Zbigniew Rokita: Kibice żyją tu w poczuciu, że należy im się więcej. Co piłka nożna mówi nam o Śląsku?
Śląskie kluby piłkarskie zanotowały najlepszy sezon od lat. W nagrodę Górnik Zabrze i GKS Katowice zagrają w europejskich pucharach. Kibice ze Śląska pamiętają jednak czasy, gdy tamtejsze kluby całkowicie dominowały w lidze. O tęsknocie za tą wielkością, specyfice śląskich trybun i reprezentacji Śląska mówi XYZ Zbigniew Rokita, kibic śląskiej piłki.
Z tego artykułu dowiesz się…
- Dlaczego w niektórych dzielnicach śląskich miast kibicuje się klubom z innych miejscowości.
- Co jest przyczyną braku upamiętnienia jednego z najlepszego śląskich piłkarzy w historii.
- Dlaczego według Zbigniewa Rokity utworzenie piłkarskiej reprezentacji Śląska zaszkodziłoby temu regionowi.
Warto wiedzieć
Zbigniew Rokita
Reporter, redaktor, dramaturg, autor książek reporterskich „Aglo. Banką po Śląsku” (2025), „Odrzania. Podróż po Ziemiach Odzyskanych” (2023 r.), „Kajś. Opowieść o Górnym Śląsku” (wyróżnionej podwójną Nagrodą Literacką Nike) i „Królowie strzelców. Piłka w cieniu imperium” (2018 r.). Pisał korespondencje zagraniczne z wielu krajów, m.in. z Sudanu Południowego, Ghany, Mongolii, Libanu, Rosji czy Namibii. Pochodzi z Gliwic, mieszka w Katowicach. Kibic panśląski, ale przede wszystkim ukochał sobie Piast Gliwice.
Michał Banasiak, XYZ: Oglądaliśmy wspólnie kończący sezon mecz Górnika Zabrze z Radomiakiem. Pełny stadion, pucharowo-wicemistrzowska feta. Za miedzą do europejskich pucharów po ponad 20 latach przerwy wraca GKS Katowice. Śląsk zaczyna na nowo żyć piłką?
Zbigniew Rokita: Wyniki śląskich drużyn dalekie są od najlepszych dla nich czasów, ale Śląsk absolutnie nigdy nie przestał żyć piłką nożną. Od tak zwanego zawsze jest ona tutaj niezwykle ważna. Na Śląsku cały czas odczuwa się bóle fantomowe po niegdysiejszych sukcesach. I nie mówię nawet o latach 30., 60., 70. czy 80., kiedy Górny Śląsk potrafił zdominować polską piłkę. Np. w sezonie 1963-1964, na osiem najlepszych zespołów w lidze sześć było z Górnego Śląska. A siódme było Zagłębie Sosnowiec. Także później śląskie drużyny regularnie biły się o majstra. Skala ich sukcesów, przeliczając czy na terytorium Górnego Śląska, czy na populację regionu, jest nieproporcjonalnie duża. W związku z tym na Śląsku żyje się w poczuciu, że zasługujemy na więcej. W poczuciu, że może tymczasowo coś nie gra, ale nasze miejsce jest wśród najlepszych. Oczywiście najsilniej odczuwa się to w przypadku Ruchu Chorzów i Górnika Zabrze, ale jest wiele znakomitych firm, dawnych mistrzów Polski albo dawnych pierwszoligowców, którzy wciąż mają duże ambicje. Niekoniecznie związane z walką o mistrzostwo, ale przynajmniej grą na najwyższym poziomie. Chciałyby tego Polonia Bytom, GKS Tychy czy Odra Opole.
Przed meczem Górnika byliśmy jeszcze na V lidze w Przyszowicach. Mecz został przesunięty na godz.13., bo piłkarze też wybierali się na mecz Górnika. Ekspedientka zamykała sklep o godz. 13., bo miała bilet na Górnika.
Piłka na Górnym Śląsku to jest sprawa absolutnie niepomijalna. Są takie regiony w Polsce, gdzie piłka nożna czasem ustępuje innym dyscyplinom – Lubuskie czy Kujawsko-Pomorskie. Przede wszystkim hokejowi i żużlowi. Na Śląsku też są takie wysepki. Piłkarski GKS Tychy poniósł teraz spektakularną porażkę, spadł na trzeci poziom rozgrywkowy, a w tym czasie tyscy hokeiści obronili mistrzostwo Polski. I Tychy mogą bardziej żyć hokejem. Rybnik może bardziej być żużlem. Albo przynajmniej te dyscypliny mogą rywalizować o prymat z piłką nożną. Ale co do zasady piłka jest w regionie absolutnie najważniejsza. Na Śląsku na bardzo małym terytorium jest bardzo dużo dobrych drużyn albo przynajmniej historycznie dobrych drużyn. Ta nieobecna w innych częściach Polski intensyfikacja, przekładająca się na liczbę stadionów, na banery, na to, co mówią mury, sprawia, że ludzie bardziej żyją piłką. Może nie wszyscy się nią interesują, nie wszyscy chodzą na mecze, ale każdy wie, za kim kibicuje.
„Za kim kibicujesz” to śląski zwrot. W reszcie Polski kibicuje się komuś, ewentualnie jest się za kimś.
Nigdy nie zwróciłem na to uwagi, ale może język też jest tutaj częścią opowieści. Jeśli kibicuje się „za kimś”, to tak, jakby się za nim stało murem. I na Śląsku tak jest. Możesz nawet nie wiedzieć w jakiej lidze gra obecnie klub, „za którym kibicujesz”, ale wiesz co to za klub. Wiesz „za kim”, kibicuje twoja wioska, twoje miasto. Tożsamość kibicowska bardzo ściśle się wiąże z tożsamością miejsca.
W książce „Aglo” pisze pan o tym, że gdyby jechać przez aglomerację śląską tramwajową siódemką i chcieć zawsze mieć na sobie koszulkę w barwach klubu, któremu kibicuje się na danym obszarze, trzeba by ją zmieniać siedem razy. To jest bardzo nieintuicyjne. Np. w Katowicach jest silny GKS, ale na Nikiszowcu kibicuje się Ruchowi czy też „za Ruchem” Chorzów.
Katowice mają dwie dzielnice, które są „niebieskie”: Szopienice i właśnie Nikiszowiec, ponadto sporo kibiców Ruchu jest w kilku innych. I to jest efekt m.in. tego, jak historycznie kształtowały się miasta górnośląskie, jak powstawała aglomeracja, w której żyje dziś jakieś 2,3 mln ludzi. Miasta historyczne tworzą pierścień okalający nowe miasta. Tarnowskie Góry, Mikołów, Gliwice, Bytom, Tychy – pierścień miast o średniowiecznym rodowodzie. A w środku są miasta mające kilkadziesiąt czy – jak Katowice – sto kilkadziesiąt lat. Katowice powstały w drugiej połowie XIX wieku jako połączenie różnych osad górniczych, różnych wiosek. W związku z rozwojem przemysłu najpierw się rozrosły, a potem zostały połączone w jedno miasto.
Ta specyfika regionu sprawia, że tożsamość śląska jest zbudowana u ogromnej części Ślązaków w inny sposób niż tożsamość polska u Polaków. To znaczy, tożsamość polska jest tożsamością abstrakcyjną. Ktoś mógł nigdy nie być w Kutnie. Ba, większość Polaków nigdy nie była w Kutnie. Ale uznaje Kutno za część swojego jakiegoś imaginarium. Terytorium, na którym żyje ich wspólnota. Czują związek z ludźmi z Kutna, mimo że nigdy ich na oczy nie widzieli. Natomiast na Śląsku te tożsamości są napięciem między dużą ojczyzną abstrakcyjną ideologiczną a małą ojczyzną jak najbardziej opartą na empirii, na doświadczeniu. To znaczy, że twój Śląsk jest tam, gdzie ty żyjesz. Gdzie masz rodzinę, gdzie jesteś. Tożsamości dzielnicowe są przez to bardzo silne. Szopienice – bastion Ruchu Chorzów – do 1959 r. były samodzielnym miastem. I dlatego ta mapa kibicowska często rzeczywiście jest zupełnie nieintuicyjna. Chociaż na Śląsku jest bardzo dużo klubów, to są takie miasta, gdzie nie ma piłki na dobrym poziomie. Np. Ruda Śląska, gdzie mieszka 130 tys. osób, nie ma żadnej drużyny na poziomie centralnym. I ci ludzie szukają identyfikacji z jakimś klubem. Jak pójdziesz na mecz Uranii Ruda Śląska, to spotkasz dużo ludzi w koszulkach Ruchu Chorzów. Na innym klubie z Rudy, Slavii, masz z kolei ludzi w koszulkach Górnika Zabrze.
Trzeba dużej znajomości tematu, żeby się w tym połapać.
Tym bardziej że to się cały czas zmienia. Kibicowska aglomeracja jest jak ruchome piaski. Weźmy dzielnicę Lipiny w Świętochłowicach. Jedna strona głównej ulicy jest za Ruchem, druga za Górnikiem. Dwa światy oddzielone tylko dwupasmową ulicą i linią tramwajową. Nie wspominam już o choreografii sztam, których dynamika przypomina czasem zmiany sojuszu w Orwellowskim „Roku 1984”, gdy niedawno bossowie zerwali sztamę Górnika z Giekaesem, na grupach kibicowskich niektórzy wrzucali zdjęcia swoich tatuaży z herbami obu drużyn i pytaniem: „Czekamy, aż się potwierdzi czy już usuwamy?”.
Lukas Podolski urodził się w gliwickiej Sośnicy, a został legendą Górnika Zabrze, któremu kibicuje cała dzielnica.
Separatyzmy kibicowskie są tu częste. Sośnica jeszcze sto lat temu była osobną osadą, bliżej związaną z Zabrzem niż z Gliwicami. Mieszkańcy Sośnicy na zakupy jeżdżą do Zabrza, a na stadion Górnika mogą iść na piechotę, znajduje się znacznie bliżej niż stadion Piasta. Może to być trudne do wyobrażenia dla mieszkańców innych regionów Polski. W Białymstoku, gdy zadzwoniłem po taksówkę, przyjechał samochód z korporacji klubowej Jaga Taxi. Na Śląsku byłoby niewyobrażalne, żeby kibic Ruchu zamówił taksówkę i wsiadł do samochodu firmy, dajmy na to, Przewozy Torcida. Jako że są to jednak niemal bez wyjątku kluby miejskie, to zabawna jest sytuacja, gdy np. kibic Górnika z Sośnicy płaci podatki w miejscu urodzenia, zrzucając się w ten sposób na budżet konkurencyjnego klubu.

Regularnie chodzi pan na mecze śląskich drużyn – nie tylko tych z Ekstraklasy czy I ligi, ale też niższych lig. Na trybunach takich Szombierek Bytom, mistrzów Polski z 1980 r., słychać tęsknotę za dawnymi czasami?
Szombierki ze wszystkich powojennych mistrzów Polski upadły najniżej. Grają w IV lidze, czyli na piątym poziomie. Natomiast pamięć o pięknej historii się tam pielęgnuje. Chociażby na biletach. Dziś trudno jest kolekcjonować bilety. Na wyższych ligach dostaje się na maila jakiś kod do zeskanowania, a na niższych na ogół jakieś nieciekawe wydruki. Tymczasem na Szombrach mają przepiękne bilety, na których jest napisane: Mistrz Polski 1980. To wcale nie jest tak odległa historia, bo jeśli ktoś ma sześćdziesiąt parę lat, to pamięta tamten sezon. Zwłaszcza że wspomnienia z nastolectwa kibicowskiego są najważniejsze w życiu człowieka. Jako reporter mam to szczęście, że ludzie na Szombrach wspaniale opowiadają o tamtych czasach. Ostatnio na przykład jeden mężczyzna mówił mi, że komuny nienawidzi najbardziej za to, że w 1979 r. dostał powołanie do wojska na dwa lata. No i przegapił sezon mistrzowski. Ktoś inny opowiadał mi o tym, jak po przenosinach klubu na obecny stadion murawa dymiła, dlatego że ten stadion został zbudowany na hałdzie i pod murawą zachodziły procesy termalne. Tych opowieści jest bardzo, bardzo dużo. One budują tożsamość. Nawet jeśli mówimy o grupie kilkuset chodzących na mecze osób. W mieście, w którym większość jest za Polonią Bytom, która przecież w ostatnim sezonie długo zajmowała miejsca premiowane awansem do Ekstraklasy.
Szombierki nie marzą o Ekstraklasie?
Nie słyszę wielu takich nadziei ani chęci. Przeciwnie: słyszałem od wielu kibiców, że jak byłby awans już do III ligi, to byłyby wyjazdy na mecze do Zielonej Góry, do Gorzowa Wielkopolskiego. A kibice tego nie chcą, bo w IV lidze chodzą na mecze domowe i jeżdżą na wyjazdowe, bo wszystko jest blisko, w obrębie województwa. Nie trzeba przeznaczać na wyjazd całego dnia, rezerwować hotelu. Dla piłkarzy uskok między czwartą a trzecią ligą jest największym uskokiem piłkarskim w Polsce. To jest uskok między piłką amatorsko-półprofesjonalną a profesjonalną. Piłkarz, który gra w trzeciej, drugiej lidze, musi zrezygnować ze swojej pracy, a w czwartej lidze raczej żyje z czego innego, pensja klubowa jest na ogół dodatkiem. W przypadku gry wyżej trzeba rezygnować z podstawowego zajęcia, a to ryzykowne. To nie Premier League, gdzie najlepiej opłacani mogą w jeden sezon zarobić na całe życie. A do tego awans o szczebel wyżej może być problematyczny dla klubu, bo żeby przetrwać na wyższym poziomie, trzeba już znacznie większych budżetów.

Słyszałem o takich kalkulacjach w mniejszych klubach. Nawet jeśli sportowo byłyby w stanie awansować, wolą tego nie robić, bo to ryzyko finansowe. Tylko co z marzeniami o podboju piłkarskiego świata?
Ujściem dla kibicowskich marzeń pozostaje Puchar Polski. Zresztą pięknie nazywany „Pucharem Tysiąca Drużyn”. W tym niemal domkniętym świecie piłki, z potęgami jak PSG czy Manchester City, pozostaje drogą do tego, żeby też zagrać w Europie. Szombierki mogą grać w IV lidze, a jednocześnie wygrać Puchar Polski i awansować do europejskich pucharów.
We wspomnianych przez nas najlepszych latach śląskiej piłki, trybuny wypełniali górnicy i robotnicy z pobliskich kopalń i fabryk. Zwykle kibicowali klubom, wspieranym przez ich pracodawców. Teraz większości tych miejsc nie ma. Trybuny też się przez to zmieniły?
Na Śląsku jest coraz mniej proletariatu, klasy robotniczej. W dużym stopniu fabryki, huty, kopalnie się pozamykały. W 1989 r. kopalnie zatrudniały na Górnym Śląsku około 400 tys. osób, dziś to kilkadziesiąt tysięcy – tylko w tym roku zamknęły się już kopalnie Wujek, Szombierki czy ostatnia kopalnia węgla kamiennego w Czechach, gdzie też dojeżdżali górnicy z polskiej strony. Nie tworzą już oblicza tego regionu, nawet jeżeli dalej kreują jego wizerunek medialny. Dlatego przekrój społeczny śląskich trybun wygląda dziś tak, jak w innych regionach Polski. Natomiast kibice oczywiście mocno utożsamiają się ze swoimi klubami. Widziałem dyskusję na jednej z grup kibicowskich, gdzie ktoś napisał, że skoro Górnik Zabrze awansował do el. Ligi Mistrzów, to może mógłby te pucharowe mecze grać na Stadionie Śląskim, gdzie jest miejsce dla dwa razy większej grupy kibiców niż w Zabrzu. I możliwe, że kibice Górnika zapełniliby Stadion Śląski, bo Górnikowi kibicuje nie tylko 160-tysięczne Zabrze, ale też wiele innych miast i wsi w regionie. Ale ten pomysł został natychmiast wyśmiany przez innych. Kibice chcą grać u siebie, na swoim stadionie. Już pomijając fakt, że Stadion Śląski stał się w ostatnim czasie domem największego antagonisty Górnika, czyli Ruchu Chorzów.
Jak bardzo trybuny na Śląsku są miejscem manifestowania czy chociaż przeżywania śląskości? Miejscem, gdzie można pokrzyczeć po śląsku, „pogodać” z innymi kibicami?
To zależy od klubu. W miastach tradycyjnie mniej robotniczych, jak Opole czy Gliwice, nie znajdziesz na stadionach zbyt wielu śląskich akcentów. Górnik Zabrze tradycyjnie artykułował swoją wyjątkowość, specyfikę. Ale teraz zachodzi tam zmiana pokoleniowa. Mówię oczywiście o najbardziej zaangażowanej części trybun, czyli o Torcidzie. Na banerach pojawia się Polska Walcząca, pojawiają się żołnierze wyklęci. Hasła związane z polską prawicą, z polskością. Haseł śląskich jest coraz mniej. Nawet na tym ostatnim meczu, gdy Lukas Podolski żegnał się kibicami, powiedział na koniec: „jedziemy dalej”, a nie śląskie, zawsze wybrzmiewające na Górniku „jadymy durś”.
Z czego to może wynikać?
Górnik Zabrze to klub z Ziem Odzyskanych, założony w 1948 r. W roku 1956, a potem przede wszystkim w latach 70. nastąpiła ogromna emigracja tzw. ludności autochtonicznej Górnego Śląska do Niemiec Zachodnich. Na Szombierkach słyszałem od kibiców, że mistrzostw Polski w 1980 r. nie miał kto świętować, bo wszyscy kibice zdążyli wyjechać do RFN. W tych dużych rzutach emigracyjnych wyjeżdżali głównie ci, którzy czuli się bądź Ślązakami, bądź Niemcami. Wśród nich przedwojenni obywatele niemieccy. Ich miejsce zajmowali przyjeżdżający na Śląsk Polacy, którzy nie mieli śląskich korzeni.
Wszędzie zachodzi ten sam proces?
U największego rywala Górnika, czyli Ruchu Chorzów, obserwuję jego odwrotność. Ruch to klub o dwa pokolenia kibiców starszy od Górnika. Klub tradycyjnie związany z powstaniami śląskimi, z polskością. Ale na przestrzeni lat zaszedł tam proces przechodzenia w stronę śląskości. I dziś Ruch uważany jest np. za klub związany ze środowiskiem Ruchu Autonomii Śląska (RAŚ). RAŚ nie jest dziś istotną politycznie organizacją. Jego manifestacje nie gromadzą zbyt wielu ludzi. A na trybuny Ślązacy przychodzą. I zdarza się, że wykrzyczą jakieś hasła, ale nie są to hasła polityczne. Nie słyszałem, żeby ktoś domagał się na stadionie uznania języka śląskiego albo śląskiej mniejszości etnicznej. To bardziej jakieś zawoalowane emocje. Chociażby antywarszawskie, mające swoje źródło w historii.
Zaskoczyło mnie, że w aglomeracji nie ma żadnej ulicy czy choćby skweru imienia Ernesta Wilimowskiego. To jeden z najlepszych polskich piłkarzy w historii. Naprzemiennie z Gerardem Cieślikiem wymieniany jako najlepszy śląski piłkarz. Legenda Ruchu Chorzów. I żadnego upamiętnienia. Mam świadomość jego skomplikowanej biografii i gry w reprezentacji III Rzeszy w trakcie II wojny, natomiast sądziłem, że akurat Górny Śląsk będzie dla niego bardziej wyrozumiały. Nie jemu jednemu wojna i ówczesna polityka wywróciły życiorysy.
Nie znalazł się do tej pory żaden na tyle odważny samorządowiec, żeby przeprowadzić proces upamiętnienia Wilimowskiego. Na starym stadionie Ruchu wisiała jego podobizna, obok innych wybitnych piłkarzy klubu, ale to wszystko. Gdy trzeba było przenieść jego grób na cmentarzu w niemieckim Karlsruhe, też pojawił się problem, kto ma się tym zająć. Według mnie powinien zostać godnie upamiętniony, ale na razie nie ma na to szans. Upamiętnia się go głównie w sztuce. Ostatnio dyrektor Teatru Śląskiego Robert Talarczyk i reżyser Janusz Zaorski nakręcili Teatr Telewizji „Ezi” z Andrzejem Chyrą w roli piłkarza.
Krążą pomysły, że może nowo budowany stadion Ruchu mógłby nosić jego imię.
Nie wierzę w to. Patronem tego obiektu zostanie według mnie Gerard Cieślik, nikt nie odważy się nazwać stadionu imieniem piłkarza, który grał w reprezentacji III Rzeszy.
Śląska nie omijają procesy piłkarskiej globalizacji. Gdybyśmy wzięli sobie skarb kibica z lat 60., to po samych nazwiskach piłkarzy w kadrach drużyn, można wskazać, które z nich pochodzą ze Śląska. Teraz kadry śląskich klubów wyglądają tak, jak w całej lidze: wielu obcokrajowców, mało śląskich „synków”, z którymi kibice mogliby się utożsamiać.
Na Górnym Śląsku narodowość śląską albo używanie języka śląskiego deklaruje w spisie powszechnym kilkaset tysięcy osób. To znaczy, że Ślązacy są mniejszością nie tylko w skali Polski, ale też na Górnym Śląsku. Samo to, że jacyś piłkarze pochodzą ze Śląska, nie sprawia, że są Ślązakami. Sytuacja była zupełnie inna w latach 60. czy 70., kiedy inaczej wyglądał rynek transferowy i kiedy śląskość była silniejsza. Jest wiele przypadków ludzi, którzy przyjechali na Śląsk jako dzieci albo urodzili się tutaj w pierwszym pokoleniu, bo ich rodzice przyjechali do kopalni i oni się po prostu „ześlązczyli” na placu, na podwórku. Kultura śląska była wtedy tak silna, że przyjezdni, nawet jeżeli nie nazywaliby się Ślązakami, to mówili po śląsku i jakoś się identyfikowali z regionem.
W przeszłości ze śląskich piłkarzy można było zestawić reprezentację Polski. W pamiętnym meczu z ZSRR w 1957 r. grało ich ośmiu.
Było wiele takich momentów w historii, że gdyby wystawić dwie reprezentacje: reprezentacje urodzonych na Śląsku i urodzonych na pozostałym terytorium Polski, to Ślązacy by wygrali. Natomiast teraz to już jest jedynie czysta zabawa intelektualna, bo trudno znaleźć czołowych piłkarzy w Polsce, którzy mówiliby o sobie, że są Ślązakami. Żyjemy też w czasach, gdy piłkarze stają się marką, monetyzują swoje wizerunki i nawet jeśli ktoś czułby się Ślązakiem, to dwa razy się zastanowi, czy zechce to manifestować.
Była kiedyś regularnie grająca i silna reprezentacja Górnego Śląska. Później była reprezentacja Śląska, która zagrała kilka meczów międzynarodowych i kilka razy mierzyła się z reprezentacją Polski. Rozmawiałem niedawno z Piotrem Podlewskim, działającym w zrzeszającej niepaństwowe reprezentacje CONIFA. Mówił, że nie było zainteresowania dołączeniem Śląska do tej organizacji. To dobrze?
CONIFA jest workiem, do którego wrzucono bardzo wiele rzeczy. Od reprezentacji, które opierają się na wspólnocie kulturowej, często ponad granicami państwowymi, jak na przykład reprezentacja Samów, czyli Lapończyków, przez podmioty nieuznawane międzynarodowo jak Abchazja czy Cypr Północny, po reprezentacje, które są projektami propagandowymi i mają konkretną jakby polityczną agendę: jak Ługańska Republika Ludowa. Gdyby Górny Śląsk miał swoją reprezentację, która występowałaby w CONIFA, bardzo zaszkodziłoby to kulturze śląskiej.
Co ma pan na myśli?
Śląsk nie ma dzisiaj swojej reprezentacji politycznej, nie ma na Śląsku ruchu separatystycznego. Natomiast jest silna elita kulturalna z silnym zapleczem społecznym mająca konkretne postulaty kulturalne i kulturowe. Wśród nich uznanie języka śląskiego czy przyznanie Ślązakom statusu mniejszości etnicznej. Osób deklarujących narodowość śląską jest według spisów powszechnych ok. 800 tys., czyli kilkukrotnie więcej niż mają wszystkie inne mniejszości razem wzięte. Niemniej Ślązacy nie mają statusu mniejszości etnicznej, więc formalnie nie istniejemy. Śląsk jest coraz bardziej świadom swojej kultury. Ślązacy coraz głośniej opowiadają sami sobie i reszcie Polski o swojej historii, kodyfikuje się język. Staramy się też odrzucić, zwalczyć nieprawdziwe stereotypy na nasz temat, zwłaszcza że w wiele z nich sami uwierzyliśmy. Oczywiście kiedyś istniał śląski ruch separatystyczny. Były takie pomysły gdzieś po I wojnie światowej. Ale po pierwsze nigdy nie były one masowe, a po drugie dawno ich już nie ma. Natomiast Ślązacy przez trudną historię, niezrozumiałą dla większości Polski, jak chociażby służba Ślązaków w Wehrmachcie, jak deklarowanie odrębnej narodowości i parę innych rzeczy, są kojarzeni z separatyzmem. Gdybyśmy teraz mieli grać mecze z Ługańską Republiką Ludową czy inną propagandową drużyną, zaprzepaściłoby to wielki dorobek teatru, muzyki, pisarzy, uniwersytetów itd. Poza tym reprezentacja Śląska nie miałaby żadnej wartości piłkarskiej. Jej mecze u nikogo nie wywoływałyby dumy. I chociaż generalnie uważam, że CONIFA to świetna organizacja, która robi dużo dobrego, w naszym przypadku gra w jej turniejach tylko by zaszkodziła.
Kibice Górnika świętują również dlatego, że właścicielem klubu został Lukas Podolski. Negocjacje trwały bardzo długo, ale Górnik ma prywatnego właściciela, który wydaje się mieć pomysł na ten zespół. W innych śląskich klubach próżno szukać prywatnych właścicieli. Ruch, Piast Gliwice, Polonia Bytom – to wszystko są kluby miejskie.
Śląskim samorządowcom nie pali się do sprzedaży klubów. To było widać nawet w przypadku Podolskiego i Górnika. Kilka lat negocjacji, zmieniali się w tym czasie prezydenci miasta i dopiero teraz się udało. Wskutek rozmów z czwartym już włodarzem w krótkim czasie. Gdyby nie ogromna determinacja Poldiego, pewnie nic by z tego nie wyszło. Zobaczymy, czy przykład Podolskiego, to jest jaskółka jakichś zmian, ale myślę, że niekoniecznie i że jego przypadek jest zupełnie odosobniony. Wiem, że takie miasta jak Katowice i Chorzów nie wypuszczą tych klubów z rąk. Nie za szybko. Zwłaszcza że już dochodziło tam, jak w Chorzowie do tragedii, gdzie klub zaczynał sezon kilka poziomów niżej, a i tak nie sprywatyzowano tych klubów. W Gliwicach to się może prędzej wydarzyć. Jeśli gdzieś po Zabrzu, to właśnie tam.
Ten opór wobec sprzedaży jest historycznie uzasadniony? Śląskie kluby miały w czasach największych sukcesów bogatych sponsorów, ale byli to sponsorzy państwowi.
Społeczności są bardzo zżyte z klubami, a ich los potrafi odgrywać istotną rolę w lokalnej polityce. Natomiast cały czas przybywa nam przykładów, że uzależnienie od publicznych pieniędzy może źle się skończyć. Najświeższy przykład: GKS Jastrzębie, klub finansowany przez tamtejszą spółkę węglową. Wycofała się ona z klubu i dziś Jastrzębie Zdrój jest nie tylko największym miastem w Polsce blisko stutysięcznym, bez czynnego dworca kolejowego, ale też największym miastem – może w Europie – w tym krótkim momencie, kiedy ten klub się jeszcze na nowo nie założył, bez klubu piłkarskiego. Co pokazuje, że cały czas ten splot węgla, to znaczy kopalń, hut, i piłki nożnej jest tutaj żywy, jest istotny. Ten sam przemysł, który jakby wystrzelił wiele klubów, dalej jest w stanie niektóre z nich pogrążyć.
Jest pan w pierwszej kolejności kibicem Piasta Gliwice, ale chodzi pan na mecze wszystkich śląskich drużyn, za wszystkie trzyma kciuki. Ale generalnie – jak to w piłce – kibice jednym kibicują, innym złorzeczą. Jak to będzie w przypadku Górnika Zabrze i walki o Ligę Mistrzów? Kibice Ruchu Chorzów będą chcieli, żeby śląski klub zaszedł w tych rozgrywkach jak najdalej, czy żeby jak najszybciej z nich odpadł?
Myślę, że ci najbardziej wierni kibice Ruchu absolutnie nie będą kibicowali za Górnikiem. Mogliby to robić tylko w jednej sytuacji: gdyby o wejście do Ligi Mistrzów Górnik grał z Legią Warszawa. Czasem zastanawiam się natomiast, czy po cichu odwiedzają kebab Poldiego przy zabrzańskim dworcu?
Główne wnioski
- Kibicowska mapa Górnego Śląska nie jest intuicyjna. Ze względu na historię i geografię regionu niektórzy mieszkańcy danych miast kibicują drużynom z sąsiednich miejscowości.
- Zdaniem Zbigniewa Rokity powstanie piłkarskiej reprezentacji Śląska i jej gra w CONIFA mogłoby przykleić regionowi łatkę separatystów.
- Górnik Zabrze zmienił właściciela i stał się klubem prywatnym. To wyjątek: niemal wszystkie śląskie kluby należą do samorządów.