Ukraińcy mają w zasięgu jedną czwartą Rosji. Jakie mogą być kolejne cele dronów?
Ukraińskie drony stały się w ostatnim czasie przekleństwem dla Rosji i jej przemysłu naftowego – od Morza Czarnego po Bałtyk. Kreml sięga po nadzwyczajne środki bezpieczeństwa, ale Ukraińcy mają już wytypowane kolejne cele związane z rosyjskim sektorem naftowym.
Z tego artykułu dowiesz się…
- Jak daleko w głąb Rosji dolatują ukraińskie drony i co obierają sobie ostatnio na cel.
- Co robi Kreml, aby zapobiec tym atakom i jak zabezpieczył obchody Dnia Zwycięstwa.
- Jakie strategiczne bazy znajdują się wokół stolicy Rosji.
W Rosji funkcjonują obecnie 32 duże rafinerie oraz kilkadziesiąt mniejszych instalacji do przerobu ropy – wynika z danych branżowego serwisu pronpz.ru poświęconego sektorowi naftowemu. Najwięcej, bo aż dziewięć, należy do koncernu Rosnieft. Łączne zdolności przerobu wynoszą 77,5 mln ton ropy rocznie. Na drugim miejscu znajduje się Łukoil z czterema rafineriami o łącznej mocy 45,6 mln ton rocznie. Dla porównania – zdolności przetwórcze dwóch należących do Orlenu rafinerii w Płocku i Gdańsku to niespełna 27 mln ton rocznie.
Wszystkie 32 duże rosyjskie zakłady są w stanie przerobić ponad 284 mln ton ropy rocznie. Precyzyjniej – były w stanie, ponieważ po ostatnich atakach ukraińskich dronów ich możliwości zostały ograniczone.
Czarne, mazutowe deszcze
Rosyjskie rafinerie oraz bazy paliwowe stały się w ostatnim czasie jednym z głównych celów ukraińskich sił zbrojnych. Ataki zaczęły się od należących do Rosnieftu zakładów i terminalu morskiego w 60-tysięcznym Tuapse. Tamtejsza rafineria – o mocy wynoszącej 12 mln ton ropy rocznie – jest kluczowym dostawcą paliw dla rosyjskiej Floty Czarnomorskiej.
Pierwszy atak na infrastrukturę naftową w tym rejonie miał miejsce w nocy z 15 na 16 kwietnia. W jego wyniku do Morza Czarnego miała przedostać się część zapasów ropy, tworząc plamę o powierzchni ok. 10 tys. m kw. Cztery dni później drony ponownie uderzyły w kompleks, w którym wybuchł pożar, a do atmosfery zaczęły uwalniać się groźne substancje. Następnego dnia w Tuapse spadł mazutowy deszcz. Wszystko pokryło się czarnymi kroplami oleistej substancji – relacjonował niezależny kanał informacyjny Astra.
Skutkiem trzeciego ataku, przeprowadzonego w nocy z 27 na 28 kwietnia, był jeszcze większy pożar. Czarny, gęsty dym unosił się na setki metrów i był widoczny nawet z kosmosu. Z ogniem walczyło ponad 70 jednostek straży pożarnej. Dopiero wtedy władze zdecydowały się ogłosić stan nadzwyczajny i ewakuować część mieszkańców.
Gubernator zaprasza turystów
Gubernator Kraju Krasnodarskiego Wieniamin Kondratjew początkowo bagatelizował sytuację, mówiąc o „ogniskach zadymienia” i „lokalnych zarzewiach ognia”. Zapewniał, że nie ma żadnego zagrożenia, i zapraszał turystów na czarnomorskie wybrzeże. Jednocześnie zalecał mieszkańcom, by nie otwierali okien i ograniczali wychodzenie z domów.
Trzy dni później nad Tuapse ponownie nadleciały ukraińskie drony, a pożar kompleksu naftowego jeszcze się rozszerzył. Wówczas gubernator tłumaczył, że „Ukraińcy doczepiają do dronów zbiorniki z mazutem, aby przy ich zestrzeleniu powstawały intensywny płomień i dym”. Jego zdaniem ma to służyć wyłącznie efektowi propagandowemu. Jednocześnie zapewniał, że Rosjanie nie dadzą się zastraszyć „tanimi efektami” i region spodziewa się rekordowego sezonu turystycznego.
Jednak – jak podaje Rosyjski Związek Branży Turystycznej – po atakach na Tuapse w niektórych biurach podróży liczba rezerwacji na tegoroczny sezon w tym regionie spadła o 15 proc.

Podczas gdy setki strażaków walczyły jeszcze z pożarem rafinerii i bazy paliwowej nad Morzem Czarnym, ukraińskie wojska uderzyły w kolejny kompleks naftowy – tym razem w milionowym Permie. Pojawienie się bojowych bezzałogowców za Uralem, około 1,7 tys. km od granicy z Ukrainą, wywołało wśród mieszkańców szok.
Petersburg na celowniku
Ukraińcy przez dwa dni z rzędu atakowali tamtejszy kompleks petrochemiczny Permnieftieorgsintez, należący do Łukoila. Chodzi o jedną z największych rafinerii tego koncernu, której roczna wydajność sięga 13,1 mln ton ropy. Wytwarzane w tym zakładzie paliwa trafiają m.in. do rosyjskiej armii. Także tamtejszy gubernator Dmitrij Machonin – choć mieszkańcy skarżyli się na ostry zapach – zapewniał, że nie ma żadnego zagrożenia dla życia i zdrowia ludzi.
Kolejnym zakładem, który znalazł się na celowniku ukraińskich sił dronowych, była rafineria KINEF, położona około 130 km od Petersburga. Zakład zaatakowano w nocy z 4 na 5 maja. Należący do firmy Surgutnieftiegaz kompleks jest jednym z dwóch największych rosyjskich producentów paliw i może przerabiać 20,1 mln ton ropy rocznie.
Pożar na terenie rafinerii został zarejestrowany przez aktualizowany nawet co kilka godzin system monitorowania NASA FIRMS. Jednak gubernator obwodu leningradzkiego, Aleksandr Drozdenko, już we wtorek wieczorem zapewniał, że ogień został opanowany i trwa jego dogaszanie. Jednocześnie stwierdził, że jego region stał się… obszarem przyfrontowym.
Z informacji agencji Reuters wynika, że w ataku uszkodzone zostały trzy z czterech tamtejszych instalacji destylacyjnych. W efekcie rafineria miała czasowo wstrzymać produkcję.
Ukraina przeprowadziła kolejne ataki dronowe na rafinerie w nocy z 7 na 8 maja – informuje Deutsche Welle. Tym razem celem miał być duży zakład Jarosławnieftieorgsintez, który jest w stanie przerabiać 15 mln ton ropy rocznie. Obiekt znajduje się w mieście Jarosław, około 300 km na północny wschód od Moskwy i jest współwłasnością koncernów Łukoil i Rosnieft.
Drugim celem miał być prawdopodobnie mniejszy, o zdolnościach przerobowych 2,5 mln ton ropy rocznie, Nowoszachtyński Zakład Produktów Naftowych, którego właścicielem jest rosyjski biznesmen Wiktor Kanczer. Rafineria ta znajduje się tuż przy granicy ukraińsko-rosyjskiej, kilkadziesiąt kilometrów od Rostowa nad Donem.
2,5 tysiąca kilometrów od granicy
Nie były to pierwsze uderzenia Ukraińców na rosyjskie rafinerie. Zakłady w Tuapse atakowano już w latach 2024–2025, co powodowało czasowe wstrzymanie pracy części instalacji. Także KINEF był wielokrotnie na celowniku ukraińskich dronów, a w marcu tego roku udało się częściowo sparaliżować jego pracę. Jednak dopiero skutki akcji z ostatnich trzech tygodni przyniosły tak znaczący efekt, jak opisane wyżej pożary.
Ostatnie działania ukraińskich sił zbrojnych pokazują, że w ich zasięgu znajduje się już jedna czwarta terytorium Rosji. Co istotne – na tym obszarze mieszka aż 70 proc. rosyjskich obywateli
Ostatnie działania ukraińskich sił zbrojnych pokazują, że w ich zasięgu znajduje się już jedna czwarta terytorium Rosji. Co istotne – na tym obszarze mieszka aż 70 proc. rosyjskich obywateli – pisze Bloomberg. Strefa zagrożenia stale się powiększa. Kilka dni temu alarmy przeciwrakietowe ogłoszono nawet 2,5 tys. km od granicy z Ukrainą.
Nic więc dziwnego, że wywołuje to coraz większy niepokój na Kremlu. Najbardziej odczuwalny był w sobotę 9 maja, na Placu Czerwonym w Moskwie. Odbyły się tam obchody Dnia Zwycięstwa i 81. rocznicy kapitulacji III Rzeszy.
– Rosja nie mówi tego wprost, ale są pośrednie dowody świadczące o tym, że na Kremlu poważnie obawiają się zakłócenia obchodów – komentował przed imprezą w telewizji Dożd' rosyjski politolog Abbas Gałłjamow.
W tym roku w związku z – jak określają rosyjskie władze, w tym sam Władimir Putin – „zagrożeniem terrorystycznym” wprowadzono nadzwyczajne środki bezpieczeństwa. Chodzi m.in. o wyłączanie mobilnego internetu, które stało się już dla Rosjan zjawiskiem codziennym.
Tego jednak nie wszystko. Od 5 do 9 maja w Moskwie nie można było nawet wysłać SMS-a ani zadzwonić z telefonu komórkowego. Już 7 maja odwołano ponad 200 lotów pasażerskich z czterech stołecznych lotnisk.
Defilada w atmosferze strachu
W tegorocznej defiladzie nie jechały czołgi, wozy bojowe ani jakiekolwiek inne pojazdy wojskowe. Zdarzyło się to po raz pierwszy od prawie 20 lat. Cały Plac Czerwony już na kilka dni przed defiladą gęsto obstawiono snajperami.
W ostatnich tygodniach Rosja wzmacnia także obronę powietrzną wokół Moskwy. Tworzy „pierścień obrony”, czyli sieć rozmieszczonych na specjalnych wieżach systemów przeciwlotniczych. Ściągnięto już ponad 40 dodatkowych jednostek - informuje niezależna telewizja Dożd'. Problem w tym, że mimo tych zabezpieczeń ukraińskie bezzałogowce dolatują aż do centrum rosyjskiej stolicy. Najlepszym przykładem jest atak na luksusowy kompleks wieżowców mieszkalnych przy ul. Mosfilmowskiej. 4 maja dron przeleciał przez pół miasta i uderzył w jedno z górnych pięter jednego z dwóch budynków Mosfilm Tower. Dwa inne bezzałogowce zostały strącone.
Symbol putinowskiej Moskwy
Obiekt ataku wybrano nieprzypadkowo. To swoisty symbol putinowskiej Moskwy dla elit. Mieszkania w oddanym do użytku w 2011 r. kompleksie sprzedawano za niebagatelne 12 tys. dolarów za m kw. Wyższy z budynków ma 213 m i należy do najwyższych w rosyjskiej stolicy. Co istotne, znajduje się niespełna 7 km od Kremla.
Wobec rosnącego zagrożenia rosyjski prezydent postanowił zwrócić się po pomoc do Donalda Trumpa. 29 kwietnia zadzwonił do Białego Domu i przez kilkadziesiąt minut rozmawiał z gospodarzem administracji m.in. o sytuacji w Zatoce Perskiej oraz perspektywach zakończenia wojny w Ukrainie. Zaproponował również rozejm na czas obchodów 9 maja. Następnie, 4 maja, jednostronnie ogłosił takie zawieszenie broni i wezwał Ukrainę do podobnego kroku. Prezydent Wołodymyr Zełenski stwierdził, że nie otrzymał żadnej oficjalnej propozycji, ale Ukraina wstrzymała ogień od północy z 6 na 7 maja.
Z dużym prawdopodobieństwem Ukraińcy wrócą do operacji wymierzonych w rosyjski przemysł naftowy. Zwłaszcza że – jak pokazują ostatnie tygodnie – są one bardzo skuteczne. A skoro celem stały się już okolice Petersburga, to – jak twierdzą komentatorzy – zapewne przyjdzie też czas na Moskwę. I wskazują potencjalne cele.
Moskiewska rafineria i liczna bazy
W sąsiedztwie stolicy znajduje się kilka znaczących baz naftowych, a na terenie samego miasta – duży zakład przeróbczy. Chodzi o zlokalizowaną w dzielnicy Kapotnia Moskiewską Rafinerię Naftową (ros. Московский НПЗ), należącą do koncernu Gazprom Nieft’. To duży zakład, który może przerobić do 11 mln ton ropy rocznie (podobnie jak rafineria w Gdańsku). Z punktu widzenia zaopatrzenia Moskwy w paliwa ma to strategiczne znaczenie.
Nieopodal znajduje się także jedna z licznych baz naftowych ulokowanych wokół aglomeracji. Magazynuje się tam do 0,5 mln ton ropy – ponad trzykrotnie więcej niż w podobnym obiekcie w Tuapse.
Około 200 km dalej, w kierunku Riazania, w miejscowości Konstantinowo działa baza o pojemności ok. 400 tys. ton. W Podolsku, tuż za południową obwodnicą Moskwy, znajduje się kolejna baza o pojemności 200 tys. ton. W podobnej odległości, lecz po przeciwległej stronie miasta, jest baza w Mytiszczi mogąca pomieścić 150 tys. ton ropy. Kilkadziesiąt kilometrów na zachód od Moskwy położona jest natomiast baza w Chimkach o pojemności 200 tys. ton.
I niemal wszystkie te obiekty – według komentatorów – z dużym prawdopodobieństwem są obecnie w pełni wypełnione.
Krytycy Putina mówią wprost: za sprawą ukraińskich uderzeń w rosyjską infrastrukturę naftową „specjalna operacja wojskowa” – jak Kreml nazywa agresję na Ukrainę – wróciła do domu.
Główne wnioski
- Ukraińskie drony systematycznie uderzają w rosyjską infrastrukturę naftową. Wywołują pożary i zakłócenia pracy rafinerii – od południa kraju, czyli Tuapse nad Morzem Czarnym, po północne okolice Petersburga. W zasięgu ich ataków znajduje się już obszar zamieszkały przez niemal trzy czwarte Rosjan.
- Przed Dniem Zwycięstwa Kreml sięgnął po nadzwyczajne środki bezpieczeństwa. Rosja sprowadziła dodatkowe jednostki obrony przeciwlotniczej, czasowo wyłączyła mobilny internet i ograniczyła skalę obchodów, w tym samej defilady wojskowej.
- Komentatorzy uważają jednak, że efektem będzie jedynie odsunięcie w czasie kolejnych uderzeń. Ukraińskie drony dolatują już do Moskwy, a w samej stolicy i jej bezpośrednim sąsiedztwie znajduje się wiele strategicznych obiektów naftowych, które wkrótce mogą stać się celem ataków.