Spór o ZUS dla artystów. „Wybieramy między opłaceniem czynszu a składką”
Prawicowi politycy piszą o „finansowaniu nierobów”, branża z kolei o zapewnieniu minimum zabezpieczenia socjalnego. Przyjęcie przez rząd projektu o składkach dla artystów wywołało burzę w sieci. My zdecydowaliśmy się przyjrzeć ustawie z kilku perspektyw: ekonomii państwa, sprawiedliwości społecznej i specyfiki zawodu artysty.
Z tego artykułu dowiesz się…
- Skąd wziął się pomysł na dopłaty do składek na ZUS dla artystów.
- Co zakłada ustawa o wsparciu tej grupy zawodowej.
- Dlaczego planowana reforma wywołała burzę w sieci.
Resort kultury chce zapewnić zawodowym artystom ciągłość wpływów składkowych w ZUS. Ci, którzy osiągają najniższe dochody, będą mogli liczyć na dopłaty. Te będą stanowiły uzupełnienie składek do poziomu wynikającego z minimalnego wynagrodzenia o pracę. Nie będzie to kasa „do ręki”, lecz dopłata na koncie ubezpieczonego w ZUS. Pomysł tego typu wsparcia podzielił polityków i innych płatników składek.
Skąd pomysł, by dopłacać artystom?
Etaty w tym sektorze to niespotykane zjawisko. Resort kultury w uzasadnieniu projektu szacuje, że jedynie 8,3 proc. spośród liczącej ponad 63 tys. osób grupy artystów pozostaje w stosunku pracy na czas nieokreślony. Ponad połowa realizuje umowy zlecenia i umowy o dzieło. W przypadku tych ostatnich składek na ZUS nie ma wcale. Zdarza się, że ci artyści w ogóle nie są ubezpieczeni.
Śpiewaczka operowa Marta Mika wyjaśnia, że sytuacja polskich artystów różni się od standardów, chociażby u naszych zachodnich sąsiadów.
– Polska w kwestii zabezpieczenia socjalnego jest daleko w tyle za Niemcami, Włochami czy Francją. Tu, do tej pory, zawsze miałam umowę o dzieło. Miałam propozycję opłacania składek przez teatr, jednak kosztem niższego wynagrodzenia. Inaczej było w Niemczech, gdzie zawsze miałam odpowiednik umowy o pracę, wraz z pełnymi składkami i prawem do emerytury. Tam, niezależnie od rodzaju umowy, artysta ma zabezpieczenie socjalne – wyjaśnia Marta Mika.
Kasa na konto w ZUS, nie na rękę
Ryszard Wojciul, wiceprzewodniczący Związku Zawodowego Muzyków RP, doprecyzowuje, że po raz pierwszy zostanie ustanowiony tytuł ubezpieczeniowy dla artystów. Jego elementem są dopłaty dla najmniej zarabiających.
– Artyści na początku drogi zawodowej często nie odnotowują wynagrodzenia, które umożliwia odprowadzenie składek. Kluczowe w tej ustawie jest to, że artyści, którzy nie prowadzą działalności gospodarczej i np. pracują na podstawie umowy o dzieło, nigdy wcześniej nie byli ubezpieczeni. Teraz zostają włączeni do systemu. To często młode kobiety, które z uwagi na brak ubezpieczenia odkładają na później macierzyństwo. To przecież fundamentalne prawa każdego obywatela – wyjaśnia Ryszard Wojciul.
Kluczowym pojęciem projektu ustawy jest „artysta zawodowy”. Jak, czytamy, osoby wykonujące w sposób stały, profesjonalny zawód artystyczny, a także legitymujące się weryfikowalnym dorobkiem będą mogły otrzymać status artysty zawodowego w drodze decyzji administracyjnej. Centrum Edukacji i Pracy Artystycznej ma nadawać taki tytuł raz na pięć lat i corocznie weryfikować prawo do wsparcia. Taka informacja trafi do ZUS na podstawie danych uzyskanych od skarbówki.
Dopłaty nie będą trwały wiecznie. Mają przysługiwać artystom tak długo, jak długo mieszczą się w progu dochodowym. Dopłaty obejmą tych artystów, których średnie miesięczne przychody w ciągu ostatnich trzech lat nie były wyższe niż 125 proc. minimalnego wynagrodzenia, czyli ok. 68 tys. zł rocznie brutto. Artyści osiągający tym samym najniższe dochody będą uprawnieni do wsparcia finansowego w opłaceniu składek, w okresach, w których ich własne dochody nie będą pozwalać na pokrycie składek. Co roku prawo do dopłat ma być każdorazowo weryfikowane. Dopłata będzie przyznawana przez Zakład Ubezpieczeń Społecznych po potwierdzeniu, że dana osoba spełnia ustawowe warunki dochodowe.
– Dopłaty do składek w Polsce to nowość. Do tej pory trzeba było samemu je opłacać, a nie zawsze było z czego. Koncerty są nieregularne. Sami musimy zatroszczyć się o to, by mieć wpływy co miesiąc, szukając nowych zleceń. W Niemczech nawet po utracie pracy na skutek pandemii były wypłacane czasowe świadczenia (zasiłek od utraty pracy, czyli Arbeitslosengeld) – wyjaśnia Marta Mika.
„Przełomowa ustawa”
Pomysł dopłacania do składek artystów nie ma barw politycznych. Podobna propozycja wybrzmiała jeszcze za rządów Prawa i Sprawiedliwości, jednak nie została przeforsowana. Ministra kultury Marta Cienkowska uzasadniała, że to „najważniejsza ustawa dla środowiska artystycznego od ponad trzech dekad”.
– Po latach rozmów i niespełnionych zapowiedzi państwo wreszcie tworzy systemowe ramy bezpieczeństwa dla osób, które pracują na rzecz polskiej kultury. Stabilne ubezpieczenie społeczne i zdrowotne ma ogromne znaczenie dla młodych artystek i twórczyń planujących życie rodzinne. Włączenie artystów do systemu emerytalnego przez wsparcie składek jest zmianą oczekiwaną od lat. W ten sposób dostosowujemy powszechne ubezpieczenia do realiów pracy projektowej, nieregularnej i twórczej. Tak, aby ludzie tworzący kulturę nie byli po latach zawodowej aktywności wypychani poza ochronę zdrowotną i emerytalną. Chcemy, żeby w trakcie tej pracy mieli pewność i poczucie, że ich praca jest ważna i potrzebna – wyjaśnia przedstawicielka rządu.
Stabilne ubezpieczenie społeczne i zdrowotne ma ogromne znaczenie dla młodych artystek i twórczyń planujących życie rodzinne. Włączenie artystów do systemu emerytalnego przez wsparcie składek jest zmianą oczekiwaną od lat.
Pomysł ten jest także realizacją jednego z postulatów w ramach „100 konkretów na 100 pierwszych dni rządu”. Wówczas Koalicja Obywatelska obiecała wprowadzenie „ustawy o statusie artysty gwarantującą artystom i artystkom minimum zabezpieczenia socjalnego, dostęp do ubezpieczeń społecznych i zdrowotnych uwzględniający specyfikę pracy”.
Wsparcie artystów a budżet państwa i system emerytalny
W projekcie oszacowano, że każdego roku omawiane dopłaty kosztować nas będą od 300 do nawet 500 mln zł rocznie. Kwota zależna będzie od liczby zakwalifikowanych artystów zawodowych i poziomu ich zarobków. W najbliższej dekadzie szacunkowe wydatki sięgać mogą 4,5 mld zł.
O zasadność dopłat w kontekście zarówno zasady sprawiedliwości społecznej, jak i elastyczności budżetu, pytamy dra Marcina Wojewódkę z Instytutu Emerytalnego. Jego zdaniem głównym grzechem każdego rządu jest krótkowzroczność w postrzeganiu systemu emerytalnego.
– To paliwo polityczne przed wyborami. Tak było 10 lat temu ze zmianą powszechnego wieku emerytalnego, tak było kilka lat temu z tzw. 13 i 14 emeryturą, tak samo całkiem niedawno było z dodatkami emerytalnymi dla sołtysów czy członków ochotniczych straży pożarnych. Ta najnowsza propozycja wpisuje się niestety w trend rozdzierania wspólnego sukna po to, by rzekomo poprawić byt takiej czy innej grupy potencjalnych wyborców – ocenia ekspert.
Jego zdaniem w perspektywie najbliższych dekad do systemu emerytalnego i tak trzeba będzie dopłacać, co przełoży się na wyższe podatki.
„Emeryturą trzeba zająć się systemowo”
Nasz rozmówca ocenia projekt z perspektywy niepokojących prognoz demograficznych, które rzutować będą na wysokość przyszłych emerytur. Dodaje, że temat podwyższenia wieku emerytalnego, choć jest politycznie niewygodny, to wydaje się być nieunikniony.
– Kolejne pokolenia z samych opłacanych przez nich składek nie pokryją już zaciągniętych przez rządzących zobowiązań w zakresie naszego systemu emerytalnego. Do emerytur trzeba będzie dopłacać miliardy z budżetu państwa, co oznacza nie mniej i nie więcej niż wyższe podatki. Natomiast dzisiaj w naszym kraju nie ma nikogo chętnego, aby zająć się problemem systemowo. Kiedy jedna osoba z rządu coś rzuciła o zrównaniu czy podwyższeniu wieku emerytalnego kobiet i mężczyzn, to od razu większość klasy politycznej nabrała wody w usta. A przecież większość z polityków posiada pełną świadomość docelowej konieczności przeprowadzenia takich niepopularnych działań. Słupki sondaży są dzisiaj ważniejsze – mówi dr Marcin Wojewódka.
Dodaje, że dopłaty do składek artystów mogą wywołać efekt kuli śnieżnej.
– Po artystach upomną się o swoje, może inni zatrudnieni na umowach o dzieło, być może kurierzy, może kucharze, krwiodawcy czy kominiarze. Dlaczego nie spróbować? Jak rządzący dają innym (patrz: sołtysi, strażacy ochotnicy), to dlaczego jakaś dostatecznie duża, głośna i zorganizowana grupa zawodowa nie upomni się o swoje. Cóż szkodzi zażądać. Problem też w tym, że Polacy bardzo nie chcą płacić składek emerytalnych lub chcą je płacić jak najmniejsze, a świadczeń oczekują jak najwyższych, a przynajmniej „godnych” – ocenia nasz rozmówca.
Efekt kuli śnieżnej?
W uzasadnieniu do projektu ustawy czytamy o „nieregularnych lub niewystarczających dochodach” artystów, na co zwraca uwagę Bartłomiej Jabrzyk, analityk Forum Obywatelskiego Rozwoju.
- Wprowadzenie takiej konstrukcji do obrotu prawnego jest nie tylko sprzeczne z elementarną logiką, ale i społecznie niebezpieczne. Wiele grup zawodowych osiąga nieregularne czy niskie dochody. Nie ma w tym nic nadzwyczajnego i jest zależne od branży i charakteru pracy, jaką się wykonuje. Podstawową zasadą – przynajmniej w teorii – systemu emerytalnego jest wypłata świadczeń pochodzących ze zgromadzonego wcześniej przez ubezpieczonego kapitału. Wprowadzanie kolejnych wyjątków, dopłat czy wyłączeń doprowadzi do fali roszczeń i nacisków następnych grup zawodowych – zauważa ekspert.
Podstawową zasadą – przynajmniej w teorii – systemu emerytalnego jest wypłata świadczeń pochodzących ze zgromadzonego wcześniej przez ubezpieczonego kapitału. Wprowadzanie kolejnych wyjątków, dopłat czy wyłączeń doprowadzi do fali roszczeń i nacisków następnych grup zawodowych
Nasz rozmówca przyznaje, że naturalnym jest, że w niektórych zarabia się więcej, w innych mniej. Jak dodaje, w jednych mamy praktycznie pewność zatrudnienia, a niektóre przynoszą nieregularne dochody.
- Wybierając zawód przyjmujemy jego plusy i minusy z dobrodziejstwem inwentarza. Działalność artystyczna nie musi być jedyną formą pracy osoby z „niewystarczającym” dochodem. Tak jak we wszystkich innych branżach, osoby, które nie mogą utrzymać się w swoim zawodzie, szukają po prostu innych zajęć. Osoby, którym zależy na odkładaniu na emeryturę pomimo osiągania dochodów nieobjętych składkami, mają możliwość dobrowolnego zgłoszenia ubezpieczenia emerytalnego do ZUS, a także korzystanie z innych narzędzi takich jak IKE i IKZE. Niezrozumiała jest chęć wciśnięcia w ramy „para-etatu” osób, które z samego założenia pracują w innej formie – podsumowuje nasz rozmówca.
„To praca jak każda inna”
Projekt odbił się szerokim echem w sieci. Sławomir Mentzen z Konfederacji ocenił, że dopłacamy „artystom, którym nie chciało się płacić składek”. Pisał także o „nierobach” i darmozjadach”.
„ Jeśli chcecie naszych pieniędzy, to twórzcie sztukę, za którą sami będziemy chcieli płacić. Malujcie ładne obrazy, nagrywajcie dobre piosenki, twórzcie dobre filmy i spektakle. Róbcie dobrze to, na czym się znacie. I nie dziwcie się, że ciężko pracujący ludzie, których traktujecie z wyższością, nie chcą dać się wam obrabować, żebyście mogli dalej obrażać ich za ich własne pieniądze” – skomentował polityk.
Marta Mika także odniosła się do burzy medialnej, jaką wywołał projekt. Jej zdaniem w odbiorze społecznym zawód ten kojarzony jest z artystą estradowym, celebrytą czy influencerem.
– Ustawa dotyczy przede wszystkim osób, które ukończyły kierunek artystyczny. Są śpiewakami, rzeźbiarzami czy malarzami. Nie chodzi o show-biznes. To praca, jak każda inna – podsumowuje Marta Mika.
Inwestycja, nie wydatek
Podobnie kwestię dopłat ocenia Unia Literacka. Przedstawiciele branży w opinii do projektu wskazali, że zapewnienie artystom godnych warunków socjalnych to przede wszystkim inwestycja.
„Praca artystyczna to praca. Wymaga kompetencji, czasu, odpowiedzialności. Realnie wpływa na edukację, debatę publiczną oraz rozwój społeczny, a także gospodarczy. Powinna więc dawać prawo do ubezpieczenia, leczenia i możliwości myślenia o przyszłości. Jako Unia Literacka popieramy założenia projektu ustawy o zabezpieczeniu socjalnym osób wykonujących zawód artystyczny i uważamy go za niezwykle istotny krok, który może stać się przełomowy” – czytamy.
Jak dodaje Unia Literacka, bezpieczeństwo socjalne to nie przywilej, lecz inwestycja.
„Twórcy, którzy nie muszą wybierać między składką zdrowotną a czynszem, mogą wykonywać swoją pracę odpowiedzialnie i długofalowo. Stabilność socjalna daje przestrzeń do tworzenia bez lęku o podstawowe sprawy życiowe” – podsumowano.
„Przykre, że ludzie chcą zbić na tym kapitał polityczny"
Ryszard Wojciul w odpowiedzi na krytykę ze strony prawicowych polityków wyjaśnia, że początkowym artystom trudno jest wypracować 125 proc. pensji minimalnej. Często to gonitwa od jednego, do drugiego zlecenia, by zapewnić wpływy na konto.
– Możemy zapytać, po co w ogóle dopłacać artystom. Zapytajmy także, po co ich kształcimy? Po co są akademie muzyczne? W jakim celu mamy wydawać pieniądze publiczne na kulturę? Zlikwidujmy uczelnie artystyczne – ironizuje nasz rozmówca.
Dodaje, że to nie jest uprzywilejowanie jednej grupy zawodowej. Wyjaśnia, że specyfika tej branży nie zna etatów. Freelancerzy powinni mieć zatem tytuł, by korzystać z ubezpieczenia.
- Z zazdrością patrzymy na zabezpieczenia socjalne naszych kolegów we Francji czy w Hiszpanii. Tam systemy ubezpieczeniowe są rozbudowane. Omawiany jeden element w postaci tytułu ubezpieczeniowego to kropla w morzu potrzeb. Robimy pierwszy krok, by budować siłę polskiej kultury. To przykre i żałosne, że niektórzy chcą zbić na tym kapitał polityczny – podsumowuje Ryszard Wojciul.
Główne wnioski
- Ustawa nie przewiduje wypłacania pieniędzy „do ręki”, lecz dopłaty do składek ZUS dla artystów o najniższych dochodach. Celem jest objęcie ochroną zdrowotną i emerytalną osób pracujących głównie na umowach o dzieło i zleceniach, które często nie zapewniają ubezpieczenia socjalnego.
- Twórcy i twórczynie przyznają, że na początku drogi zawodowej często mierzą się z niskimi i nieregularnymi płacami. Te często nie pozwalają na samodzielne uiszczanie składek na ZUS.
- Zwolennicy uważają dopłaty za konieczną inwestycję w kulturę i wyrównanie szans wobec innych krajów europejskich. Krytycy podkreślają natomiast wysokie koszty dla budżetu państwa oraz ryzyko, że kolejne grupy zawodowe również zaczną domagać się podobnych rozwiązań.


