierwszomajowe obchody od czasu transformacji ustrojowej utraciły swój masowy i ludowy charakter. W zbiorowej świadomości dużo większą popularnością cieszą się uroczystości patriotyczne czy wojskowe, np. coroczne parady w Święto Wojska Polskiego 15 sierpnia.
To nie przypadek. Ugrupowania lewicowe w całej Europie częściej niż o władzę walczą o przekroczenie progu wyborczego, mimo że pracowników etatowych i robotników wcale nie ubywa we współczesnej gospodarce. Wybierają oni jednak dużo częściej prawicę niż tradycyjnie lewicowe ugrupowania. Jak to się stało, że elektorat niegdyś masowo głosujący na lewicę zaufał prawicowym politykom? A może było odwrotnie: czy to lewicowi politycy porzucili tradycyjny robotniczy elektorat na rzecz wielkomiejskiej klasy średniej?
Druga tura wśród robotników? Nawrocki i Mentzen
Spójrzmy najpierw na liczby z naszego podwórka.
W 2023 r. IPSOS w trakcie wyborów parlamentarnych zebrał dane demograficzne wyborców. Większość głosów robotników otrzymała prawica. Łączne poparcie dla Prawa i Sprawiedliwości oraz Konfederacji w tej grupie zawodowej wyniosła 59,2 proc. Było ono wyższe niż skumulowane poparcie PiS i Konfederacji w całej populacji, które wyniosło wówczas 42,5 proc.
Według pomiarów IPSOS nieco ponad 36 proc. robotników zaufało dzisiejszej koalicji 15 października, z czego na Lewicę zagłosowało ledwie 5,1 proc. z nich (w całej populacji – 8,61 proc.).
Lewica, która w swojej retoryce do dziś (choć już zauważalnie mniej) odwołuje się do korzeni robotniczych, uzyskała niewielkie zaufanie swojego dawnego głównego motoru wyborczego. Dwa lata później w wyborach prezydenckich nie było lepiej.
Gdyby robotnicy rozstrzygali o wynikach wyborów prezydenckich w 2025 r., to do drugiej tury przeszliby Karol Nawrocki oraz Sławomir Mentzen. Obecny prezydent uzyskał ponad 36 proc. głosów w tej grupie zawodowej, zaś lider Nowej Nadziei ponad 22 proc. Na Rafała Trzaskowskiego zagłosował średnio co siódmy robotnik (17,45 proc.).
A kandydaci lewicowi? Daleko w tyle. Adrian Zandberg (współprzewodniczący partii Razem) uzyskał 2,65 proc. głosów, zaś Magdalena Biejat (senator z ramienia Nowej Lewicy) – 2,35 proc. Dla porównania lider Razem w całej populacji uzyskał 4,86 proc, głosów, a wicemarszałek senatu – 4,23 proc.
Nie dziwi również, że w drugiej turze Karol Nawrocki uzyskał niemal 70 proc. głosów robotników. Obecny prezydent wygrał wówczas także wśród rolników, osób bezrobotnych czy emerytów i rencistów.
Współczesna lewica dla robotników w Polsce (i nie tylko) przestała się liczyć.
Gniew, transfery i interes ekonomiczny, czyli trafna diagnoza Prawa i Sprawiedliwości
Eksperci i naukowcy mają wiele odpowiedzi na wyjaśnienie zwrotu ruchu robotniczego na prawo, których objętość przekroczyłaby niejeden przewód doktorski.
Na potrzeby dzisiejszego tekstu możemy w dużym uproszczeniu – nomen omen – roboczo wyróżnić dwa elementy.
Prawica przez ostatnie lata przejęła zaufanie klasy ludowej, bo zrobiła dwie rzeczy. Po pierwsze: celnie zidentyfikowała niezaopiekowane potrzeby godnościowo-ekonomiczne klasy ludowej. W Polsce prym w tej materii wiodło Prawo i Sprawiedliwość, szczególnie przez pierwsze lata swoich rządów w minionej dekadzie. Twarde transfery gotówkowe i świadczenia socjalne spotkały się z entuzjastycznym przyjęciem milionów wyborców, którzy zostali dostrzeżeni przez obóz rządzący, a w rezultacie klasie ludowej przypadł faktyczny udział w konsumowaniu owoców wieloletniego wzrostu gospodarczego.
Trafna identyfikacja potrzeb milionów wyborców stanowiła przez lata twardy społeczny klej między rządem a społeczeństwem, który zapewnił w 2019 r. PiS reelekcję z rekordowym poparciem. To oczywiście zmieniło się w 2020 r. i latach późniejszych, kiedy PiS przekroczył czerwone linie w postępowaniu wbrew społecznym emocjom (wyrok TK z 2020 r.), a następnie nie zdołał wystarczająco szybko zdusić wysokiej inflacji.
Nieprzypadkowo żaden poważny gracz na polskiej scenie politycznej (nawet Konfederacja, o której więcej za chwilę) nie postuluje zniesienia wprowadzonych przez PiS transferów do społeczeństwa. Zrozumiała to Koalicja Obywatelska w 2023 r. Było to zresztą również jednym z czynników, który pomógł jej i koalicjantom przejąć władzę 2,5 roku temu.
Jak Konfederacja sięga po głosy robotników
Liczne skandale opisywane przez liberalne media na przestrzeni rządów PiS przez pierwsze lata jego rządów nie zachwiały poparciem dla partii, którą zapewniała mu w dużym stopniu właśnie klasa ludowa. Zjawisko szczegółowo opisali prof. Przemysław Sadura oraz Sławomir Sierakowski w wydanej w 2023 r. książce „Społeczeństwo populistów”. Socjologowie prowadzili badania terenowe wśród zwolenników Prawa i Sprawiedliwości.
Z rozmów wynikało, że elektorat partii wcale nie był zadowolony z agresywnej retoryki partii czy też konserwatywnej ofensywy światopoglądowej. Ważniejsza była polityka gospodarcza i redystrybucyjna PiS, która odpowiadała interesom ekonomicznym wyborców. I to właśnie ekonomiczny interes był głównym czynnikiem pchającym tzw. elektorat do oddania głosu na partię Jarosława Kaczyńskiego.
Wróćmy jednak do wyników wyborów sprzed roku. Wysokie wśród robotników poparcie dla Sławomira Mentzena jest zobrazowaniem drugiej opowieści tłumaczącej odwrót klasy robotniczej od lewicy do prawicy.
Gorzka pigułka dla lewicy
Mateusz Kukla z Klubu Jagiellońskiego niedługo przed wyborami prezydenckimi w 2025 r. przeanalizował, dlaczego tradycyjnie robotniczy elektorat postanowił zagłosować na Sławomira Mentzena. Tego samego Mentzena, który przedstawiał program państwa-minimum, mówił językiem antysocjalnym, proprzedsiębiorczym i przede wszystkim antysystemowym.
Choć to lewica od lat na poziomie retorycznym zapewnia, że zadba o prawa zatrudnionych i zwiększy ochronę pracowników, to osoby, do których kieruje swój przekaz dużo chętniej stawiają na siły polityczne, które reprezentują zupełnie odwrotną retorykę. Aż prosi się o zadanie pytania: dlaczego ta część wyborców głosuje wbrew swojemu interesowi?
Odpowiedź nie jest oczywista i stanowi dla szeroko pojętej lewicy gorzką pigułkę. Z wniosków autora Klubu Jagiellońskiego, ale także szerzej z badań socjologicznych wysnuwa się jeden główny wniosek. To, co łączy klasę pracującą i antysystemową Konfederację to stosunek do państwa. A jest to stosunek co najmniej sceptyczny.
Lwią część elektoratu Konfederacji stanowią bowiem osoby zatrudnione w ramach B2B lub umowy cywilnoprawne. I niekoniecznie chodzi tu o tę część społeczeństwa, która wybiera B2B dobrowolnie w celach optymalizacyjnych, np. dobrze opłacani programiści czy doradcy (choć tam również można spotkać wyborców Mentzena).
Państwo „złodziejem”, a nie obrońcą
Kukla na łamach Klubu Jagiellońskiego opisuje pracowników fizycznych pracujących sześć dni w tygodniu po 12 godzin czy np. zawodowych kierowców zatrudnionych na umowy B2B. Jego zdaniem klasyczne lewicowe postulaty dotyczące zwiększenia ochrony pracowników czy wzmocnienia uprawnień PIP nie trafiają do tego elektoratu. Dlaczego?
Wśród niewątpliwie ciężko pracujących fizycznie osób takie obietnice nie są atrakcyjne. Kojarzą się bowiem z ograniczeniem godzin pracy wymuszanych kodeksem pracy, a co za tym idzie: spadkiem wynagrodzenia.
Według autora ta część robotniczego elektoratu Konfederacji nie uważa, że działa wbrew swojemu interesowi. Dominuje bowiem myślenie, że ostatecznie to pracodawca jest tym aktorem, który zapewnia środki do życia. Nawet jeśli jest to pracodawca, który łamie zasady BHP i płaci pod stołem, co wciąż zdarza się w mniejszych firmach poza wielkimi metropoliami.
W rozumieniu tej części robotniczego elektoratu popierającego Konfederację przeciwnikiem jest wówczas państwo i jego instytucje. W tej perspektywie państwo jest „złodziejem”, który zabiera pieniądze pracownikowi i pracodawcy, w zamian zaś oferując niewiele lub nic. Ponadto wśród tego elektoratu dominuje gniew na doniesienia o dofinansowywaniu np. do fotowoltaiki czy kredytów mieszkaniowych.
Według nich środki otrzymują osoby dobrze sytuowane, posiadające już jakiś kapitał. Nie mówiąc już o finansowaniu z publicznych środków „wielkomiejskich” kierunków jak wyświechtane gender studies, psychologia czy socjologia, których to studiowanie rzadko kiedy podejmuje współczesna klasa robotnicza.
Z tego względu zrozumiały jest gniew tej części elektoratu wobec Ukraińców. Kosztem wzrostu antyukraińskich emocji prawica konsoliduje po swojej stronie elektorat ludowy, który widzi w Mentzenie czy Bosaku sojuszników swojej sprawy.
„Umiesz liczyć? Licz na siebie”
Nieprzypadkowo Konfederacja trafia tak skutecznie do samotnych robotników z mniejszych miast czy prowincji. O ile PiS efektywnie zagospodarował swego czasu ludowy elektorat rodzin z dziećmi, o tyle jednocześnie zaniedbał samotnych mężczyzn zatrudnionych w fabrykach czy zakładach przetwórstwa. Po ten pełen frustracji i gniewu elektorat sięgnęła w Polsce Konfederacja.
Nic zresztą dziwnego, skoro w pierwszych latach transformacji, a potem w XXI w. z ust samych polityków słyszeliśmy częściej „każdy jest kowalem swojego losu”, a nie „zaopiekujemy się tobą”.
– Wśród roczników, które kończyły gimnazja, rozpoczął się i wciąż trwa marsz Janusza Korwin-Mikkego i Konfederacji ku masowej popularności i sukcesom wyborczym – mówił w niedawnym wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” profesor Rafał Chwedoruk.
Skoro nawet nominalnie lewicowy premier Włodzimierz Cimoszewicz mówił „trzeba było się ubezpieczyć”, a wśród gimnazjalnej młodzieży triumfy święcił wspomniany Janusz Korwin-Mikke z „chcącemu nie dzieje się krzywda”, to dorastający młodzi obywatele uczyli się radzić sobie sami. Dziś ci już dorośli wyborcy pytają konsekwentnie: „skoro nie dostajemy niczego od państwa, to po co w nie inwestować?”.
„Obcy we własnym kraju”
W 2016 r. premierę miała znakomita i niezwykle później popularna książka „Obcy we własnym kraju” amerykańskiej socjolożki Arlie Russell Hochschild. Uczona z liberalnego Uniwersytetu w Berkeley w Kalifornii na pięć lat zamieszkała w Luizjanie będącej matecznikiem libertariańskiej Partii Herbacianej, dziś stanowiącej jądro ruchu MAGA w Stanach Zjednoczonych.
Badaczka próbowała zrozumieć, dlaczego biedni południowcy głosują na sprzyjającego koncernom naftowym Donalda Trumpa. A to właśnie w Luizjanie szkody środowiskowe wywołane pracą koncernów były największe i bezpośrednio wpływały na zdrowie mieszkańców.
Z jej opowieści wynika, że emocje amerykańskiej klasy ludowej można porównać do stania w kolejce do lepszego życia. Mieszkańcy Luizjany przez całe lata ciężko pracują, często w zagrażających ich zdrowiu warunkach. Zgodnie z protestancką etyką wierzą, że ciężka praca i stanie w kolejce zaprowadzi ich do dobrobytu.
Nagle jednak okazuje się, że ktoś się wpycha przed nich w kolejce. Kto wpuszcza w kolejkę? Państwo i amerykańskie elity. Rozmówcy Hochschild widzą „wpychających się” w kolejkę mniejszości etniczne, w Polsce zaś zawiedziony elektorat widzi np. Ukraińców czy migrantów z Azji Centralnej.
Pouczanie zamiast zrozumienia lęków
Jaki jest wspólny element tej polsko-amerykańskiej historii? W oczach zarówno elektoratu MAGA, jak i robotniczego elektoratu Konfederacji ich potrzeby są zamiatane pod dywan przez rządzące elity. Obawiasz się poniesienia dużych kosztów w związku z wymianą auta na elektryczne? A może obawiasz się obniżki pensji z powodu przyjazdu migrantów, którzy zgodzą się na niższe wynagrodzenie? Lewica na te lęki odpowiedzi nie ma. Ma je za to prawica. Nawet jeśli są kontrowane jako populistyczne, ksenofobiczne czy podsycające wrogość do innych grup społecznych, to lewica (ale w Polsce też strona liberalna) nie potrafi obsłużyć lęków robotniczego elektoratu.
Lewica nie umie także mówić wiarygodnym językiem do robotników. To także nie zaskakuje, bowiem obecnie po tej stronie sceny politycznej dominuje zarówno wśród wyborców, jak i polityków retoryka tzw. wielkomiejskiej inteligencji. To szerokie zresztą zjawisko – w Wielkiej Brytanii 60 proc. polityków lewicy to osoby z wyższym wykształceniem. Jak wówczas skutecznie trafić do grupy społecznej, która operuje innymi kodami komunikacji i ma zupełnie inne problemy? A co dopiero, gdy w odpowiedzi słyszy się pouczanie?
Prawica właśnie dlatego wygrywa, bo mówi „Tak, rozumiemy cię. My przywrócimy zasady kolejki”. I dzieje się tak w USA, Europie Zachodniej i w Polsce. Czyli wszędzie tam, gdzie lewica przestała reprezentować lęki ludzi pracy przed globalizacją, a zaczęła ich pouczać.
Dezintegracja europejskiej lewicy
Na Węgrzech w nowym parlamencie zabraknie ugrupowań progresywnych. To oczywiście w dużym stopniu pokłosie systemu Fideszu, który zniechęcał do startu opozycji w wielu blokach. Ale zarazem jest to również efekt zaniedbań lewicowych i liberalnych partii nad Dunajem. To Péter Magyar przez dwa lata „gryzł trawę” i odwiedzał nawet najmniejsze miejscowości, a nie dawni rządzący z partii socjalistycznej czy liberalnej. Powinno być to zresztą cenną lekcją dla partii lewicowych i liberalnych na kontynencie.
We Francji partia socjalistyczna jest najsłabsza w historii. Nad Loarą do wygranej wyborach prezydenckich za rok szykuje się Jordan Bardella ze Zjednoczenia Narodowego. W Wielkiej Brytanii Keir Starmer już wkrótce najprawdopodobniej pożegna się ze stanowiskiem premiera z racji rekordowo niskich notowań popularności. Nad Tamizą z kolei w badaniach prowadzi prawicowy Reform UK Nigela Farage’a.
W Niemczech w sondażach prowadzi AfD, a SPD już wkrótce może się stać ugrupowaniem z poparciem niższym niż die Linke czy Zieloni. W postindustrialnych robotniczych landach dawnego NRD AfD już od dawna cieszy się największą popularnością.
Długo można by wymieniać analogiczne przykłady z naszego kontynentu. Faktem jest jednak dezintegracja obozów tradycyjnej lewicy i wejście w ławy rządowe prawicy. Warto zauważyć, że międzynarodowe siły lewicy są dużo słabiej ze sobą połączone niż światowa prawica. Międzynarodówka prawicowa z błogosławieństwem ruchu MAGA współpracuje ze sobą na poziomie ideologicznym, organizacyjnym, a także finansowym. Ostatnie spotkanie partii lewicowych w Barcelonie przy prężnie działającej konferencji CPAC w Budapeszcie czy USA wypada blado.
Brytyjski dekarz, niemiecki mechanik i polski kierowca zaufali prawicy nie bez powodu
Co zatem łączy francuskiego robotnika spod Marsylii, brytyjskiego dekarza czy niemieckiego mechanika z kierowcą ciężarówki na B2B z centralnej Polski?
Poczucie, że państwo, które miało być ich sojusznikiem, stało się ich przeciwnikiem. Tytułowy „obcy we własnym kraju” powoli wpadli w gniew, gdy widzieli, że państwowe środki zostają w stolicach i liberalnych środowiskach, a oni mimo ciężkiej pracy czuli z niej głębokie rozczarowanie. Z kolei, gdy oczekiwali dostrzeżenia przez tradycyjnie lewicowe ruchy robotnicze, słyszeli, że mówią nieinkluzywnym językiem i nie pasują do prawdziwych, wielkomiejskich problemów.
Gdy tradycyjny robotnik stał się estetycznym obciążeniem dla lewicy, stawiającej na światopoglądowy liberalizm czy politykę tożsamości, prawica przyszła i wyciągnęła do niego rękę, mówiąc: „jesteśmy po waszej stronie”.
Zadyszka „trumpizmu” szansą dla lewicy i liberałów?
Wydaje się, że na europejskiej lewicy brutalna diagnoza w postaci wyborczego zwrotu kontynentu w prawo wybrzmiała wystarczająco głośno. Jednak odzyskanie zaufania tradycyjnego elektoratu przez wielkomiejską, inteligencką lewicę będzie wciąż niezwykle trudne. Szczególnie że nie tylko w Polsce partie lewicowe przestały być partiami „wielkiego namiotu”, skupiającego ludzi o różnym tle pokoleniowym czy socjoekonomicznym.
Pewną szansą dla lewicy, ale też liberałów może się okazać zadyszka prawicowej fali. Na razie jest widoczna tam, gdzie bije najmocniej, czyli w USA. Czy jednak ewentualne bankructwo trumpizmu wystarczy do odzyskania zaufania zawiedzionego elektoratu? Niezależnie od marniejącej kondycji ruchu MAGA, lewica najpierw musiałaby wyjść do ludzi. Jak choćby pochodzący przecież z budapesztańskich elit Péter Magyar.
Nowy premier Węgier na każdym przemówieniu powtarzał, nawiązujące do węgierskiej wiosny ludów zawołanie „Teraz albo nigdy”. Przy czym „nigdy” zawsze było przekreślone.
Na pytanie, kiedy nadejdzie właściwy czas na walkę ruchów progresywnych o ludowy elektorat, pozostaje zatem już jedynie zawołać: „teraz!”.
Ale teraz – udanego święta pracy bez pracy!
Główne wnioski
- Klasa robotnicza w Europie i Stanach Zjednoczonych masowo odwróciła się od partii lewicowych. Miejsce tradycyjnej lewicy skutecznie zajęły ugrupowania prawicowe oraz ruchy antysystemowe. Zjawisko to wynika z trafnego rozpoznania przez te siły zaniedbanych potrzeb godnościowych i ekonomicznych przez politycznych pracowników.
- Kluczowym czynnikiem zmiany preferencji wyborczych jest rosnący sceptycyzm klasy pracującej wobec instytucji państwowych. Wielu zatrudnionych postrzega aparat państwowy jako element opresyjny. W Polsce PiS i Konfederacja, a w USA Republikanie umiejętnie zagospodarowali ten gniew przez krytykę redystrybucji środków publicznych do lepiej sytuowanych grup społecznych.
- Współczesna lewica zatraciła zdolność skutecznej komunikacji ze swoim tradycyjnym elektoratem. Skupienie się na liberalizmie światopoglądowym i sprawach tzw. wielkomiejskiej inteligencji zraziło dawną bazę wyborczą. Doprowadziło to ostatecznie do znaczącej marginalizacji lewicy wśród mieszkańców mniejszych ośrodków.
